środa, 27 czerwca 2018

Maleńki kawałek mnie


Dziś o świcie odbyła się msza za spokój duszy mojej mamy w ósmy miesiąc po jej śmierci. Po ceremonii postanowiłem złożyć za nią ofiarę. Udałem się do zakrystii mojej rodzinnej parafii. Stary mój znajomy - ksiądz Krzysztof nie chciał przyjąć ode mnie pieniędzy.
- Proszę rozliczyć się z proboszczem - powiedział ksiądz.
- Ale on się modli przy ołtarzu. Nie chcę mu przeszkadzać - odparłem.
- To proszę zajrzeć aby zobaczył, że pan czeka - powiedział ksiądz.
- Proszę księdza, jakieś 35 lat temu dokładnie w tym miejscu powiedział mi ksiądz, że największym przejawem braku wychowania jest przeszkadzanie komuś w modlitwie - powiedziałem.
Ksiądz wlepił we mnie uważnie wzrok. Nie wiem czy ujrzał we mnie wtedy małego chłopca w komży? Być może tak, bo uśmiechnął się serdecznie.
- Siostro, słyszała to siostra? - powiedział wyraźnie wzruszony starzec, tak jakby chciał usłyszeć od krzątającej się obok zakonnicy potwierdzenie, że to co usłyszał dzieje się naprawdę.

***

Przypominała mi się cytowana już kiedyś na tym blogu historia, którą opisał Paulo Coelho w powieści Alchemik.
W starożytnym Rzymie żył pewien starzec, który miał dwóch synów: jeden był sławnym poeta a drugi żołnierzem oddelegowanym do dalekiej prowincji. Otóż owemu starcowi, przyśnił się kiedyś kiedy anioł, który powiedział o tym, iż słowa jego syna będą powtarzane przez pokolenia ustami milionów ludzi. Ucieszyło to starca. Po pewnym czasie zmarł i w niebie spotkał owego anioła. Anioł na dowód prawdziwości swej przepowiedni, przeniósł starca w czasie i pokazał mu olbrzymi plac, na którym tysiące ludzi powtarzało jakieś słowa dziwnym języku. Zapytał więc starzec:
- Któryż to poemat jego syna poety stanie się taki sławny?
- To nie twój syn poeta jest autorem tychże słów. To twój syn żołnierz. Gdy stacjonował w odległym kraju rozchorował się jeden z jego podwładnych. Dowiedział się o pewnym lokalnym duchownym, który umiał uzdrawiać. Udał się więc do niego prosząc o uzdrowienie i wyrzekł słowa, których nigdy nie zapomniano:
„- Panie, nie jestem godzien abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiony sługa mój.”

Po czym opowiadający historię Alchemik kończy ową przypowieść słowami:
„Każda ziemska istota, cokolwiek by czyniła - rzekł - odgrywa zawsze główną rolę w dziejach świata. Oczywiście, nic o tym nie wiedząc.”

***

Nie wiadomo jak zostaniemy zapamiętani i jaki strzępek naszych czynów i słów wpłynął na innych. Składamy się bowiem nie tylko krwi, mięśni i kości, ale i ze strzępków innych i tworzymy jedyną w swoim rodzaju i niepowtarzalną mozaikę, do której dokładamy tylko niewielki fragment samego siebie. Nie wiadomo, które puzzle naszego życia uszlachetnią lub zgorszą innych. Nie wiem jak się to stało, że po kilkudziesięciu latach przypominałem sobie słowa młodego jeszcze wtedy kapłana, ale na pewno stanowią one maleńki element tego kim jestem.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Bo tu wcale nie o piłkę biega

