wtorek, 27 listopada 2018

Tak, tak; nie, nie

W czasie tzw. czarnego piątku znalazłem się w okolicy sklepu AGD, a ponieważ miałem chwilę, postanowiłem pozwiedzać. Wtopiłem się więc w niewielki tłumek poszukiwaczy okazji i elektronicznych substytutów szczęścia. Nagle w tym krzemowo - informatycznym Disneylandzie wyrósł przede mną sprzedawca.
- Ma pan jakieś pytania? - zapytał.
- Tak, mam wiele i ciągle nie dają mi spokoju – odparłem.
- Słucham – powiedział sprzedawca.
- Jaka jest istota Boga? Czy istnieje życie pozagrobowe? - zapytałem.
- A tego to ja nie wiem – powiedział sprzedawca patrząc na mnie jak na świra i czmychnął czym prędzej.

Ta drobna przygoda wywołała we mnie potrzebę zadawania kolejnych pytań. Być może bardziej przyziemnych, a nie dotyczących spraw ostatecznych. Czy homogenizacja kulturowa Europy, marzenie o zaniku państw narodowych i postępujący proces dewastacji wszelkich instytucji to preludium tworzenia nowego świata? A wszystko to w świecie opanowanym przez medialnie sterowanych konsumentów i bliskiego kresu systemu wirtualnego pieniądza. Czy w nowym świecie wirtualne wartości wypierające realne odniosą swój trumf? Co tak naprawdę będzie postawą myśli i działań przyszłych pokoleń, gdy świat zostanie ostatecznie opanowany przez totalitaryzm równości i kompromitację wszystkich wartości? Czy substytuty szczęścia i miłości sprawią, że zapomnimy czym jest naprawdę szczęście i miłość?

Jadąc do pracy w mieście obok mojej wioski mijam bilbordy z zatroskanym o losy świata neo-bolszewickim aparatczykiem ustylizowanym na Ojca Chrzestnego. Postarzał się mafiozo, a znów widocznie chce być wybrany przez prekariat, którego produkcja idzie w najlepsze. Czy oni i jemu podobni staną się symbolami nowej epoki totalnej bezsilności i reglamentacji wszystkiego co realne?


Nie czmychajcie. Samo zadawanie pytań już jest początkiem znalezienia odpowiedzi. Nie bójcie się błądzić. Samo odkrywanie i poszukiwanie prawdy jest drogą.

czwartek, 30 sierpnia 2018

Jak z Polakami posępować należy?

 Jest rok 1764. Tak oto rozmowę (a właściwie instruktarz) carycy Katarzyny z Nikołajem Repninem – ambasadorem Moskowii w Polsce, a właściwie jej realnym władcą w latach 1764 - 1768 przedstawia Waldemar Łysiak w powieści „Milczące psy”:

