środa, 30 grudnia 2009

Jest różnie czyli tak samo


Nastąpiła dzięki Internetowi eksplozja twórczości wszelakiej. Ludzie piszą, komponują, filmują, ale czy to znaczy, że mają coś do powiedzenia? Brzytwa Ockhama jest bezwzględna: nie należy mnożyć bytów ponad potrzeby.
Jedni powiedzą: panuje chaos informacyjny jak na targowisku. Na obejrzenie, wysłuchanie i przeczytanie tego co powstaje w sieci w przeciągu zaledwie jednego dnia nie starczy życia.
Inni odpowiadają: ale bazarowy chaos to coś najbardziej naturalnego na świecie, a idąc na przyjęcie gdzie jest szwedzki stół musisz zjeść wszystko co na nim jest? Wystarczy popróbować, wybrać co ci odpowiada i skomponować własny posiłek.
I jedni i drudzy mają rację. Problem polega jednak na tym, że znaczna część treści w Internecie jest po prostu bezwartościowa i nikomu nie potrzebna. Czytając niektóre wpisy na forach łatwo się przekonać, że lepiej by było gdyby w ogóle nie powstały. Oczywiście wystarczy, że dana treść czy informacja jest ważna dla jego twórcy, ale po co w takim razie umieszczać ją w sieci aby czytali ją inni? Gdy wszyscy mogą powiedzieć wszystko to tak, jakby nikt nic nie mówił. Więc są dwa sposoby aby zamknąć ludziom usta:
pierwszy: wprowadzić absolutną cenzurę, aby żadna niechciana informacja się nie upowszechniła
drugi: aby wszyscy mogli „wrzeszczeć”. Wtedy dana treść i tak nie potrzeb do wszystkich, a jaki nawet stanie się bardzo popularna to zostanie zrelatywizowana.

Sądzę, że większą siłę nośną miały gazetki drukowane przez opozycjonistów i wszelkiej maści rewolucjonistów rozdawane pokątnie, niż połowa blogów i kanałów na YT. Bo jeśli dany świat jest  tylko twój, a każdy ma taki własny wirtualny świat, to nikt nie jest w stanie zmienić tego prawdziwego. Ludzie są zatomizowanie na skalę dotychczas niespotykaną. Czy handlarze i kupujący na targu mają wspólny cel? Nie! Każdy ma swój własny, podobny, ale własny.
Czy na jakimś blogu pojawi się informacja, myśl, która skłoniłaby ludzi do zbiorowego działania? Nie sądzę. Więc paradoksalnie sieć nie wywołuje żadnego zagrożenia dla monopolu informacyjnego i instytucji społecznego sterowania. Przy okazji nieformalne struktury stały się bardziej namierzane i poddawane inwigilacji. Dzięki sieci nie dojdzie już do żadnej rewolucji. Zostanie ona stłumiona w zarodku. Dlatego nasz świat z pozoru wolny i demokratyczny staje się paradoksalnie coraz bardziej zniewolony i totalitarny.

Zmiany dokonają się bez sieci, bo nadmiar informacji to ich brak. Ludzie znajdą inną formę komunikacji i przepływu idei: o ważnych sprawach będą ze sobą jak dawnej rozmawiać. Podkreśli  to doniosłość treści. Stanisław Lem napisał kiedyś w „Bombie megabajtowej”, że człowiek jest w stanie przyswoić sobie zaledwie kilka bitów na sekundę. Czy eksplozja wzajemnej komunikacji doprowadziła do powstania jakiś wynalazków na skalę silnika parowego, lub koła? Nie. Lem stwierdził także kiedyś, że przemysł nie zaspokaja już potrzeb tylko je generuje. Komunikacja międzyludzka jest  naszą naturalną potrzebą, ale z paplania nie będzie chleba dla nikogo. To nie proch lecz zasypka dla rozwoju. Amerykańscy publicyści w latach sześćdziesiątych nie mogli wyjść z podziwu, że na przystankach moskiewskiego metra ludzie czytają Dostojewskiego czekając na pociąg. Po prostu nie było Harlekinów. W PRL-owskiej telewizji było więcej wartościowych filmów i programów niż we wszystkich współczesnych platformach cyfrowych razem wziętych. Ludzie do dziś pamiętają „Sondę” czy „Teleranek”, a kto będzie pamiętać o współczesnych telewizyjnych „meteorach”? Tak więc nie ilość treści lecz jej subiektywna jakość jest wartością. A to że ludzie przeważane potrzebują krwi, seksu, taniego humoru? Dlatego sieć jest śmietnikiem.

Dlaczego więc to piszę? Sam już nie wiem.

niedziela, 27 grudnia 2009

Niby nic, a jednak

    Moi chłopcy uwielbiają przygody "Artura i Minimków". Gdy okazało się że w kinach jest druga część, nękali, nękali aż wymiękali. Dziś była wyprawa do kina. Siedzieli w kinie wpatrzeni w ekran, lecz pod koniec przyszło rozczarowanie. Gdy wreszcie akcja zaczęła się rozkręcać, na ekranie pojawił się napis: zapraszany do kin na koleją część: "Artur i wojna dwóch światów". Na sali rozległy się gwizdy, ludzie krzyczeli: "oddawać pieniądze". Niby wszystko o.k., lecz wielu czuło się oszukanych. Z jednej strony nikt nie powiedział, że dzieło musi być dokończone, ale idąc do kina z dziećmi chce się obejrzeć bajkę, a nie jej połowę. Pomijam już fakt, że jako widz zostałem w sposób oczywisty wprowadzony w błąd. Film nosi tytuł: "Artur i zemsta Maltazara", a w owym obrazie nie ma żadnej zemsty. Co więcej, gdy ma ona się dokonać pojawia się cytowany wyżej napis, brzmiący jak: „wrzuć monetę”.
    Nikt tego nie zabrania. Lepiej jest oczywiście wziąć pieniądze za dwa bilety niż za jeden. Lecz nikt nie powiedział biednym dzieciakom, że historia będzie niedokończona, że nie przeżyją bajkowego katharsis. Ja jako sponsor eskapady miałem inne refleksje: Dlaczego nikt mnie nie ostrzegł o tym, że kupuję dla siebie i swoich dzieci półprodukt?
    W Polsce istnieje poważna przepaść instytucjonalna. System podatkowy jest skonstruowany  tak, że wszelkie działające instytucje pozarządowe "są podpięte" pod budżet, który nieudolnie pełni funkcje redystrybucji podatków, a nie pod prywatnych fundatorów, którzy za swoją hojność z tychże podatków byliby zwolnieni. Wtedy mogłoby działać prawdziwe instytucje reprezentujące interesy obywatela, a nie ich budżetowe "mutanty". Bo to budżet decyduje na co daje pieniądze wspierając organizacje, a nie podatnik.  Należy dodać, że słynny 1% podatku dochodowego na tzw. organizacji pożytku publicznego to farsa i fikcja. Dzięki takiemu stanowi rzeczy, instytucje nie odpowiadają interesom i potrzebom społecznym tylko biurokratycznej fikcji. Przepaść się powiększa i niedługo swymi rozmiarami prześcignie Wielki Kanion.
Gdyby system działał inaczej, jedną z luk do zasypania byłoby naturalne powstanie jednej lub wielu prawdziwych organizacji ochrony konsumentów. Organizacje te poza edukacją w zakresie przysługujących praw zajęłyby się lobbingowym na rzecz zmiany prawa oraz wytaczaniem procesów nieuczciwym producentom i usługodawcom. I tak zanim poszedłby z dziećmi do kina mógłbym uzyskać informację czy dane dzieło ma charakter skończony czy nie, dowiedzieć się z   kampanii medialnej: „nie idź do kina na to ścierwo, bo dzieciak będzie płać”.
Gdy na początku lat dziewięćdziesiątych wszystkim wdawało się, że runęła komuna, ona przeszła do konspiracji, okopała się na z góry wyznaczonych pozycjach i trwa. Będzie trwać, bo wszyła się w system, a żadna siła polityczna nie jest zainteresowana aby dostarczyć ludziom choć odrobinę wolności. Co więcej od lwa do prawa sami komuniści. Co więcej: ludzie są tako ogłupiali, że już sami nie wiedzą czego chcą. Ów stan zborowej psychozy można porównać do syndromu sztokholmskiego, gdzie ofiary czują silną więź w stosunku do swych porywaczy i oprawców. Coś takiego chyba dzieje się i z nami.