Nie dalej jak wczoraj cała Polska obserwowała ostateczny dramat swej reprezentacji na mistrzostwach świata w piłce kopanej. Na początku było hardo, a potem wpierdol od jakiejś Kolumbii niczym we wrześniu 1939 roku. Najpierw „nie znamy pokoju za wszelką cenę”, potem wiara w Anglików i Francuzów, a później klęska i wstyd. I minister Bek opuszczający kraj po wejściu Rosjan i pytający, z goryczą wojskowych gdzie były te obiecane dywizje. 
Ja jako permanentny i ortodoksyjny przeciwnik piłki nożnej od dziecięcia patrzyłem na ten cały ludzki dramat całkowicie obojętnie. Piłka nożna to przede wszystkim sport nudny, a mistrzostwa świata w tej grze to jakiś zbiorowe sado-macho i apoteoza owej nudy. Moja olanie tego całego zamieszania było i jest do tego stopnia całkowite i bezdyskusyjne, że wczoraj wieczorem, gdy rozpoczął się ten telewizyjny spektakl dla ubogich uznałem, że nie ma lepszej pory na zrobienie zakupów. A co, trzeba korzystać z uroków handlowej niedzieli całymi koszykami. Gdy przejeżdżałem między półkami z towarami śledziły mnie nienawistne spojrzenia załogi, która chętnie także wlepiłaby oczy w telewizor. Chwilami czułem się wręcz jak bohater jakiegoś filmu SF, w którym wszyscy wyginęli na jakiś dziwny wirus, a na całej planecie zostałem tylko ja. Efekt potęgowała powrotna droga do domu przez wymarłe miasto. Od czasu do czasu manifestował swą obecność jakiś zawiany kibic, który wpadł w pętlę czasoprzestrzeni na czas nie zdążył wrócić do domu. Podejrzewam, że ostatecznej klęsce około 22.00 na ulice polskich miast wyszło więcej takich futbolowych zombie marzącym tylko o tym, aby spożyć mózg jakiegoś Nawałki albo innego Lewandowskiego czy jak im tam. Ja w każdym razie jechałem niczym król przez prywatne miasto zatrzymując się tylko na światłach, które o dziwo jakimś cudem stały na posterunku zamiast czym prędzej wyrwać się ze swoich fundamentów i po serii podskoków wlepić swój reflektor w jakieś okno na pierwszym piętrze gdzie lśnił telewizor.
Po meczu większość rodaków przeżyło pewnie tylko wstyd i zażenowanie. Nie ma co rozpaczać bowiem problem jest systemowy i nie dotyczy wcale wyłącznie piłki nożnej, ale całej III RP, która dzielnie broni się przed kapitulującą na wielu frontach dobrą zmianą. Związki sportowe – w tym PZPN, który rządzi polską piłką, to nic innego jak stalinowskie skanseny utrzymywane z pieniędzy podatnika i niezłe przechowalnie do wszelkiej maści przyjaciół i znajomych królika. Ale to tylko tło do szerszego obrazu rzeczywistości. Do dekad nie dorobiliśmy się systemów selekcji talentów i wcale nie chodzi tu wyłącznie o sport, ale o naukę, sztukę i wszelkie inne dziedziny ludzkiej aktywności. W piłkę grają dzieci, które tatuś zapisze do klubu, a nie te które mają w sobie ikrę i chęć do gry. Artystami zostają dzieci artystów, prezenterami dzieci prezenterów, naukowcami dzieci naukowców nawet jeśli nie umieją czytać i pisać a z ust wycieka im ślina. „Markowi Złotnickiemu za zajęcie pierwszego miejsca” - brzmi dumnie puchar dawany wszystkim Markom Złotnickim we wszystkich komuszych instytucjach, które przez ostatnie dekady nie zmieniły się ani o jotę. I wszystko gra, tylko konfrontacja tego skansenu i systemu poklepywania się po plecach z zewnętrznym światem pokazuje jak głęboko jesteśmy w przysłowiowej „czarnej dupie”. Bez systemowego demontażu tego potwora starych instytucji nigdy nie staniemy się krajem nowoczesnym. Pora rozpocząć wielki marsz przez instytucje jeśli mamy zamiar jeszcze kiedyś coś znaczyć i przestać być upokarzanymi przez byle pieski przydrożne. I nie ważne pod jakim szyldem ów marsz zostanie przeprowadzony. Ważne aby na przedzie szli lidzie odważni i bezkompromisowi. Bo tu wcale nie o piłkę biega.

piątek, 15 czerwca 2018

Czego się bać?