Zapadła nieprzyjemna cisza. Panin przybrał minę jeszcze większej pokory, a caryca odwróciła się ponownie do ucznia:
- Opowiadano mi jak w roku 1223 wodzowie mongolscy zrobili ucztę zwycięstwa. Jedli siedząc na deskach ułożonych na plecach leżących książąt ruskich. Im więcej jedli i pili, tym głębiej ciała książąt zapadały się w ziemię. Zostali zmiażdżeni na śmierć. Dzisiaj zmiażdżeni są przez nas Mongołowie. Ale inaczej, nie na śmierć. Mongołowie ulegli tym, których zwyciężyli, gdyż poczucie, że jest się właścicielem absolutnych niewolników, działa usypiająco. A poczucie, że się jest niewolnikiem, pobudza w końcu do walki. Rozumiesz to?
- Tak, Najjaśniejsza Pani.
- Posłuchaj dalej, to nie jest aż tak proste. Istnieją różne narody, a raczej różne narody mają różnego ducha. Jedne można pobić i przesiedlić w celu zagarnięcia ich ziem, a świat nie podniesie wrzasku - to małe narody, plemiona. Z innych można uczynić małym wysiłkiem niewolników i będą chętnie lizali rękę pana - to narody o podłej duszy, od kolebki niegodne samostanowienia, w wielkich obszarach Azji roztopią się bez śladu. Z trzecimi wreszcie nie można zrobić ani tego, ani tego, przynajmniej nie od razu - to Polacy. Nie można zaanektować ich państwa, bo trzeba byłoby dzielić się z Prusami, Austrią, Turcją i Bóg wie z kim jeszcze; narzuca to europejska równowaga sił. Po drugie: nie można tego zrobić od ręki, gdyż są to znakomici żołnierze, a cały naród, gdy otwarcie zagrożony, przypomina wściekłego wilka w nagonce. Zbyt dużo by to kosztowało, należy raczej zdemoralizować ich do szpiku. Po trzecie: czy w ogóle należy ich anektować, biorąc na ciało imperium permanentnie ropiejący wrzód, ognisko buntu, rozpalone od kołysek po trumny, od kurnych chat po pałace, w karczmach, warsztatach, dworach i kościołach, grożące gangreną samemu zdobywcy i wiecznie narażające na konflikt z innymi mocarstwami? Czy nie lepiej zostawić im formalną swobodę, z całym teatrum nazw i symboli, które tak kochają, z całą honorową frazeologią, która jest ich narkotykiem, z konstytucyjnymi prawami o fałszywej wartości, i przytroczyć do siodła niewidzialną liną, której jeden koniec trzymasz mocno w dłoni, a drugi zakotwiczyłeś w sercach ,,milczących psów”, co sprawują tam władzę? Szarpniesz i kukiełki robią żądany ruch. Czy to jest jasne, co mówię?
- Tak, Najjaśniejsza Pani.

wtorek, 28 sierpnia 2018

Bo Niemcy nie śpią!

Stanisław Michalkiewicz o perspektywie gorącej jesieni.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Bój zmian

Życiowa potrzeba skierowała mnie kilka dni temu do sklepu z siatką ogrodzeniową. Sprzedawca zachwalał posiadany asortyment i próbował dobrać go do moich potrzeb. W końcu jego profesjonalny wybór padł na najgrubszą (przez to i najdroższą) ocynkowaną siatkę.
- Wytrzyma spokojnie trzydzieści lat bez najmniejszej konserwacji. Będzie ktoś z niej bardzo zadowolony – powiedział domorosły marketingowiec, który widać wcześniej próbował oszacować mój wiek. Chyba nawet nie zdał sobie sprawy z niezręczności, która była wynikiem jego szczerości. W pierwszej chwili poczułem wewnętrzny bunt: jak to jeszcze tylko trzydzieści lat? A potem gdy porachowałem wiosny, to doszedłem do wniosku, że będzie to i tak całkiem niezły wynik.
W przyszłym roku Trzeciej RP też stuknie trzydziestka. Ci którzy dogadywali ustrojową mutację już z pewnością gryzą piach lub za chwilę będą to robić. Reszta „transformersów” była zbyt młoda aby mieć coś do powiedzenia, ale to oni teraz stoją na barykadach i bronią skompromitowanego do reszty państwa i ustroju. Dlaczego tak się dzieje? Otóż akt założycielski Trzeciej RP był czymś w rodzaju chrztu zmywającego ze wszelkiej maści karierowiczów, aparatczyków i agentów niższego płazu grzech pierworodny. Do PosPRLu weszli już jako inni czyści ludzie, a przecież wszyscy wiedzą, że komuna wcale nie była taka zła, co najwyżej śmieszna. A tu tka niespodzianka. Systemowe odrzucenie teatralnych dekoracji i zanegowanie prawdziwości mitu założycielskiego stawia pod znakiem zapytania ważność sakramentu zmywającego grzechy z całej masy ludzi, a to dopiero może wprawiać w prawdziwy niepokój. Jak ksiądz był przebierańcem i sakrament oczyszczenia nie obowiązuje, to może jednak zostały gdzieś oryginały donosów, prawdziwy powód przydziału talonu na malucha, czy rachunek za izbę wytrzeźwień? I ta wspólnota lęku powoduje opór przed zmianami i chęć obony starego. PRL w wersji 1.0 nigdy bez aktu zmycia grzechów i grzeszków nie byłby broniony z taką zaciętością, ale jego mutacja ze środkiem czyszczącym – a owszem. Całości dopełnia oczywiście jeszcze jeden niezaprzeczalny fakt: machina zmian sunie powoli ale systematycznie. Skończą się więc być może systemowe fory dla posPRLowskich familii. I to być może boli najbardziej.