 P.S.
http://www.rp.pl/artykul/411707_Kibice_pamietaja_o_powstancach.html
Po mimo istnienia całej masy IPN'ów i innych Rad Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa to poznańscy kibice zorganizowali się i zrobili coś wielkiego, na co nie wpadłby nigdy żaden biurokrata. Czapki z głów!

sobota, 26 grudnia 2009

Lektura po latach

Kiedyś zaczytywałem w Kapuścińskim. To mój idol. Korzystając z odrobiny świątecznego wytchnienia sięgnąłem po jego Lapidaria. Zdałem sobie sprawę jak bardzo zmieniły się moje poglądy przez te lata, jak bardzo wyczuliłem się lewacką ułudę. Poza tym nadal cenię sobie Kapuścińskiego za obserwację świata, za jego wnikliwość, chłonny umysł i wewnętrzne bogactwo. Jego obserwacje są cenne i ponadczasowe. Niektóre zapiski pomimo, że sprzed trzech dekad tak jakby zostały napisane wczoraj. Oto kilka z nich:

Warszawa 1985 r.
„Trafna obserwacja Krystyny Jagiełło:
„Kłamali wszyscy. Ale kłamstwo wszystkich staje się rzeczywistością – dymna zasłoną dla sumień. Wspólnota kłamstwa jest dobrotliwa – z każdego zdejmuje cząstkę winy.””*

„Kłamstwo: jeśli można oszukać zło za pomocą kłamstwa – czy wówczas wolno kłamać?*

Warszawa 1986 r.
„J.M. O nowym pokoleniu karierowiczów:
- Nie mają wizji Polski, wizji przyszłości. Tym samym nie mają wizji, z którą mogliby się utożsamiać i solidaryzować. W tej sytuacji utożsamiają się z układem, z grupą, z osobami. O co im chodzi? O nic, a raczej o to, żeby się utrzymać a potem przebić wyżej.”**

Jak widać niewiele się zmieniło.

Ryszard Kapuściński „Lapidaria” Czytelnik, Warszawa 2002,
*s. 94
**s. 108

A miało nie być o polityce

Nowe świeckie tradycje
Ludzie już nie składają sobie życzeń, nie wysyłają kartek, tylko hurtowo SMSy. Czy ludzie nie mogą zrozumieć, że najlepsze co mogą zrobić to zostawić bliźniego w spokoju? Ktoś mi życzy spokojnych i rodzinnych świąt, a ja nic nie robię tylko przez pół wigilijnego wieczoru siedzę przy telefonie. Jeszcze nigdy tylu SMSów nie dostałem co w tym roku. Jeszcze tak parę lat i będziemy sobie przesyłać opłatek.
Wigilia u rodziny. Zamiast zbłąkanego wędrowca telewizor w którym gwiazdy jakiś seriali śpiewają kolędy. A to jakaś Doktor Basia, a to Ksiądz ze swoją służącą.  Wszyscy doskonale ich znają tylko jak nie. Widać od razu że jestem niekulturalny, bo seriali nie oglądam. Wielki Brat jest też już przy wigilii. Dobrze, że w kościele ludzie wyłączają komórki.

Otwieram jakiś napój.
Na zakrętce napoju napisane, że jest produkowany od 1789 roku. Napój nie polski, więc przychodzi refleksja: gdzie są nasze firmy z takim stażem? A no nie przetrwały, pożogi zaborów, powstań, wojen i okupacji lub zostały przejęte. Dlaczego Japończycy potrafią przepracować całe życie w jednej firmie po 12 godzin na dobę 6 dni w tygodniu do osiemdziesiątki, a u nas wszyscy kombinują jak pójść na wcześniejszą emeryturę? Bo tam nikt nie dłubał przy systemie. Od tysięcy lat wygląda to tak samo: firma to rodzina, która wymaga poświęcenia ale daje też poczucie wspólnoty, jest drugim domem, rodziną. Ten kto tego nie zrozumie nie zrozumie też istoty feudalizmu. U nas tego rodzaju naturalne wspólnoty gospodarcze nie powstały lub zostały zabite. Gdyby nie komuna dawne majątki dworskie przekształciłyby się przedsiębiorstwa takie jak Sony czy Yamaha – robiące wszystko co da się sprzedać. Samosterowne statki, małe niepodległe korporacje. A tak przedsiębiorca musi być wrogiem nie tylko dla państwa ale i dla swoich pracowników. Dlatego często też wyzyskuje, ale jak tu nie wyzyskiwać, gdy człowiek obłożony daninami chce wyjść na swoje? Mamy beznadziejny system administracyjny i co tu kryć, w naszej części nie można zrobić dobrych interesów. Ale nie jest za późno. Byleby nikt nie przeszkadzał, a ludzie którzy rozumieją rynek doszli w końcu do władzy. Tylko czy na to pozwolą okupanci?
Szkoda, że nie jesteśmy wyspą, tylko miejsce gdzie przez które przejść musi każda armia. Dlatego też nigdy nie będziemy wyspą nigdy nie będziemy Japonią. Ale to co jest najważniejsze to zdrowa społeczna tkanka, która jest odporna na indoktrynację jednych czy drugich okupantów. Dla tego prawdziwe uwolnienie gospodarcze jest fundamentem rozwoju tego kraju nie tylko z ekonomicznego punktu widzenia. Potrzebny nam jest łatwy dostęp do taniego kredytu, mniejsza biurokracja i fiskalizm. Marzenia ściętej głowy.

I znowu mi się nie udało.
Na święta życzyłem sobie, że przez chwilę przestanę myśleć i to wcale nie poprzez wypicie pół litra. Czym więcej wolnego czasu tym myśli tłoczą się człowiekowi do głowy. Pora na medytację.

środa, 23 grudnia 2009

Cykl

„Zmieniają się wciąż na nowe trzy generacje. Jedna odkrywa Boga, druga wysklepia nad nim ciasną świątynię i więzi Go w niej, trzecia zaś, zubożała, wyłupuje kamień po kamieniu z tej świętej budowli by w nędzy swej wznosić dla siebie ubogie chaty. A potem przychodzi z powrotem pokolenie tych co szukają Boga na nowo.”
Rainer Maria Rilke „Listy”


Wszystkim zdrowych spokojnych i radosnych świąt Narodzenia Pana, bez telewizji i Internetu.

Do abordażu! Czyli fuzja czy wrogie przejęcie?