Rzetelna analiza naszej rzeczywistości. 

czwartek, 3 maja 2018

Dr Ewa Kurek - Kto ratuje jedno życie...

Długie ale warto.

Dugin przemówił

W nawiązaniu do przedwczorajszego posta, pragnę polecić wywiad z Aleksandrem Duginem, który zdaje się potwierdzać moje hipotezy co do naszej przyszłości.
http://xportal.pl/?p=33664
Słowa Dugina mogą być pojmowane jako "balon próbny" rosyjskiej polityki. Czyżby zatem nas sprzedali, a roszczenia żydowskie są jedynie środkiem do tego abyśmy sami z siebie mienili geopolityczną strefę wpływów? Najgorsze jest to, że jeśli to prawda, to może to oznaczać realizację scenariusza rozbiorowego, bo Niemcy nie odpuszczą naszych zachodnich ziem stanowiących dla nich przestrzeń geopolityczną dla tak z mozołem budowanego lokalnego imperium. Czy w rosyjskim układzie geopolitycznym będzie nam źle? Niekoniecznie. Jak twierdził Dugin w innym cytowanym drzewiej tu wywiadzie, zachowamy wtedy przynajmniej tożsamość a to, że będziemy mogli robić nieskrępowane cłami interesy na olbrzymich połaciach rosyjskiej ziemi nie oznacza wcale jakiejś poważnej bolączki.
Inna kwestia, gdy ją sobie uświadomimy jest jeszcze bardziej przerażająca, a mianowicie to, że nie mamy na to wszystko żadnego wpływu. 

wtorek, 1 maja 2018

Hipoteza potrójnej helisy

Jak powiedział kiedyś Nicolás Gómez Dávila: "Temu, kto z niepokojem pytałby, co wypada w obecnej sytuacji czynić, odpowiedzmy uczciwie, że dziś przystoi tylko bezsilna jasność umysłu." 
Ten kolumbijski myśliciel i erudyta jakby przewidział naszą sytuację. Z jednej strony z zapowiedzianego wstawania z kolan nic nie wyszło, z drugiej przeżeramy wszystko co pożyczamy i najmniej ważne jest to, że czynimy to z różańcem w ręku i patriotyczną pieśnią na ustach i w imię interesu przyszłych pokoleń. Mogłoby się wydać, że kolejna ekipa znów zakpiła z suwerena. Układanka wydaje się być jednak bardziej złożona, a w polityce nic nie jest tak ważne jak umiejętność oddzielania faktów od pozorów. Jedyne co można zarzucić rządzącym poza kunktatorstwem inwigilowanych niemal całkowicie przez PRLowskich funkcjonariuszy służb dyplomatycznych, to brak gry ze społeczeństwem w otwarte karty i nie mówienie mu prawdy. Podmiotowe traktowanie społeczeństwa i aksjologiczna wyższość nad poprzednikami były bowiem fundamentem, na którym PiS zbudował swój polityczny sukces. Wraz z podmyciem fundamentu ginie też i cała konstrukcja. Trudno aby nie widziano o tym na Nowogrodzkiej. Czyżby prawda o realnej naszej sytuacji była aż tak przerażająca, że jej ujawnienie pozbawi rządzących resztek zewnętrznych znamion władzy? Poprzednicy PiSu poznawszy realną sytuację postanowili ukraść co się dało i nie przeszkadzać w tym innym. Nieświadomy i naiwny PiS postanowił najpierw wstać z kolan i odbudować podmiotowość, ale po chwili gdy pojął co jest grane postanowił wycofać się z tego planu. Jaka jest więc owa przerażająca prawda? 
Według mnie mamy do czynienia z trzema niezależnymi od nas równoległymi procesami, z których wynika większość naszych problemów i którymi walczyć nie sposób. Nasza rozpaczliwa – choć nie beznadziejna sytuacja jest ich wypadkową. 