środa, 27 czerwca 2018

Maleńki kawałek mnie


Dziś o świcie odbyła się msza za spokój duszy mojej mamy w ósmy miesiąc po jej śmierci. Po ceremonii postanowiłem złożyć za nią ofiarę. Udałem się do zakrystii mojej rodzinnej parafii. Stary mój znajomy - ksiądz Krzysztof nie chciał przyjąć ode mnie pieniędzy.
- Proszę rozliczyć się z proboszczem - powiedział ksiądz.
- Ale on się modli przy ołtarzu. Nie chcę mu przeszkadzać - odparłem.
- To proszę zajrzeć aby zobaczył, że pan czeka - powiedział ksiądz.
- Proszę księdza, jakieś 35 lat temu dokładnie w tym miejscu powiedział mi ksiądz, że największym przejawem braku wychowania jest przeszkadzanie komuś w modlitwie - powiedziałem.
Ksiądz wlepił we mnie uważnie wzrok. Nie wiem czy ujrzał we mnie wtedy małego chłopca w komży? Być może tak, bo uśmiechnął się serdecznie.
- Siostro, słyszała to siostra? - powiedział wyraźnie wzruszony starzec, tak jakby chciał usłyszeć od krzątającej się obok zakonnicy potwierdzenie, że to co usłyszał dzieje się naprawdę.

***

Przypominała mi się cytowana już kiedyś na tym blogu historia, którą opisał Paulo Coelho w powieści Alchemik.
W starożytnym Rzymie żył pewien starzec, który miał dwóch synów: jeden był sławnym poeta a drugi żołnierzem oddelegowanym do dalekiej prowincji. Otóż owemu starcowi, przyśnił się kiedyś kiedy anioł, który powiedział o tym, iż słowa jego syna będą powtarzane przez pokolenia ustami milionów ludzi. Ucieszyło to starca. Po pewnym czasie zmarł i w niebie spotkał owego anioła. Anioł na dowód prawdziwości swej przepowiedni, przeniósł starca w czasie i pokazał mu olbrzymi plac, na którym tysiące ludzi powtarzało jakieś słowa dziwnym języku. Zapytał więc starzec:
- Któryż to poemat jego syna poety stanie się taki sławny?
- To nie twój syn poeta jest autorem tychże słów. To twój syn żołnierz. Gdy stacjonował w odległym kraju rozchorował się jeden z jego podwładnych. Dowiedział się o pewnym lokalnym duchownym, który umiał uzdrawiać. Udał się więc do niego prosząc o uzdrowienie i wyrzekł słowa, których nigdy nie zapomniano:
„- Panie, nie jestem godzien abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiony sługa mój.”

Po czym opowiadający historię Alchemik kończy ową przypowieść słowami:
„Każda ziemska istota, cokolwiek by czyniła - rzekł - odgrywa zawsze główną rolę w dziejach świata. Oczywiście, nic o tym nie wiedząc.”

***

Nie wiadomo jak zostaniemy zapamiętani i jaki strzępek naszych czynów i słów wpłynął na innych. Składamy się bowiem nie tylko krwi, mięśni i kości, ale i ze strzępków innych i tworzymy jedyną w swoim rodzaju i niepowtarzalną mozaikę, do której dokładamy tylko niewielki fragment samego siebie. Nie wiadomo, które puzzle naszego życia uszlachetnią lub zgorszą innych. Nie wiem jak się to stało, że po kilkudziesięciu latach przypominałem sobie słowa młodego jeszcze wtedy kapłana, ale na pewno stanowią one maleńki element tego kim jestem.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Bo tu wcale nie o piłkę biega

