niedziela, 14 stycznia 2018

Syndrom rozwadniania

Wydaje mi się, że opozycja po zeszłorocznej rozpaczliwej próbie „ostatecznego rozwiązania kwestii pisowskiej” i żałosnych próbach piętnowania poczynań rządu postanowiła zmienić strategię. Co poradzić? Bundeswera za słaba, a armii europejskiej wciąż nie ma. Jak więc sprawić, aby znów zapanował porządek w Warszawie, gdy wszelkie poczynania przynoszą tylko blamaż i umocnienie się PiS w sondażach? Pozostaje strategia rozwodnienia, która wydaje się być właśnie wdrażania. 
„Zamiast palić komitety zakładajcie własne” – mawiał Jacek Kuroń, gdy z gorliwego bolszewickiego ideologa przekształcił się w opozycjonistę. „Nie walczmy z policją – wstępujmy do policji” - mawiali tak drodzy Kuroniowi zachodnioniemieccy trockiści inicjujący długi marsz przez instytucje w wyniku którego do niedawna praktycznie nie było na niemieckiej scenie polityczniej innych ugrupowań politycznych niż komunio – socjalistycznie. „Nie walczmy z PiS – wstępujmy do PiS” - gotów za chwilę powiedzieć jakiś opozycyjny strateg. „Tylko przez wstąpienie do PiS można coś załatwić w centrali” - pomyśli za chwilę niejeden myślący dalekowzrocznie ZSL-owski wójt, pragnący, aby po dwóch jego kadencjach syn przejął po nim rząd dusz w rodzinnej gminie. Idę o zakład, że w tej chwili kwesta przez wielu nie jest rozpatrywana w kategoriach „czy” tylko „jak”. 
Efektem ubocznym pęknięcia ściemy Okrągłego Stoły w wielu do tej pory zaczadziałych wizją odzyskiwanej w 1989 „wolności” jest nieustające wysokie poparcie dla PiS. Oczywiście ma na to wpływ także walka z przekrętami i socjalne nastawienie tej partii. Bez względu na przyczyny do PiS zaczynają przyklejać się różne mniejsze lub większe siły, a w jej łonie tworzą się zapewne kliki i podobnie jak w PZPR walka polityczna między ugrupowaniami przekształca się w zażartą walkę frakcyjną.
Proces przyklejania za pewne przyspieszy przed wyborami samorządowymi, gdyż PiS chcąc je wygrać musi zacząć sam z siebie przyciągać lokalne środowiska. Być może kwestię tą dostrzegli realni stratedzy opozycji i miast walczyć z PiS wysyłają do niego swoich delegatów? I tak wszyscy za chwilę staną się PiSem, a gdy wszyscy się nim staną PiSu już nie będzie. „Wszyscy chcą być super. A gdy wszyscy są super to nikt nie jest” - mawiał Syndrom – czarny charakter z filmu „Iniemamocni”. Proces się rozpoczął czego przejawem są według mnie zmiany w rządzie. Brzytwa przestaje być już tak ostra, cele i kierunek tak jasny i nie wykluczone, że radykalne reformy zastąpi tuskowa ciepła woda w kranie.
Oby tak się nie stało.