Kilka dni temu w Gazecie ukazał się artykuł z którego wynika, że poseł Komorowski zaproponował PSL’owi nie koalicję lecz trwały sojusz wyborczy i programowy. Według słów Komorowskiego PO byłaby gotowe oddać tzw. ludowcom tekę premiera w nowym - starym rządzie. Na drugi dzień wystrzeliła informacja o zajęciu kont PSL przez skarbówkę za stare błędy i wypaczenia wyborcze. Tak więc proponowany przez Komorowskiego sojusz to już nie taka tam propozycja tylko strategia na przerwanie dla PSL, dla którego wsparcie tego rodzaju może być ostatnim wyjściem. Pytanie tylko czy ratując będących w rozpaczliwiej sytuacji rozbitków marynarze z PO nie wpuszczają na swój pokład wojowniczych piratów?
Mało kto pamięta, że podobny abordaż w historii tego ugrupowania miał miejsce już kilkakrotnie. Jeszcze przed wyborami w 1947 roku, gdy niektórzy mieli złudzenia, że w Polsce będzie istnieć prawdziwa demokracja, ówczesny PSL został w dużej mierze inwigilowany przez "piracką" agenturę, która w konsekwencji doprowadziła do przejęcia i uczynienia z niej fasadowej przystawki, pod marką ZSL. Gdy nastał czas tzw. demokracji po roku 1989 przez niektórych nazywanym drugą komuną, ZSL przeprowadzała najbardziej spektakularny w swej historii abordaż. Grupa ta nazwała się PSL’em przyłączając do dawnego ZSL kilka grup rozłamowców. To czy stało się to legalnie czy nie nadal budzi kontrowersje. Przez ostatnie 20 lat partia ta, dzięki tzw. "dużej zdolności koalicyjnej" tego ugrupowania uczestniczyła w wielu rządach, niezliczonej liczbie koalicji na szczeblu samorządowym dorabiając się dziki temu całej armii etatystycznych działaczy. Ceną za "dużą zdolność koalicyjną" jest realna bezideowość tego ugrupowania gdyż powszechnie wiadomo, że PSL może z każdym. Między czasie doszło przez ostatnie 20 lat do kilku prób nadania temu ugrupowaniu jakiejś ideowej linii. Wszelkie tego rodzaju próby kończyły się fiaskiem i odejściem części działaczy. Ostatnia duża tego rodzaju próba naprowadzenia piratów na dobą drogę i dania im listów kaperskich odbyła się w 2005 roku. Wtedy to część działaczy pod przywództwem Podkańskiego, Wojciechowskiego i Kuźmiuka odeszła z partii. Ci trzej – wtedy eurodeputowani - właściwe zostali z niej wyrzuceni, jak się potem okazało nielegalnie. Powołali oni konserwatywne PSL „Piast” przemianowane potem na Stronnictwo „Piast” ratujące historyczny honor ruchu ludowego. Tłem całego zamieszania była sprzedaż za niewielką część wartości siedziby partii przy ul. Grzybowskiej w Warszawie. Paradoksalnie odejście części konserwatywnych działaczy umocniło ciemne geszefciarskie i bezideowe jądro PSL.
A teraz nadeszły kłopoty, odcięcie od publicznej kasy przez najbliższe kilka lat. Będzie to próba charakterów i ideowości. Chyba, że propozycja Platformy zostanie przyjęta. Pytanie tylko, kto na tym robi doby interes? Sadzę, że jednak PSL. Z Platformą łączy ich jedno: bezideowość. Tego typu zaproszenie wprawionych w morskich potyczkach wilków morskich na wspólny pokład oznacza tylko jedno: przejęcie statku. Piratów łączy doświadczenie, wiedza i silne więzi. Broń Boże nie przyjaźni, lecz każdy ma na każdego jakiegoś haka, widzę, że część łupu ukryta została przed kapitanem. Pod nową banderą: już co prawda bez czaszki i piszczeli pożeglują sobie jeszcze przez jakiś czas. A co będzie potem? A kogo to obchodzi. Byle był rum, wiatr wiał w żagle, a między czasie uda się może złupić co mniejsze okręty.

Wierzę w ruch ludowy, wierzę w „korzenie traw”. Wiem jednak, że salony wymagają co jakiś czas przewietrzenia, bo gdy siedzi w nich zbyt długo niedomyte towarzystwo zaczynia cuchnąć.

wtorek, 22 grudnia 2009

Wszyscy won!

Cejrowski o śmierci Grzegorza Przemyka, wszytym w system kunktatorstwie i starym pod spodem. Trudno się nie zgodzić. Bez tego nie powstanie normalne uczciwe państwo. Ale czy nie jest już za późno?
"Kiszczak obiecywał: nic wam nie będzie."

Mściciel i niepewna przyszłość

Młodego Młodego naszło na wspomnienia. Przyszedł do mamy, usiadł na kolanach i powiedział:
- A wiesz, jak chodziłem do przedszkola, to pani brała dzieci na kolana. A mnie nigdy.
- I co było ci przykro?
- Tak. A teraz chcę się zemścić!
Przedszkolanki miejcie się na baczności nadciąga krwawa zemsta niedopieszczonych przedszkolaków.

Tego samego dnia mama - to znaczy moja żona, udała się do oddziału ZUS z zamiarem wyrobienia sobie książeczki zdrowia. Gdy wypełniła wszystkie formularze, wydeptała rytualne i proceduralne schody i pietra, trafiła do właściwego okienka. A tam pani z rozbrajającą szczerością oświadczyła:
- A wie Pani, że książeczki zdrowia tracą ważność, a tą będzie Pani miała przez 2 dni?
- A co będzie potem? - zapytała żona.
- Nie wiem - odparła z rozbrajającą szczerością już nie panienka ale z okienka. W końcu przyszłość jest niebytem. To pytanie i tę odpowiedź powtarzali pewnie dość często wszyscy byli i obecni prezesi tej instytucji. "Nie wiemy co będzie dalej" winno być wręcz jej mottem.

sobota, 19 grudnia 2009

Full service?



W końcu fotel można ustawić tak aby przynajmniej dwie ze wskazanych usług były możliwe jednocześnie...
Zdjęcie wykonane telefonem komórkowym w dzisiejszy poranek. Jeśli kogoś interesuje podam dokładnie gdzie wisi to "dzieło".

Nieznani sprawcy

Ktoś ukradł słynny napis nad bramą wjazdową do byłego niemieckiego obozu w Oświeceniu.
Hipotez co do sprawcy i jego motywacji jest wiele. O to te które przyszły mi do głowy. Te mniej lub bardziej prawdopodobne.
  1. Mogli go ukraść złomiarze na przywłosowy "kieliszek chleba". Choć to mało prawdopodobne.
  2. Chodziło tu o zakład lub o transakcję analogiczną do tej ze słynną sprzedażą Kolumny Zygmunta. Też mało prawdopodobne.
  3. Mogli go ukraść Niemcy w ramach odzyskiwania swego dziedzictwa kulturowego i tworzenia nowej wersji historii. Bo to przecież to skandal, żeby nad bramą do "polskiego obozu koncentracyjnego" wisiał napis po niemiecku.
  4. Napis został ukradziony na zlecenie jakiegoś bogatego i ekscentrycznego kolekcjonera fetyszysty.
  5. Zrobili to antysemici, choć nie wiadomo czy w ogóle istnieją i po co im ten napis. W odpowiedzi na to państwo Izrael wezwie ONZ do pojęcia rezolucji, głoszącej, iż należy miejsca związane z holocaustem objąć szczególną ochroną. W jej wyniku tereny dawnych obozów zagłady staną się obszarami eksterytorialnymi podlegającymi jurysdykcji ONZ lub państwa Izrael.
  6. Jest to prowokacja mająca na celu odwrócenie uwagi od czegoś naprawdę ważnego. Np. kolejny etap walk w Strefie Gazy lub kolejnych roszczeń  o zwrot majątku. Takie incydenty wywołują na tyle silnego medialnie podsycanego “moralniaka”, że łatwiej będzie wyrwać od tubylców jeszcze coś. Prawdziwa motywacja nieznanych sprawców nam się za chwilę objawi.
  7. Uczynili to nieznani sprawcy, a za kilka lat ów szyld znajdzie się w Muzeum Holocaustu, jak freski Bruno Schulza.
Bez względu na to kto ukradł napis i z jakich pobudek, mogła to być ostatnia wartościowa rzecz jaka w naszym kraju pozostała.

czwartek, 17 grudnia 2009

Ukrzyżowanie i rozkrzyżowanie

Dziś policja zatrzymała w Ekwadorze pięciotonowy transport kokainy do Europy. Można sobie wyobrazić, ilu senatorów w sukienkach mogłoby odfrunąć. To co spotkało senatora Piesiewicza nie traktuję jako coś nagannego. Każdy żyje jak chce i robi co chce pod warunkiem, że nie wadzi to innym. To co spotkało senatora to przede wszystkim przykład samowolnego i amatorskiego szantażu. Dlaczego samowolnego? Bo szantażowały go podobno uczestniczki „imprezki” dla rzeczy tak banalnej jak kasa. Dlaczego amatorskiego? Bo zwykle robią to instytucje aby mieć stały wpływ daną osobę. Normalnie szantaż tego typu jest filarem postdemokracji. Według mających nadejść lada chwila zmian prawa tego typu proceder będzie jeszcze ułatwiony i rozszerzony o maluczkich. Istnieją wręcz całe instytucje zajmujące się zbieraniem haków. Dlaczego niejaki John Edgar Hoover pozostawał tak długo szefem FBI? Bo miał na każdego teczkę. Co nie znaczy, że coś od tej osoby chciał. Po prostu osoba wiedziała, że Hoover coś na nią ma i to już wystarczało. Dobry polityk to taki, którym można kręcić. A że od czasu do czasu jak dojdzie do jakiś tego typu medialnego ukrzyżowania? Wypadek przy pracy, albo zaistniała nagła potrzeba „zmiany na lepszy model”.