Nie dalej jak wczoraj cała Polska obserwowała ostateczny dramat swej reprezentacji na mistrzostwach świata w piłce kopanej. Na początku było hardo, a potem wpierdol od jakiejś Kolumbii niczym we wrześniu 1939 roku. Najpierw „nie znamy pokoju za wszelką cenę”, potem wiara w Anglików i Francuzów, a później klęska i wstyd. I minister Bek opuszczający kraj po wejściu Rosjan i pytający, z goryczą wojskowych gdzie były te obiecane dywizje. 
Ja jako permanentny i ortodoksyjny przeciwnik piłki nożnej od dziecięcia patrzyłem na ten cały ludzki dramat całkowicie obojętnie. Piłka nożna to przede wszystkim sport nudny, a mistrzostwa świata w tej grze to jakiś zbiorowe sado-macho i apoteoza owej nudy. Moja olanie tego całego zamieszania było i jest do tego stopnia całkowite i bezdyskusyjne, że wczoraj wieczorem, gdy rozpoczął się ten telewizyjny spektakl dla ubogich uznałem, że nie ma lepszej pory na zrobienie zakupów. A co, trzeba korzystać z uroków handlowej niedzieli całymi koszykami. Gdy przejeżdżałem między półkami z towarami śledziły mnie nienawistne spojrzenia załogi, która chętnie także wlepiłaby oczy w telewizor. Chwilami czułem się wręcz jak bohater jakiegoś filmu SF, w którym wszyscy wyginęli na jakiś dziwny wirus, a na całej planecie zostałem tylko ja. Efekt potęgowała powrotna droga do domu przez wymarłe miasto. Od czasu do czasu manifestował swą obecność jakiś zawiany kibic, który wpadł w pętlę czasoprzestrzeni na czas nie zdążył wrócić do domu. Podejrzewam, że ostatecznej klęsce około 22.00 na ulice polskich miast wyszło więcej takich futbolowych zombie marzącym tylko o tym, aby spożyć mózg jakiegoś Nawałki albo innego Lewandowskiego czy jak im tam. Ja w każdym razie jechałem niczym król przez prywatne miasto zatrzymując się tylko na światłach, które o dziwo jakimś cudem stały na posterunku zamiast czym prędzej wyrwać się ze swoich fundamentów i po serii podskoków wlepić swój reflektor w jakieś okno na pierwszym piętrze gdzie lśnił telewizor.
Po meczu większość rodaków przeżyło pewnie tylko wstyd i zażenowanie. Nie ma co rozpaczać bowiem problem jest systemowy i nie dotyczy wcale wyłącznie piłki nożnej, ale całej III RP, która dzielnie broni się przed kapitulującą na wielu frontach dobrą zmianą. Związki sportowe – w tym PZPN, który rządzi polską piłką, to nic innego jak stalinowskie skanseny utrzymywane z pieniędzy podatnika i niezłe przechowalnie do wszelkiej maści przyjaciół i znajomych królika. Ale to tylko tło do szerszego obrazu rzeczywistości. Do dekad nie dorobiliśmy się systemów selekcji talentów i wcale nie chodzi tu wyłącznie o sport, ale o naukę, sztukę i wszelkie inne dziedziny ludzkiej aktywności. W piłkę grają dzieci, które tatuś zapisze do klubu, a nie te które mają w sobie ikrę i chęć do gry. Artystami zostają dzieci artystów, prezenterami dzieci prezenterów, naukowcami dzieci naukowców nawet jeśli nie umieją czytać i pisać a z ust wycieka im ślina. „Markowi Złotnickiemu za zajęcie pierwszego miejsca” - brzmi dumnie puchar dawany wszystkim Markom Złotnickim we wszystkich komuszych instytucjach, które przez ostatnie dekady nie zmieniły się ani o jotę. I wszystko gra, tylko konfrontacja tego skansenu i systemu poklepywania się po plecach z zewnętrznym światem pokazuje jak głęboko jesteśmy w przysłowiowej „czarnej dupie”. Bez systemowego demontażu tego potwora starych instytucji nigdy nie staniemy się krajem nowoczesnym. Pora rozpocząć wielki marsz przez instytucje jeśli mamy zamiar jeszcze kiedyś coś znaczyć i przestać być upokarzanymi przez byle pieski przydrożne. I nie ważne pod jakim szyldem ów marsz zostanie przeprowadzony. Ważne aby na przedzie szli lidzie odważni i bezkompromisowi. Bo tu wcale nie o piłkę biega.

piątek, 15 czerwca 2018

Czego się bać?

Rzetelna analiza naszej rzeczywistości.