wtorek, 9 stycznia 2018

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Sylwestrowy szwindel

W noc sylwestrową zaczęły dziać się cuda. Miast przestraszonych zwierząt na różnego rodzaju noworocznych koncertach ludzkim głosem zaczęli mówić a nawet prawie śpiewać różni muzyczni weterani. Jak jest popyt to musi być i podaż. Okazało się, że w Zakopanem wystąpił totalnie nie przygotowany artysta z zespołu, który nie istnieje od 10 lat – pod jego marką rzecz jasna, a w dwóch miastach wystąpił zespół Kombi w zupełnie innych składach. Żeby było śmiesznie chałtura goniła chałturę. Ale co tam pijany widz się nie domyśli. Ważne, że grają i strzelają. 
Wróćmy jednak do mojego odkrycia dotyczącego zespołu Uniting Nations. Grupa wystąpiła w Zakopanem, a tak właściwie pod ich szyldem wystąpił jeden członek tego zespołu i wyraźnie widać było, że nie radzi sobie z występem, tak jakby robił to po raz pierwszy od 10 lat. Na innej scenie w innym mieście wystąpiła grupa Venga Boys, a ich występ przypominał żenujący taniec teletubisiów. Ale co tam. Popyt określa podaż. Droga złotówka i zapotrzebowanie na gwiazdy zrobiło swoje. Impresaria nagabywani przez organizatorów wyciągnęli z każdej możliwej szpary coś co da się nazwać gwiazdą. A kogo to obchodzi czy ten ktoś jeszcze potrafi śpiewać i się ruszać ile przeszedł odwyków i ile ma wymienionych bioder. Nazwisko to nazwisko. 
Rozmowa menadżera z byłym członkiem Uniting Nations, który „wystąpił” jako grupa w towarzystwie jakiejś dziewoi nie trafiając nawet w playback mogła wyglądać tak:
- Ty, jest interes do zrobienia. 
- Jak?
- Dzwonili do mnie z Polski. Robio sylwestra w jakiejś dziurze z górach. Pojedziesz, pokiwasz się, tylko tekstu nie pomyl. 
- Stary no co ty? Przecież ja prowadzę warsztat samochodowy. Wypadłem z biznesu prawie 10 lat temu. 
- Oj, nie marudź. Płaco jak za zborze. Pokiwasz się, pokręcisz po scenie. Nie dość, że zarobisz to jeszcze się wódki napijesz. Oni to prawie Rosja ale w UE. Gwiazdę poudajesz i może jeszcze jakiś towar wyrwiesz. Wystąpisz jako Uniting Nations, bo oni nie wiedzą, że się z Paulem pokłóciliście.
- No właśnie co będzie jak się dowie? 
- Nic się nie dowie. A jak się dowie to odpalimy mu działę co by gębę zamknął. Poza tym sprzedałem już cię w pakiecie z innym chłamem. Laskę dołożę i dwóch gości z klawiszami więc nikt się nie połapie. Wchodzisz?
- No nie wiem.
- 15 tys. funcików płace za 5 minut wstydu.
- Przekonałeś mnie.
- Wyjazd pojutrze. Tylko się teksu naucz.

Prawdziwym fenomenem okazał się podwójny występ Kombi i Kombii w dwóch miastach. Okazuje się, że zespół bez Skawińskiego, ale z Łosowskim jest „na prawie”, więc w wyniku popytu się reaktywował. Nie wchodząc w szczegóły prawdziwym liderem grupy z lat 80-tych był łysy dżentelmen za syntezatorami a nie wokalista i basista. To on także napisał większość repertuaru z tego okresu. Jednak koledzy postanowili go zwolnić i grać bez niego. On zablokował ich plany, a oni nie idąc w ślady Perfectu i prawnej batalii woleli dodać jedną literę do nazwy i chałturzyć ile wlezie. Sytuacja z Kombi i Kombii przypomina tą z początków Pink Floyd, gdy trzech (według niektórych czterech bo nie wiadomo czy Gilmur był wtedy na już pokładzie czy nie) członków grupy "zwolniło" swego lidera - Syda Barreta, który miał już wtedy poważne problemy z głową. Po prostu nie przyjechali po niego któregoś dnia jadąc na koncert, ale do końca płacili mu tantiemy wcale nie z powodów etycznych tylko dlatego, że on lub jego ewentualny pełnomocnik mógł puścić ich z torbami, albo założyć zespół od nowa tak jak zrobił z Kombi Pan Sławomir.

Po co w ogóle o tym piszę? 
Wszystko to pokazuje tylko jak nisko upadliśmy. Brakuje nam czegoś takiego jak honor. Wygrała cywilizacja lichwy w której chęć zysku pokonała jakiekolwiek wartości. Jeśli tak dzieje się jawnie w szołbiznesie, jaki stan patologii moralnej musi ogarniać inne branże? Nie jest to rzecz jasna problem wyłącznie Polski lecz całej cywilizacji postłacińskiej. 