Europejski Trybunał Sprawiedliwość wydał wyrok w sprawie krzyży we Włoszech. Przetoczyła się przez Polskę fala uchwał protestacyjnych od Sejmu po gminy. A tak naprawdę chodzi pewnie o równanie szeregów. Ustalenie kto jest za, a kto przeciw nowemu porządkowi. Obawiam się, że w przeciągu najbliższych 10 lat większość protestujących zakończy swe publiczne kariery. To właśnie duch rozłamu charakterystyczny dla politycznej poprawności czyli marksizmu kulturowego tryumfuje. I nie chodzi tu wcale o krzyże. Tak jak słusznie zauważyli tzw. chadecy w PE: nie można podejmować decyzji prawnych uderzających w fundament cywilizacji na bazie której to prawo powstaje. Tu jest istota problemu. Ale to głos wołającego na pustyni. Bo przepisy takie wejdą i tak w życie czy tego chcemy czy nie. A wtedy o tym czy krzyż zniknie ze szkoły będzie decydować jej dyrektor. Bedze miał wybór: Albo zdjąć, albo pozostawić i stracić stanowisko. Jego następca nie będzie miał już żadnych wątpliwości. Musiał to wymyślać – podobnie jak ducha rozłamu – sam Mefistofeles.

Co łączy te dwie sprawy? Totalitaryzm:
  • wpisujący się w system społeczny mechanizm kontroli nad jednostką,
  • zawłaszczanie kolejnych obszarów życia prywatnego,
  • separacja ludzi od władzy.
Jesteś wolny, masz wybór. Cola albo Pepsi. Tylko co to jest wolność? A po co pytać?
Nowopowstały kilkanaście dni temu twór – Unia Europejska państwem nie jest, bo państwem się nie nazywa w traktacie lizbońskim. A to, że ma wszystkie cechy państwa? Więc jest państwem czy nie? W propagandzie medialnej można głosić, że nie jest i lud to kupi. To też duch rozłamu politycznej poprawności: nadajmy słowom inne znaczenie. Nowomowa. 1984 - Orwella. 25 lat spóźnienia?

No i kokainy trzeba będzie więcej.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Analogowo – cyfrowy konflikt pokoleń

Kiedyś zapytano amerykańskie dzieci: skąd się biorą jajka? Znaczna większość odpowiedziała, że z lodówki. Dziś pewnie zapytałyby: a co to są jajka?
Mój młodszy synek (5 lat) dziś też dał do pieca. Rozmawiamy z połowicą na temat szkół w mieście obok naszej wsi.
- To podobno dobra szkoła, tylko trudno się do niej dostać – stwierdziła małżonka
- Nie możesz się dostać? Zapomniałaś hasła? - odpowiedział owoc moich lędźwi przysłuchujący się rozmowie.
Jemu już „dostanie” kojarzy się z hasłem, transferem i dostępem, mi jeszcze ze staniem w kolejkach. Oby dla niego to drugie było niezrozumiałe...

niedziela, 13 grudnia 2009

Homo biurokraticus

Friedrich Hayek podzielił porządek społeczny na spontaniczny i zadekretowany.
Pierwszy - spontaniczny - rozwija się naturalnie i nie potrzebuje regulacji bo człowiek to "zwierze społeczne". Jakoś się porozumiewamy, a języka nikt nie wymyśla tylko tworzy się spontanicznie. Idąc w ulicznym tłoku jakoś na siebie nie wpadamy. Ludzie się w sobie zakochują i robią nowych bez udziału stosownych regulacji. Tak też działa cały rynek: ludzie wiedzą czego chcą i co dla nich dobre.
Drugi porządek - zadekretowany - wymaga regulacji aby istnieć. Przepisy ruchu drogowego, system prawny itp. Jednym z większych problemów współczesnego świata jest "wciskanie się" porządku zadekretowanego w to co było dotychczas tylko indywidualną sprawą. Inna kwestia to oczywiści rola w tym wszystkim socjalizmu jako również zadekretowanego  tworu.
Podstawią funkcjonowania administracji publicznej jest oczywiście porządek zadekretowany. Socjalizm to też oczywiście tego typu porządek, więc może dlatego jedno nie może istnieć bez drugiego. Dlatego administracja ma ciągoty socjalistyczne, dlatego nigdy nie będzie ona rozumieć wolnego rynku, dlatego też intytulacje publiczne są często przechowalniami realnego socjalizmu w czystej postaci. Jest to po prostu konflikt. Jak mówi stare powiedzenie: „urzędnik to takie stworzenie, którego głównym zadaniem jest to, aby obłożyć sobie tyłek kwitami do tego stopnia, aby się nikt nie przyczepił.” Nikt przecież nie płaci urzędnikom za rozwiązywanie problemów, które zgodnie z powiedzeniem Stefana Kisielewskiego – sami tworzą. Bo jak mawiał Kisiel: „Socjalizm to system, który bohatersko rozwiązuje problemy nie znane w żadnych innych systemach.” 
Prawdziwym skarbem są ludzie rozumiejący oba światy: znający logikę biurokracji i potrzebny rynku. Znam niestety tylko jedną taką osobę.

Pechowa data

Pewnego 13 grudnia nie było w TV Teleranka, za to pokazał się łysy spawacz i powiedział, że nie można przeginać, i że musiał.

26 lat potem pewien nie łysy i nie spawacz podpisał w Lizbonie pewien traktat przy którym to co zrobił tamten to pipka. Potem nastąpił cyrk z podpisami, referendami i innymi mało znaczącymi dąsami ala Maciarewicz i Trybunał Konstytucyjny.

13 grudnia to data pechowa. Dlatego, gdy przychodzi ten dzień odruchowo sprawdzam czy jest prąd i czy znowu w TV nie pojawi się jakiś spawacz.
Ciekawe czy media będą pamiętać o tym drugim 13 grudnia?

sobota, 12 grudnia 2009

O marności bytu

L u d z k i e  z w ł o k i,
t o  d u s z  p o w ł o k i
Tak jak skrzypiec futerały:
gdy otworzysz - będą grały

Z powodzeniem ów "wierszyk", można zadedykować dla Kuby Rozpruwacza. Pragnę jednak nadmienić, że nic złego nie miałem na myśli.  :-) Po prostu: futerał z muzyką ma nie wiele wspólnego.

piątek, 11 grudnia 2009

Kto jest beneficjentem?

Nie chcę pisać tutaj o rzeczach znanych i oklepanych; że do Unii więcej wpłacamy niż wypłacamy, że system jest drogi i zbiurokratyzowany, że projekty realizują nie nasze cele, ale innych zwiększając nasze kolonialne uzależnienie - wiedzą chyba wszyscy.

Co to są fundusze strukturalne czyli czysty socjalizm?

Są środki finansowe przekazywane z budżetu Unii na realizację konkretnych polityk. Co jakiś czas wmawia się nam, że unijna kasa rozwiąże nasze problemy, że spanie deszcz euro itp.  Tak właściwie celem funduszy jest wyrównywanie poziomu życia mieszkańców w poszczególnych regionach tak, aby zapobiec ewentualnym konfliktom społecznym. Kiedyś usłyszałem od jednego Anglika najlepszą definicje funduszy: „Są one po to, aby chłop spod Lublina nie musiał jeździć do Niemca pracować na czarno.” Nie chodzi o to, aby dać pieniądze chłopu, lecz o to aby na tyle ponieść poziom życia, aby to się nie opłacało. Nie chodzi o bogactwo, lecz bardziej o wyrównanie poziomu biedy. Oczywiście są poszczególne celowe programy, polityki, okresy programowania, ale to tylko kwiatki do kożucha, bo metodami administracyjnej centralnie planowanej gospodarki nikt jeszcze żadnej gospodarki na świecie nie rozwinął.