Proces pierwszy: geopolityka i jej konsekwencje
Wojna USA – Chiny o hegemonię nad światem nieunikniona. Wbrew pozorom już trwa, choć nie przybrała jeszcze formy energetycznej (militarnej). Na razie ogranicza się do propagandy, prezentacji siły i robienia sobie psikusów. Co więcej czas zdaje się grać na korzyść Chin. Jak wiadomo, do każdej wojny potrzeba jest kasa i sojusze zapewniające lepszą strategiczną pozycję. Od pewnego czasu słaba ekonomicznie Rosja zdaje się targować, który blok poprze. Targi trwają, a stawka wzrasta. Zaangażowanie Rosji w konflikt syryjski jest niczym innym jak tylko projekcją siły chińskiego sojuszu, który gra na czas i nie pozwala przez to uporządkować USA sytuacji na bliskim wschodzie. Idąc bowiem na wojnę na Atlantyku, Amerykanie muszą uporządkować sprawy we wnętrzu kontrolowanego przez siebie terytorium. Rosjanie jednak nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i z pewnością są gotowi zmienić sojusze ale za odpowiednią cenę. Tą ceną może być między innymi rozszerzenie strefy wpływów w Europie Środkowej. Tego typu akcji współcześnie już nie załatwia się czołgami. Najlepiej jest kiedy ludy tubylcze same dojdą do przekonania, że lepiej im będzie pod skrzydłami Rosji. Dotychczas nasza wątpliwa podmiotowość oparta była na równie wątpliwym sojuszu z USA. Przegłosowanie w tym kraju Ustawy 447 dotyczącej nacisków na restytucję mienia bezspadkowego na rzecz organizacji Przemysłu Holocaust oznacza, że za chwilę być może sami dojdziemy do wniosku, że lepiej nam się opłaca być po Rosyjskim parasolem niż pod Żydowskim pręgierzem. Prawo to może być więc niczym innym jak wypełnieniem amerykańskich zobowiązana w stosunku do Rosji, do której wszystkie kraje naszej części Europy zapukają same. Z drugiej strony bowiem ugięcie się przed roszczeniami oznacza niesamowity wzrost obciążeń podatkowych, gdyż do pobierania haraczu Przedsiębiorstwu Holocaust zostanie wykorzystany polski aparat fiskalny. Spowoduje to nienawiść obywateli do własnego państwa a więc zwiększenie się i tak prawdopodobieństwa realizacji scenariusza rozbiorowego. 
Jak zaznaczyłem konieczność wojennych przygotowań oznacza nie tylko poszukiwanie sojuszników i sowite ich wynagradzanie ale także poszukiwanie oszczędność. Jedną z ich form stosowanych przez USA będzie z pewnością konieczność wstrzymania dotacji dla państwa Izrael, które w tej chwili coraz bardziej rozpaczliwie próbuje zapanować nad palestyńskim żywiołem. W tym kontekście fiasko projektu Izrael od pewnego czasu jest już pewne. Trwają więc rozpaczliwe poszukiwanie przestrzeni dla nowej diaspory. Najprawdopodobniej „prawo do powrotu” będzie jedną z form opłaty za żydowskie roszczenia, nie licząc oczywiście realnych majątków, które już w tej chwili są masowo przejmowane na Ukrainie jako zastaw za tzw. pomoc finansową dla tego kraju. W przypadku przejścia Rosji na amerykańską stronę nie będzie potrzeby rozbijania sojuszu Niemiecko – Rosyjskiego czego przejawem jest realna akceptacja przez USA projektu Nord Streem 2, który bez tej akceptacji nie byłby przecież możliwy. A to oznacza kolejne systemowe problemy Rzeczpospolitej, bowiem przyjaźń naszych wschodnich i zachodnich sąsiadów oznaczała dla nas zwykle kłopoty. Budowa wspólnego systemu energetycznego może być kolejną przyczyną utraty resztek podmiotowości. 
Opieka Rosji nad częścią naszego terytorium w połączeniu z powstaniem wyspowej suwerenności żydowskiej może być częścią czekające nas losu. Reszta kraju zostanie pod wpływem Niemiec co oznacza realny scenariusz rozbiorowy nawet w przypadku zachowania przez nas formalnych znamion suwerenności. I pomyśleć, że przy wódce w pewnej knajpie nie tak dawno temu ktoś bredził o tym, że nasze państwo istnieje teoretycznie. 