P.S.
Wszystkim życzę jednak Szczęśliwego Nowego Roku, w którym jak mam nadzieję znajdę więcej czasu na pisanie. To moje Sylwestrowe postanowienie - nie szwindel.

niedziela, 31 grudnia 2017

Braun o Lutrze

Nie ma co ukrywać: film o Lutrze Grzegorza Brauna jest dla mnie wydarzeniem końca mijającego dziś roku. 

niedziela, 10 grudnia 2017

A co jeśli?

Współczesna polityka jak nigdy chyba dotąd w dziejach stanowi globalny system naczyń połączonych. To co piszę poniżej to tylko jeden z wielu możliwych długofalowych scenariuszy. A co jeśli mamy z elementem geopolitycznej układanki lub z „pułapką” w którą wpadliśmy? 
Prezydent Donald Trump uznał kilka dni temu Jerozolimę za stolicę państwa Izrael. Wiadomo było, że wywoła to w tym kraju wzrost napięcia i niezadowolenie nie tylko Palestyńczyków, ale także całego świata arabskiego. Trump ewidentnie w jakimś celu dolał oliwy do ognia. Nie jest tajemnicą, że za środowiskami żydowskim prezydent USA nie przepada – zresztą z wzajemnością. Po cóż więc dolewać oliwy do ognia? USA od wielu lat wspierało Izrael militarnie (obywatele amerykańcy mają prawo służyć w izraelskiej armii co stanowi wyjątek) i finansowo (pokaźne dotacje budżetowe dla utrzymania „amerykańskiego przyczółka” na Bliskim Wschodzie). Pana Prezydenta zajmują bardziej sprawy Chińskie i perspektywa konfliktu z tym krajem więc musi przestać rozpraszać swój potencjał i skoncentrować się na wzmocnieniu swej pozycji na Pacyfiku, albo zrezygnować z roli światowego lidera ze wszystkimi tego konsekwencjami. USA musi zatem szybko (w perspektywie dwóch, trzech dekad) rozwiązać problem Bliskiego Wschodu i kosztownej na nim swojej obecności. W związku ze słusznością słynnych słów Jasira Arafata o tym, że Palestyńczycy w końcu pokonają Izrael przy pomocy swej najpotężniejszej broni czyli „macicy palestyńskiej kobiety” flanka ta po rozsądnych kosztach nie jest do utrzymania. Sytuacji demograficznej Izraela nie uratowała nawet ewakuacja radzieckich Żydów u schyłku ZSRR przy rzecz jasna wydatnej pomocy naszej bezpieki i powołanej do tego celu jednostki Grom. Trzeba po prostu systemowo ewakuować „naród wybrany” z „ziemi ojców”. Sprawę przyspiesza rzecz jasna rozwój irańskiego programu nuklearnego, który w przypadku powodzenia przyczyni się do znacznego zmniejszenia atrakcyjności „skrawka pustyni” z Jerozolimą pośrodku.
Przybywający do zachodnich krajów „uchodźcy” raczej generalnie nie kochają swoich gospodarzy. Szczególną niechęcią obdarzają za to żydowską diasporę, która zaczyna w krajach takich jak Belgia, Francja czy Niemcy czuć się coraz mniej komfortowo. Wypada więc się spakować i wyjechać. Tylko gdzie, gdy Izrael przestaje kusić swymi urokami?
Paradoksalnie nieprzejednana polityka polskiego rządu w sprawie uchodźców może być instrumentem stymulującym migrację do Polski obywateli Izraela, tym bardziej, że spora ich część ma podwójne, a więc i Polskie obywatelstwo. Od dawna mówi się o „wyspowym” osadnictwie Żydów w kosmopolitycznych miastach Europy Środkowej. W tych tradycyjnych enklawach "nowa szlachta" będzie czuła się w miarę bezpiecznie otoczona poddanym odpowiedniej tresurze "ludem tubylczym". Nie jest zatem wykluczone, że w pewnym momencie niepostrzeżenie jako wspólnota zostaniemy ugotowani niczym przysłowiowa żaba tym bardziej, że pewne działania w warstwie symbolicznej trwają już od dawna i to za pieniądze polskiego podatnika. Budowa Muzeum Żydów Polskich czy projekty kulturalne mające na celu wywołanie poczucia winy za niepopełnione zbrodnie zdają się układać w dalekosiężną precyzyjną strategię. Ale równie dobrze wcale nie musi się tak stać. Zachowanie własnego cywilizacyjnego dziedzictwa w tej sytuacji nie jest czczą gadaniną, ale podstawowym warunkiem przetrwania i rozwoju.
Nasze położenie między Rosją, a Niemcami wymaga poszukiwania sojuszników. Tak się złożyło, że jedynym gwarantem naszej geopolitycznej niezależności są w tej chwili USA. Czy naprawdę nie mamy wyboru i musimy na tym etapie się godzić na rolę przyszłego narodu tubylczego jaką nam być może przydzielono niezależnie od tego co zrobimy? Jest światełko w tunelu. Wspólna świadomość położenia może nas integrować z Ukraińcami, którzy wydają się być przedmiotem tej samej gry. Szeroki geopolityczny układ krajów naszej części Europy wydaje się jedyną szansą na pełną niezależność. Należy jednak w procesie tej integracji odrzucić wszelkie historyczne i kulturowe tabu. Obok Ukrainy i Białorusi strategicznym partnerem Polski w walce o podmiotowość winna być… Turcja. Łączyć nas powinna perspektywa wspólnego losu, powstrzymanie procesu homogenizacji oraz szacunek dla własnej odrębności. Twierdzę, że Polska powinna zatem stać się ambasadorem Turcji w UE i koordynować z tym krajem politykę zagraniczną zarówno na poziomie europejskim jak i w kontaktach z USA i Chinami. Być może dzięki temu w perspektywie do połowy wieku zapewnimy sobie luksus samodecydowania o swoim losie?