To nie są pieniądze unijne czyli jak to działa?
Bruksela obiecuje przyznać Polsce w stosownym czasie określoną liczbę pieniędzy w ramach konkretnych programów w wyznaczonym czasie na wyznaczone cele. Najpierw musimy określić, zasady, ogłosić i wynegocjować programy itp. Potem ogłasza się nabory wniosków. Część z pieniędzy przeznaczona jest na z góry określone inwestycje. I tu pojawia się sztuczka: To jeszcze nie są pieniądze unijne. Staną się nimi, gdy zrealizujemy inwestycje, uzyskamy refundację, a unia zatwierdzi wydane pieniądze i je wypłaci. Nie ma góry pieniędzy czekającej na wydanie, jak się wielu wydaje. Najpierw musimy wydać swoje, lub – pożyczyć. I tu zadajmy pytanie: kto tak naprawdę jest beneficjentem tych środków? Odpowiedz: Banki. Najpierw rząd musi pożyczyć pieniądze na wypłatę środków beneficjentowi, a beneficjent musi wziąć kredyt na realizację projektu. Czyli jedne pieniądze tzw. unijne są zadłużane minimum dwa razy. Nie ma więc lepszego interesu dla banków. Bo to one są tak naprawdę beneficjentami wszelkiej pomocy publicznej.
W przypadku funduszy przed akcesyjnych w ramach tzw. Fundusz PHARE przedsiębiorca musiał wręcz wprost wziąć kredyt na realizację projektu. Po tym dostawał dotację, która pokrywała koszty obsługi kredytu. Był oczywiście do przodu bo tani kredyt do był skarb.


Kiedyś ktoś pokazał mi prostą sztuczkę. Jak ułożyć z sześciu zapałek cztery trójkąty? Oczywiście ułożenie koperty nie wchodzi w grę, bo zapałki nie mogą się przecinać. Odpowiedz jest prosta i banalna. Trzeba ułożyć z nich piramidkę. Dla wielu ludzi wyobrażenie sobie, że rozwiązanie może być w przestrzeni po prostu nie przychodzi do głowy. Tkwimy w pułapkach naszych stereotypów i propagandy. Za obecne fanaberie projektowe, haracz będą płacić nasze dzieci i wnuki.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Potwory i spółka

- Czym różni się dziecko od terrorysty?
- Z terrorystą można negocjować! - głosi stary żart.
W pełni przekonany o słuszności tej prawdy bez zbędnych negocjacji, na wniosek moich chłopaków włączyłem dawno nie oglądany przez nich film: „Potwory i spółka”. Zasiedli na kanapie objuczeni maskotkami postaci z tej kultowej, dawno nie oglądanej bajki. I zaczęło się. Jednym okiem oglądałem akcje filmu. Fabuła prosta: Istnieje firma w świecie potworów zajmująca się pozyskiwaniem dziecięcego krzyku i produkcją z niego energii. Wystarczy zmienić niewiele, aby ów film stał się opisem prawdziwego świata. W realnym świecie istnieje system zmieniający ludzki strach na gotówkę. Co pewien czas pojawiają się nowe spektakle: a to dziura ozonowa, efekt cieplarniany, konflikt nuklearny, świńska grypa - każdy sposób jest dobry aby wyciągnąć trochę pieniędzy.

Ludzie muszą się bać. Inaczej nie będą posłuszni i w konsekwencji straci się nad nimi kontrolę.

Ktoś kiedyś zdefiniował czym jest dyplomacja. To proste: "Zamiast usłyszeć :”spier…j” czujesz deszcz emocji przed czekająca cię wycieczką." Podobnie z haraczami za strachy: płać bo inaczej świat się zawali. Zniewol się jeszcze bardziej na rzecz systemu, przy którym pańszczyzna była szczytem wolności.

sobota, 5 grudnia 2009

Nowe logo nowego Windows

Prowokacja artystyczno-wentylacyjna pt. "Windows 12". Może Bill będzie zainteresowany?


piątek, 4 grudnia 2009

Palenie głupa 2 - czyli wioskowe głupki

Podobno ostatnim w przeciągu ostatnich lat przykładem zbiorowego społecznego nieposłuszeństwa w naszym kraju był... masowy protest kilku milionów użytkowników portalu nasza-klasa przeciwko komunikatorowi "śledzik". Z jednej strony dobrze, że ludzie są zdolni jeszcze do jakiegoś protestu, z drugiej zaś strony to tylko potwierdzenie, że palenie głupa staję się zjawiskiem masowym. Posiadanie wszystkiego w „głębokim poważaniu” ala village idiot's staje się podświadomą strategią na przetrwanie, opartą na braku złudzeń co do systemu. Jest też i trzecia strona tego medalu: to przejaw totalnego sukcesu  propagandy fałszującej obraz świata.
Jakiś czas temu pisałem o  metodzie na funkcjonowanie w tym chorym świecie opartej "o palenie głupa". Świat jest chory więc tylko palenie głupa może spowodować, że człowiek zachowuje odrobinę wolności.
Przypomniałem sobie o tym skeczu Monthy Pythona.

Oczywiście utożsamiam się z wioskowymi głupkami, bo pewnie jestem jednym z nich. Choć idiotów, półinteligentów, ćwierćinteligentów i czytelników Wyborczej nie brakuje, warto wiedzieć swoje. A na zewnątrz być wioskowym głupkiem.


I na deser jak na wioskowego głupka przystało, tekst prof. Krystyny Pawłowicz w „Naszym Dzienniku” dla tych, którzy mają jeszcze jakiekolwiek złudzenia.

środa, 2 grudnia 2009

Gruppenführer Wolf czyli o ułudzie podejmowania kolektywnych decyzji


Pamiętam z dzieciństwa i późniejszych powtórek ostatni odcinek „Stawiki większej niż życie”. W filmie tym siedzący w obozie jenieckim dzielny J-23 rozwiązuje swa ostatnią zagadkę. Odnajduje wśród współwięźniów zbrodniarza wojennego niejakiego WOLFa. Okazuje się, że on tak naprawdę nie istnieje. To tylko pseudonim czterech SS-manów wierzących do końca w zwycięstwo Führera. Być może nie zdolni byli do dokonanych przez siebie okrucieństw gdyby mieli za nie odpowiadać indywidualnie.
Grupa zwalnia z odpowiedzialności, grupa także powoduje, że człowiek jest wstanie poddać się jej naciskowi i konformizmowi. Czy wielkie zbrodnie XX wieku byłyby możliwe, gdyby za nimi nie stał sprawnie zorganizowany system? Pewnie nie. Porwany, osądzony i skazany po wojnie w Izraelu Adolf Eichmann - organizator holocaustu - twierdził, że jest ekspertem od kolejowej logistyki, a nie zbrodniarzem. I miał nieco racji. Wyzwanie w sensie organizacyjno logistycznym było nieprawdopodobne. System sam się finansował. Za transport ofiar trzeba było płacić różnym kolejom w różnych walutach nie mówiąc już o organizacji samego przewozu, koordynacji transportu, dzierżawie taboru itp. On przecież tylko opracował ów szatański system, a kto inny podnosił szlaban, otwierał wagony.
To trochę tak jak z plutonem egzekucyjnym. Każdy z jego członków ma świadomość, że to nie przez niego wystrzelony pocisk stał się przyczyną śmierci ofiary. W modelu demokratycznym, który właśnie przeżywa swój schyłkowy okres, rządzi wola ludu. A że lud poprzez media łatwo podejmuje decyzje takie jakie chce prawdziwa władza i wybiera tych a nie innych figurantów to przecież inna sprawa. W administracji rządzą procedury. Czyli urzędnik podejmujący decyzje może się tylko łudzić, że  nie ma wyboru. Gdyby ktokolwiek samodzielnie myjący miał podjąć decyzję nie w oparciu o durnowate przepisy, ale o zdrowy rozsądek nie byłoby pewnie wielu kretynizmów. Pytanie więc kto podejmuje decyzje? Autor procedur czy realizator?
Kolektywizm w decydowaniu to środek usypiający dla naszych sumień. Jest on potrzebny aby postąpić wbrew sumieniu. Może go zastąpić jeszcze tylko ideologia je zagłuszająca. A najlepiej jedno i drugie. Ale spokojnie. Powstaje na naszych oczach świat bez wartości. Bo gdy wszystko jest względne nie będzie potrzeby nawet zagłuszacz. Wystarczy propaganda i rozkaz. Nawet najbardziej kretyński – będzie wykonany.