Proces drugi: Rychła konieczność urealnienia pieniądza
Ilość fałszywych pieniędzy bez pokrycia w światowym systemie finansowym wymaga szybkiej korekty. Krach wywołany brakiem zaufania może być poprzedzony wojną. A to, że świat pokłada coraz większe nadzieje w krytowalutach niż w papierkach bez pokrycia zwanymi dolarami staje się faktem. Świadczy o tym rozpaczliwa walka z nową formą rozliczeń. Trwa więc wyścig „drukarzy” o wszystko co realne i materialne. Jego objawem są niewątpliwie także bezpodstawne prawnie roszczenia wysuwane w stosunku do naszej części świata. Stary układ się chwieje i najwyraźniej obawia się o swoją niepewną przyszłość. Wyłonienie się nowego światowego systemu walutowego, którego promotorem będą na pewno Chiny złączy się z rozpoczęciem światowego militarnego konfliktu. Chińczycy mogliby taki system wprowadzić już teraz lecz z jakichś przyczyn jest to jeszcze im nie na rękę. Czekają być może na zwiększenie swej przewagi swojego przemysłu. Być może w tym ma swoje źródło nagła propozycja Prezydenta Dudy zmiany konstytucji, której jednym z punktów ma być procedura zmiany waluty? Tego nie wiemy. W każdym razie wspomniany wcześniej trend zamienienia elektronicznych impulsów na wszystko co materialne trwa w najlepsze, a kolejna próba ratowania upadających banków pieniędzmi obywateli przyczyni się do bezprecedensowej utraty majątków i oszczędności. Nie jest wykluczone, że tym razem stanie się to wszystko pod pretekstem globalnej awarii systemu komputerowego. Na chwilę powróci więc normalność, ale większość ziemi i wszelkich środków produkcji zdąży już zmienić właścicieli, a poza nimi i złotem nie będzie już nic będzie można uznać za obiektywny miernik wartości. Staniemy się więc światem nędzarzy, którą którym ktoś łaskawie pozwoli oddychać udostępniając należące do jakieś korporacji zasoby tlenu w atmosferze. 

Proces trzeci: Nowy porządek świata
To proces najbardziej dalekosiężny, którego mechanizmami są główne dwudziestowieczne ideologie: korpo - liberalizm i marksizm. Marksistowska zaraza intelektualna z jej odłamami będzie odpowiedzią pogłębiające się problemy świata. Oczywiście będzie to przypominać gaszenie pożaru przy pomocy benzyny, a na problemy marksizmu jedynym sposobem będzie więcej marksizmu. Wszystkie inne poglądy w globalnym społeczeństwie stanowość będą margines. Walka ideologiczna, którą już obserwujemy obecnie będzie obejmowała walkę między poszczególnymi nurtami tej samej ideologii. Wykreowanie społeczeństwa niewolników, które będzie wynikiem dwóch wcześniejszych procesów zyska lada chwila wymiar nowej globalnej religii - ekopanteizmu, w której człowiek sprowadzony do roli szkodnika egzystującego na matce ziemi dzielić będzie jedynie biedę i zwątpienie. Mechanizmami tego procesu jest realna utrata suwerenności przez jakiekolwiek autonomiczne systemy społeczne, wzrost inwigilacji pod pretekstem zapewnienia bezpieczeństwa i reszcie eksperyment kulturowej homogenizacji, którego przejawem jest najazd na Europę tzw. „uchodźców”. Utrata tradycyjnych wartości przez całe rzesze zachodnich społeczeństw wspierane przez medialne pranie mózgów i ograniczenie dostępu do prawdziwej edukacji zaowocuje systemowym uzależnieniom mas ludzi pozornie wykształconych od systemu. Nowy prekariat przyjmie nowe wpojone im wartości jako objawienie. Ten proces wydaje się być w naszym kraju najmniej obecny, co nie znaczy, że nie zaatakuje ze zdwojoną siłą w najbliższym czasie. Przyczyny tego zjawiska wydają się być dwa: 
- realne doświadczenia Polaków z realnym socjalizmem,
- zbyt duża dynamika transformacji nie pozwalająca na przyjęcie zbyt społecznych eksperymentów, 
- przywiązanie do religii katolickiej. 
Walka na tym odcinku została zatem potraktowana u nas po macoszemu, gdyż byłaby w dużej mierze skazana na fiasko. 