środa, 29 listopada 2017

Alpuhara

Przypomniałem sobie opowieść stanowiącą integralną część Konrada Wallenroda, w której arabski król imieniem Almanzor nie mogąc pokonać chrześcijańskiej inwazji przybywa do obozy swych wrogów aby oddać im hołd, przyjąć ich wiarę i w pokorze się z nimi pobratać. A wszystko to po to aby wyznać swym nowym przyjaciołom, że przyniósł im właśnie zarazę, która panuje w broniących się ostatkami sił arabskich zastępach. Oblężenie pryska i chrześcijanie w panice uciekają. Niosą jednak w swych ciałach zarazki dżumy. 
Mickiewicz jest jednak wieszczem. W tych kilku strofach ujął metaforycznie istotę upadku współczesnej Europy, która już wiele setek lat temu dała wpuścić do swego organizmu prątki antycywilizacyjnej zarazy. Jej konanie miało swój początek w źródłach francuziej rewolucji, a ciągle żywotny organizm odpierał ataki choroby. Ostania faza kulturowego komunizmu wytrąciła z rąk Europejczyków resztki oręża. Dziś pogrążeni w oparach politycznej poprawności mieszkańcy kontynentu przyjmują cywilizacyjną zarazę, która w atmosferze powszechnej obojętności przejmuje coraz to nowe rubieże. 
Mam nieodparte wrażenie, że gra się jeszcze nie skończyła, a zaplanowana inwazja jest tylko preludium do wielkiego zamieszania, które będzie tylko kolejnym etapem w drodze do tworzenia nowego radzieckiego globalnego człowieka. Nie wszystko stracone. A wrogiem nie jest sam prątek zarazy lecz ten, kto go wszczepia z premedytacją w celowo osłabiony organizm.

wtorek, 28 listopada 2017

Moja Mama

    Była osobą, która wszystko w swym życiu podporządkowała jednemu: miłości. Kochała nas bezgranicznie i gotowa była dla swojej gromadki na wszelkie wyrzeczenia. Teraz gdy odeszła zdefiniowała mi od początku czym jest tęsknota i pustka. Ale wiem, że jest tuż obok i że miłość nigdy nie ustaje. Jej odejście w całym jego dramacie i bólu jest jednak dowodem na istnienie Boga i jego planu zbawienia. Po prostu nie jest możliwe, aby ktoś taki jak moja mama z jej bezinteresownym dobrem po prostu, ot tak przestała istnieć. Jestem absolutnie pewien, że znów się kiedyś spotkamy i będzie to ta dobra strona odchodzenia.