Ale systemy mają to do siebie, że padają.

ZSRE


Tak na marginesie

„Będę mówił niestety krótko”. Tymi słowami zaczął swoje wystąpienie pewien znany, zaprzyjaźniony polityk. Więc ja też krótko jak staruszka w kultowym skeczu.
W radiu podali, że słowa „objawy świńskiej grypy” są najczęściej wpisywanymi słowami w wyszukiwarce google. Wcześniej królowały słowa „sex” i „praca”. Jednak ludzie najwidoczniej uznali, że prawdziwego seksu w sieci nie ma i pracy też, więc zaczęli kombinować jak się dowiedzieć czegoś o obawach rzekomej pandemii, której podobno nie ma.
Główny problem polega na tym, że ludzie zatracili zdolność odróżniania dobra od zła. Kiedyś wymyślenie czegoś takiego jak globalna epidemia było wałem nie do pomyślenia. Dziś przechodzi i nikogo specjalnie to nie dziwi. Nauczono ludzi także, że mają prawo np. do bezpłatnej komunikacji i w ogóle do życia nie za swoje. Etyka zdechła, a szatan tryumfuje. Zresztą podobno największym jego sukcesem jest wmówienie ludziom, że on nie istnieje.
W świecie bez zasad i pryncypiów można ludziom wmówić dosłownie wszystko, a dobry rząd to taki, który generuje nowe potrzeby, wmawia ludziom, że im się coś należy i zadłuża kosztem następnych pokoleń.

poniedziałek, 30 listopada 2009

Jak Ikar


Dziś po ciężkim dniu, który rozpocząłem o czwartej na ranem właśnie w tej chwili udało mi się znaleźć chwilę wytchnienia. Dzionek upłynął pracowicie w codziennej krzątaninie.
Przypomina mi to obraz Bruegela „Upadek Ikara”. Dookoła świat kręci się swoim naturalnym biegiem, pulsuje i tętni, a tu facet ze skrzydłami spada dowody i wszyscy mają to gdzieś.
Dziś ostatni dzień naszej formalnej niepodległości. Od jutra zaczyna istnieć nowe państwo – Unia Europejska – której będziemy obywatelami. W codziennym pośpiechu, dziś przestaje istnieć Polska, taką jaką znamy dotychczas.
„Jeszcze Polska nie zginęła puki my żyjemy”. Być może Ikar pożył jeszcze chwilę zanim nie utonął w odmętach?

środa, 25 listopada 2009

Fałsz dialektyczny czyli o propagandzie skutecznej i nieskutecznej

Orwellowska nowomowa do nie wynalazek czasów dzisiejszych. Satyra w filmie Barei jest niczym w porównaniu do sączącej się do nas współcześnie. Ludzie powszechnie nie "kupowali" PRLowskiej propagandy i jej języka. Istniał rząd w Londynie, a w każdym niemal domu była jakaś ofiara komunistycznych prześladowań. Do tego komunikaty o wzroście produkcji białka wieprzowego per capita nie przekładały się na zaopatrzenie sklepów. Były więc praktyczne wskaźniki ułudy. Dziś ich nie ma, bo prawdy objawione z telewizji może co najwyżej zdementować gazetowy artykuł a nie sąsiad, który już nie jest autorytetem jak niegdyś. Obecni uczniowie starych mistrzów propagandy mogą być dumni ze swych sukcesów. W sztuce "srania ludziom w głowy" przerośli ich. Głównym ich sukcesem jest zastosowanie politycznej poprawności w ten sposób, że istnieje społecznie akceptowalny katalog tematów i prawd z którymi się nie dyskutuje.  Katalog „prawd objawionych” nie istniał nawet w komunie.
Dawniej ludzie nienawidzili komunistów, dziś nienawidzą polityków. To przecież to samo. W tej nienawiści są zjednoczeni. Katalog polityków jest zamknięty. I już mamy post-demokrację. Czy zatem tak wiele zmieniło się od czasów PRL'u? Jesteśmy tak samo zniewoleni jak wtedy. Tylko wtedy mieliśmy świadomość, że żyjemy w niewolniczym systemie. Dziś wmawia się nam, że jesteśmy wolni, a i tak żyjemy też w niewoli. Czy to taka wielka różnica? Olbrzymia!

niedziela, 22 listopada 2009

Etnosfera



Moje wnioski:
  • Świat jest piękny bo jesteśmy różni a nie tacy sami,
  • Ułuda globalnej komuny i o przymioty konserwatywnego życia, które zawsze dostosuje się do naturalnych warunków a nie do ideologii. Bo nie ma jednego pomysłu na świat. 
  • Giną obok nas światy a my sobie nawet nie zdajemy z tego sprawy. Tracimy coś nie powtarzalnego, jedynego w swoim rodzaju. 
  • Wbrew pozorom to też o nas i o naszym świecie, Unii i całym otaczającym nas syfie. 
  • Jak to zmienić? Zacznijmy od wyrzucenia telewizorów.
uwaga techniczna - są polskie napisy

    środa, 18 listopada 2009

    Judenrat

    Judenrat to organizacja samorządowa funkcjonująca w Gettach w czasie wojny. Nastawiona była na pełną współprace z okupantem, jednak pomimo że to ona pobierała kontrybucję, była odpowiedzialna za organizację życia w Getcie i organizację transportów do obozów, próbowano bronić Żydów. Mechanizm funkcjonowania był prosty. Niemcy zgłaszali do szefa Judentatu konkretne żądania a on je wykonywał przy pomocy podległego mu administracyjno policyjnego aparatu.
    Jesteśmy w sytuacji dość tożsamej. Jeśli większość prawa - jak chwalą się zwolennicy Unii – będzie powstawać poza krajem, to nasze władze przyjmą rolę samorządu, którego skrajnym przykładem jest Judenrat.

    Ale i tu możliwe są dwie skrajne postawy:
    Adam Czerniaków – szef tejże organizacji w Getcie Warszawskim popełnił samobójstwo w akcie rozpaczy. Jego współpraca z Nazistami była pozorna. Do końca pozostał porządnym człowiekiem.
    Chaim Rumkowski – szef takiej samej organizacji w Łodzi okazał się o wiele bardziej kontrowersyjną postacią idąc na pełną współpracę z okupantem. Jak mu obiecano został wysłany do Oświęcimia ostatnim transportem. Mała to pociecha. Czy fakt, że w łódzkim Getcie przeżyło wielu synów narodu Abrahama, usprawiedliwia taką postawę?

    Sting śpiewał kiedyś, że historia nas nic nie nauczy. Pozwolę sobie w tej kwestii się z nim nie zgodzić.

    wtorek, 17 listopada 2009

    Anty anty

    Słucham "Antyszant" Spiętego po raz piąty, chusty.... Coraz bardziej wciąga. Rewelacja. Zainspirował mnie. Przyszedł mi do głowy anty program telewizyjny.
    Oto on:

    17.30 Stylista radzi: "Jak urządzić własną celę i pryczę"
    18.00 Program dla kierowców: "Litr na twarz"
    19.00 Wieczorynka: "Co słonko widziało?" i "Jak oni śpiewają?" - poradnik małego donosiciela
    19.30 Wiadomości: Kaczyński – ble ble ble, Tusk – nie ble, nie ble, nie ble,
    19.45 Sport: Kaczyński - skoczył wzwyż, Tusk - rzucił młotem i bieg przez płotki w sztafecie, Olejniczak - podskoczył
    19.50 Prognoza pogody: PiS 20 , PO 35, SLD 15, PSL – 4. Nie zawieje i nie zamiecie, a szkoda.
    19.55 Blok reklamowy na koszt podatnika: PiS – dotrzymujemy obietnic, PO – by żyło się lepiej, PSL – by żyło się lepij, SLD – a ony tyż kradną
    21.00 Archiwum teatru telewizji: Waldemar Łysiak – "Selekcja". Współczesny dramat polityczny z życia wyższych sfer.
    22.00 Nocny poradnik rolniczy: "Jak nabijać kosy na sztorc?"
    22.15 Z cyklu słowa wieszcza na dobranoc: "Dziady, czyli co ludzie myślą o politykach"?