Bez względu na to jaka będzie intensywność i chronologia trzech wskazanych wyżej procesów zmierzają one w jednym kierunku: realizacji scenariusza rozbiorowego w wyniku którego utracimy resztki naszej suwerenności. Oczywiście nie nastąpi to nagle i być może pozwolą nam zachować - jak mawia Grzegorz Braun: piosenkę i chorągiewkę, ale to także raczej jako wentyl bezpieczeństwa w sytuacji ewentualnego buntu, który nie wiem czy jest jeszcze możliwy. 
Formalne władze i to bez względu z jakiego byłby ugrupowania nie mając żadnych instrumentów walki pełnią rolę amortyzatora - tych procesów i niczym rodzina przy łóżku konającego wmawiają mu, że wszystko będzie dobrze. Brak udostępnienia narodowi rzetelnej informacji o stanie państwa oceniam jako największy grzech obecnie rządzących. Pozwoliłoby to na wsparcie oddolnych procesów pozwalających na przygotowanie się na ideologiczne, ekonomiczne czy wreszcie militarne zagrożenia. Wydaje mi się, że część naszych elit może być wręcz nieświadoma owych zagrożeń nie widząc ich systemowego i poważanego charakteru. 

Przenikanie się zjawisk w ramach owych procesów nagle przyspieszyło, co może być dowodem na rychły wybuch globalnego konfliktu.

Co więc wypada czynić? Przede wszystkim „zachować jasność umysłu”, ale nie tylko. Ponoć Słowianie w rzymskich kronikach pojawili się stosunkowo późno. Dlaczego tak się stało? Po prostu nasi przodkowie urywali się przed przejeżdżającymi przez nasze ziemie obcymi. Charakteryzowali się także brakiem rozbudowanej struktury społecznej dzięki czemu bogacili się zadziwiająco szybko. Integrowali się tylko w czasach zagrożeń. W naszej naturze zatem jest wpisana umiejętność tworzenia alternatywnych do oficjalnych społecznych struktur. Dlatego potrafiliśmy organizować podziemne państwo i przetrwać zabory. Po prostu nasza geopolityczna sytuacja i częste najazdy wymagały wyrobienia takich cywilizacyjnych mechanizmów niespotykanych być może nigdzie indziej. Zagrożenie uruchamia w nas niewyobrażalne i nieuświadomione pokłady energii. Oby nie została ona tylko zaangażowana w sposób dla nas szkodliwy. Należy więc przywrzeć do ziemi i czekać aż minie zagrożenie. Nie dać się wplątać w żadną awanturę i cierpliwie czekać na rozwój wypadków w żadnym przypadku nie wychodząc przed szereg. Powinniśmy „palić głupa” niczym Wojak Szwejk, który w pewnym miejscu powieści wyznaje, że było tylu mądrych których zmieli wojenna maszynka do mięsa, a on idiota żyje i ma się dobrze. W perspektywie najbliższej dekady wyłoni się nowy obraz świata: rozbitego i wynędzniałego. Jeśli przetrwamy jako wspólnota wierna swym wartościom mamy szansę na podmiotowość i na realny rozwój. Jeśli nie – nie będzie nas. Zachowanie zatem biologicznej ciągłości i kulturowej tożsamości to jedyne na co mamy wpływ.  Oby tylko nasi chłopcy nie ginęli w imię nie swoich ideałów na frontach całego świata jak przez ostatnie stulecia. Z resztą poradzimy sobie. Nowy układ geopolityczny może być dla nas przy zmasowanej inwazji negatywnych czynników światłem nadziei jeśli zachowamy zarodniki tego starego dobrego świata nie pozwolimy zwyciężyć ciemności. Być może taki jest nasz dziejowy los?
A jak będzie? Bóg tylko wie.