    A jutro kolejny dzień w nowym wspaniałym świecie...

    niedziela, 15 listopada 2009

    Kilka słów prawdy



    "Prostych słów się boi największy nawet twardziel,
    proste słowa z gardła nie chcą wyjść najbardziej"
    M.S.
    Ale gdy wyjdą z ust może zatrząść się ziemia.

    Językowe potyczki

    Stosunek czyli o tym, jak używając trudnych słów można w mordę dostać. 

        Słuchając bełkotliwej wypowiedzi pewnego polityka, przypomniałem sobie o historii, która przydarzyła się kilka lat temu mojemu przyjacielowi z mym pośrednim udziałem. Ale po kolei. Poleciłem mu pewnego fachowca. Jednak fachowiec jak fachowiec coś tam spartolił i panowie rozstali się raczej we wrogiej atmosferze. Lecz nie do końca chodziło wyłącznie o jakość wykonanej pracy. Coś było nie tak. Majster zapytany o to, co właściwe zaszło powiedział z obrzydzeniem, że „z tym pedałem nie chce mieć nic wspólnego”. Zapytałem więc kumpla jak to było. On z kolei powiedział, że nie był do końca zadowolony z pracy fachowca i gdy rozmawiali o jego honorarium, ten wstał i trzasnął drzwiami.
    - A konkretnie co mu powiedziałeś? - zapytałem
    - Powiedziałem mu: „Mój stosunek do Pana jest ambiwalentny” – zacytował sam siebie
    Po tym wspomnieniu sam stałem się już za chwilę ofiarą językowych potyczek.

    Beneficjent

        Poszedłem z mym młodszym synem do sklepu. Przed sklepem dyżurował lokalny menel.  Był w skrajnym stanie upojenia i ledwo trzymał się na nogach. Zaszedł mi drogę i coś wybełkotał. Brzmiało to mniej więcej tak:
    - Bleuebee chryy wyry puuuuu. - Wymamrotał „beneficjent ostateczny”. Łatwo się domyślić, że chciał ze dwa złote na przysłowiowy kieliszek chleba, lecz nic nie można było z jego słów zrozumieć.
    - Bleuteree wrryyyyy kchyyyy! - opowiedziałem mu.
    Ten stanął jak wryty. Natychmiast odsunął się z  drogi i pozwolił nam przejść wlepiając we mnie świdrujące oczy. Przeszliśmy w milczeniu kawałek. Wiedziałem jednak, że padną pytania:
    - Tato?
    - Słucham kochanie.
    - Co mówił ten pan?
    - Nic synku, chciał pożyczyć parę złotych bo był „głodny”.
    - A w jakim języku rozmawialiście? Po angielsku?
    - Nie synku, po menelsku.
    - O to znasz taki język? Jesteś wspaniały.

    Z początku chciało mi się śmiać. Mina mi zrzedła, gdy zdałem sobie sprawę, że malec jest gotowy pójść do szkoły i powiedzieć kolegom, że jego tata umie mówić po menelsku...

    piątek, 13 listopada 2009

    Dlaczego nie należy kupować towaru w ciemno?

    Dziś dotarła do mnie wiadomość o nieszczęsnej pani w średnim wieku, która nie tylko postanowiła zakosztować po raz pierwszy życiu seksu, ale jeszcze na tym zarobić. Wystawiła swą cnotę na sprzedaż za pół miliona złotych. Oczywiście istnieją być może zamożni panowie lubiący tego rodzaju sporty ekstremalne, jak rozprawiczanie starszych - co by nie mówić - dam. Ale bez przesady. Łatwo potrafię wymienić 50 sposobów lepszego wydatkowania tej kasy. Być może mamy do czynienia z wyjątkowo antypatyczną lub stawiającą zbyt wysokie wymagania kobietą przeceniającą swoja wartość. Być może to nauczycielka? Ale równie dobrze decyzja tej pani może być aktem desperacji.

    Historia ta przypomniała mi anegdotę, której bohaterem był Adolf Dymsza słynący swojego czasu jako wyjątkowo wybredny amator płatnego seksu. Gdy pewnego razu udał się na miejsce zgromadzeń warszawskich prostytutek, jego zainteresowanie wzbudziła pewna wysoka blondyna. Podszedł do niej i zapytał:
    - Ile?
    - Dziesięć – odparła potencjalna wybranka
    - Pokaż – powiedział aktor. „Panienka” bez cienia wstydu podniosła spódnicę okazując swoje wdzięki. Gwiazdor obejrzał kupowany towar okiem znawcy.
    - A nie masz mniejszej za pięć? - zapytał


    Może owa 44-latka to pewien symbol? Między 1945 rokiem a 1989 też minęło przecież 44 lata, a potem oddaliśmy się bez opamiętania komu innemu. Potem  kupiliśmy pewien towar w ciemno, a on zaczął szybko się psuć, choć od początku  nie był szczególne świeży.

    czwartek, 12 listopada 2009

    Niekonsekwencja

        Elvis Presley podobno nosił na szyi krzyż, gwiazdę Dawida i symbol półksiężyca. Kiedyś zapytany dlaczego, odpowiedział, że nie chce po śmierci nie dostać się do nieba z przyczyn formalnych.

        Dziś media obiegła wiadomość o tym, że w Polsce mniejszość niewierzących jest dyskryminowana przez obecność krzyży czyli symboli religijnych w miejscach publicznych. Miejmy nadzieję, że lewicujący aktywiści nie będą wzorem swych poprzedników wyburzać kościołów. Co najwyżej będą je zmieniać w muzea ateizmu. Oczywiście ta cała walka o laicyzm to to bzdura, bo każdy powinien mieć prawo manifestować swoje wierzenia i poglądy, jednak co do zasady tylko przyklasnąć. Mniejszość powinna mieć prawo do obrony przed hegemonią większości. Co więcej jednostka powinna mieć prawo do obrony przed wolą grupy.
        Dlaczego zatem na każdym kroku słychać głosy pochwały nad demokratyczną zasadą rządów większości, a w tym konkretnym przypadku, nie wiedzieć dlaczego, nagle ktoś upomina się o przywileje mniejszości? To przecież typowe republikańskie stanowisko, wręcz wrogie lewicowej wizji świata.
        Dlaczego w takim razie lewacy wychodząc z tej zasady bronią praw homoseksualistów, a nie bronią na przykład nienarodzonych? Przecież nienarodzeni ludzie są w mniejszości względem narodzonych?

    środa, 11 listopada 2009

    Asertywny

    Moja żona do młodszego syna:
    - Może byś tak odrobił lekcje?
    - Nie dziękuję – odparła latorośl

    Od razu przypominał mi się stary dowcip:
    Na lotnisku trwa odprawa i kontrola bagaży. Jeden z pasażerów ma przetrząsana właśnie walizkę.
    - Haszysz? Marihuana? - pyta żartobliwie kontroler
    - Nie, nie! Kawę proszę. - odpowiada pasażer

    Sport pomników

    Jeszcze nigdy nie było tak aby jakieś święto pasowało tak dokładnie do tytułu mojego bloga. Jazda konna to rzeczywiście ulubiony sport pomników. A postacie na pomnikach się zmianą... Na kasztance powiem tak naprawdę zasiąść kto inny. Generał Tadeusz Rozwadowski. To on był pierwszym dowódcą sił zbrojnych niepodległego Państwa Polskiego w 1918 r. i to on dowodził naprawdę obroną Warszawy w 1920 roku. Poniżany i zhańbiony zginał na skutek intryg i podtruwania w więzieniu po zamachu majowym.
    Hasło w Wikipedii dotyczące generała bardzo wiele wyjaśnia odnośnie kulisów powstania i trwania II Rzeczpospolitej.
    Ktoś kiedyś powiedział, że historia to zbór faktów których część wydążyła się naprawdę. Należy umieć odróżniać fakty od mitów i propagandy.