niedziela, 18 marca 2018

Le Bon w praktyce czyli krótki kurs manipulowania tłumem i nie tylko.

Jak rozproszyć najskuteczniej niezadowoloną gawiedź? Stanąć na jego czele i wyprowadzić na manowce. W wydanych w 1990 roku wspomnieniach Franciszek Szlachcic – PZPRowski aparatczyk i jeden z filarów komunistycznego aparatu bezpieczeństwa tak relacjonował jeden z epizodów Października 1956 r.:
„Najgroźniejsza sytuacja wytworzyła się w Gliwicach, gdzie w tłumnie dominowały nastroje antyradzieckie. Po otrzymaniu meldunku wraz z kilkoma oficerami pojechałem tam natychmiast. Włączyłem się w tłum. Z okrzyków zorientowałem się, że maszerują pod pomnik Armii Radzieckiej. Doszliśmy do pomnika. Kilku awanturników nawoływało do obalenia go. Zacząłem przemawiać, perswadować i apelować o spokój. Tłumaczyłem, że Polacy nigdy nie niszczyli grobów, a żołnierze radzieccy ginęli za nasze wyzwolenie. Mówiłem, bo wiedziałem, że dopóki mówię, a tłum słucha, dopóty nikt nie tknie pomnika. Zacząłem się już powtarzać. W tym momencie przyszedł mi z pomocą pracownik naukowy Politechniki Gliwickiej, który mówił to samo. Zaproponował odśpiewanie hymnu i roty; zaczęto się rozchodzić. Po chwili jednak ktoś krzyknął: „Idziemy na koszary!”. Znowu uformował się pochód i ruszył w kierunku małej jednostki wojsk łączności Armii Radzieckiej. Włączyłem się, idę i zastanawiam się, co robić. Nagle zagradza nam drogę kompania MO z oficerami – Władysławem Gutem i Janem Wesołowskim. Poznali mnie, a widząc na czele maszerującego tłumu szeroko otworzyli oczy i zasalutowali. Zbliżyłem się i cicho powiedziałem: „Przepuście”. Przepuścili, ktoś zauważył salutowanie i krzyknął: „Niech żyje milicja!”. Zaczęto śpiewać pieśni patriotyczne, my zaś prowadziliśmy pochód, byle dalej od jednostki. Po kilkudziesięciu minutach pochód zmalał, pozostało kilkudziesięciu. Dalszy marsz był bezcelowy.”
Franciszek Szlachcic, Gorzki smak władzy, 
Wydawnictwo FAKT, Warszawa 1990, s. 16.

Na podstawie powyższego cytatu można pokusić się o stworzenie instrukcji:
1. odwołaj się do sumień (pranie mózgów),
2. zyskaj na czasie,
3. wyznacz bardziej atrakcyjny cel,
4. uwiarygodnij się jak przywódca,
5. wyprowadź na manowce,
6. zadanie wykonane.

Nie ma sensu fizyczne starcie. Trzeba być miękkim i cofać się tam gdzie wróg naciera. Co więcej, niczym w judo niech jego siła obróci się przeciw niemu samemu. Niech się zmęczy, rozproszy i straci wiarę w sens drogi. Ale podstawią wszystkiego jest uwiarygodnienie się jako lider, a przy tym motor oczekiwanych, „jedynie słusznych” zmian. Profesjonalna manipulacja tłumem, a przy okazji metafora postkomuny.
To już raczej nie Le Bon lecz bardziej Sun Zi.