    Wincenty Witos w swych pamiętnikach pisze:
    „W najwyższym stopniu musiały też razić i niepokoić kłamstwa, których się chwycili socjaliści, chcąc nimi zakryć prawdziwy stan rzeczy. Opowiadali szeroko różne, wprost nieprawdopodobne historie, roznosili przeróżne wiadomości. Rywalizując z austriackim sztabem głównym, krakowski ich dziennik „Naprzód” w numerze z dnia 10 sierpnia przyniósł wiadomość o stoczonej w okolicy Miechowa bitwie pomiędzy wojskiem rosyjskim a „Strzelcami” Piłsudskiego. Wyliczył nawet, że w  bitwie – rzecz naturalna zwycięskiej – padło 140 „Strzelców” i 500 żołnierzy rosyjskich. Kiedy wiadomość ta, podana tłustym drukiem, obiegła cały kraj, dostałą się nawet do Wiednia, gdy posypały się pochwały i wyrazy podziwu i uznania dla polskiego męstwa – okazało się, że żadnej bitwy pod Miechowem nie było. A przecież nie tylko „Naprzód” puścił w świat tę wiadomość, bo jedne z najwybitniejszych posłów socjalistycznych opowiadał mi z przejęciem o bitwie, podając najdrobniejsze szczegóły, a nawet nazwiska tych, co się w niej najwięcej odznaczyli. Tą wiadomością karmiono naiwną opinię przez parę tygodni, a gdy ona przebrzmiała, chwytano się innych. Były one równie niepoważne, jak i mało skuteczne, zostały też przekreślone wypadkami idącymi niepowstrzymanie naprzód i nie dającymi rzeczywistość zakryć niczym.”

    Wincenty Witos, Moje wspomnienia, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1981 s. 366

    Jak widać w historii wszystko już było, wojna propagandowa to nie wynalazek najnowszy, a socjaliści z natury rzeczy kłamią.

    Skąd będą mieli mego e-maila?

    Według Łunijnych przepisów, specjalny urząd będzie wysyłał przed odcięciem od sieci za pobieranie nielegalnych plików e-mail z ostrzeżeniem. Pytanie: skąd będą mieli mój adres?
    Podobno odpowiedz nie jest tak ważna jak dobrze zadanie pytanie. Ale pójdźmy tym tropem odrobinę dalej, bo to pytanie generuje koleje. Na jakiej podstawie ustalą, że to co ściągnąłem jest nielegalne? To nie jest wbrew pozom takie proste. Mogę mieć licencję na dany utwór i trzymać go sobie na wirylnym dysku, a pobieram bo zawsze jak posłucham to wykasuję. Albo pobieram z np. jamendo.com. Pomijam kwestię, że różne nagrania nawet tego samego artysty mogą mieć różnych właścicieli, czyli że ustalenie kto jest stroną poszkodowaną też może być kłopotliwe. To tak jakbym jechał kradzionym samochodem, a policja nie potrafiłaby ustalić do kogo należy - jestem niewinny bo nie wiadomo kto jest stroną w sprawie.
    Wnioski:
    1. Całość wymaga stworzenia olbrzymiego zaplecza informatycznego, logistycznego i prawnego.
    2. Jeśli odcięcie to ma być procedura administracyjna, to muszą mieć dowód na to, że pobrałeś naprawdę nielegalne nagranie czyli będą musieli przeprowadzić śledztwo i monitorować wszystko co robisz w sieci i na kompie. Jeśli na odcięcie nie potrzebna będzie decyzja sądu, to na przeprowadzenie śledztwa też nie. Więc będą mogli zbierać "haki".
    3. Jeśli zrealizują punkt 2. będą mieli też mojego emaila.
    4. Czyli albo nowe prawo będzie martwe, albo powstanie kontrkultura i ludzie oleją muzykę i filmy produkowane przez koncerny. Powstanie niezależny rynek kultury (co wcale nie jest takie głupie) lub rynek działający na zupełnie innych zasadach. O tym było wczoraj.
    5. Nie jest także wykluczone, a wręcz wysoce prawdopodobne, że pod pozorem walki z piractwem państwo policyjne, przy którym te Hitlera i Stalina to zabawa chłopców w piaskownicy.

    „Obyś żył w ciekawych czasach”

    wtorek, 10 listopada 2009

    Sprostowanie

    Rzeczpospolita w "artykule": "Odszkodowanie dla Niesiołowskiego od Radia Maryja" podaje, że Zakon Redemtorystów będzie musiał zapłacic mu 10 tyś. za to, że w Radiu Maryja podano, iż sypał kumpli na przesłuchaniach. Mniejsza o to, że może rzeczywiście nie sypał. Zastanowił mnie ostatni akapit tekstu:

    "Ruch to pierwsza w PRL konspiracyjna organizacja po 1956, która przyjęła program niepodległościowy. Po aresztowaniu i skazaniu w 1971 roku, Niesiołowski oraz przywódca Ruchu, obecnie poseł PO Andrzej Czuma, dostali najwyższe w PRL wyroki za działalność polityczną - po 7 lat więzienia. W 2002 r. Sąd Najwyższy uniewinnił opozycjonistów z tej organizacji z zarzutu "przygotowań do obalenia przemocą ustroju PRL". W ten sposób uwzględnił kasację ówczesnego prokuratora generalnego Lecha Kaczyńskiego."

    Tylko że to nie prawda. Pierwszą organizacją niepodległościową w PRL była zapomina i bezkompromisowa Liga Narodowo - Demokratyczna, a Ruch z Niesiołowskim powstał o prawie dekadę później.  I mniejsza też o to kto był pierwszy, ale wypodałoby w propagandowym widzie chociaż wykazać odrobinę pokory. A może też odrobinę szacunku?

    Wojna światów: analogowego i cyfrowego

        Od pewnego czasu jest głośno w kwestii piractwa i odcinania od sieci ciągnących nielegalne pliki. Nie chcę koncentrować się na kwestiach wolności choć są one istotne. O tym jutro.  Interesuje mnie dziś kwesta dyfuzji innowacji w rynku rozrywkowym. Mamy tu do czynienia z dwoma logikami czyli nieporozumieniem.

    Kto nie maszeruje ten ginie
        Styk technologi i kultury to problem dość stary. Pojawienie się fotografii wywołało z pewnością załamanie na rynku usług portretowych. Pojawienie się kina doprowadziło w konsekwencji do upadku operetki – w tej chwili zresztą sztucznie utrzymywanej przez publiczne dotacje. Co ciekawe przez ostatnie 100 lat nie doczekaliśmy się chyba wybitnego dzieła w tej „branży”.
        Nikt nie płakał więc po portrecistach, nie rozdzierał także szat nad losem gwiazd kina niemego, gdy pojawiło się to dźwiękowe. Rynek produkcji i dystrybucji kultury doznał szoku po pojawieniu się Internetu i do dziś nie może z tego szoku się wydobyć. A alternatywa jest prosta, albo biznes rozrywkowy dostosuje się do nowej sytuacji albo upadnie. Pomysły walki prawnej z tzw. piractwem  to nieporozumienie. To tak jakby zakazać produkcji filmów dźwiękowych. Dochodzimy więc do paradoksu polegającego na tym że prawa autorskie stają się blokadą naturalnych procesów rozwojowych. W przypadku branży rozrywkowej to jeszcze nic. Ruch wolnego oprogramowania udowodnił, że mogą pojawiać się aplikacje „wolne” dołowienie i w przenośni. Tego typu walka metodami prawno administracyjnymi z wolnym przepływem dóbr kultury wywoła tylko jeden efekt, a mianowicie powstanie kontrkultura, skutecznie omijają powstające blokady prawne.

    Biznes i jego logika
        Każdy biznes ma swoją logikę. Jedną z podstawowych zasad jakiegokolwiek biznesie jest racjonalizacja kosztów celem uzyskania jak największej wartości dodanej. Tak samo i w biznesie kulturalnym. Mamy twórcę i konsumentów jego twórczości. Racjonalne działanie polega na tym, że   dążymy do maksymalizacji zysków poprzez wyeliminowanie pośredników. Koncerny medialne to jednak raczej pośrednicy, a właściwymi podmiotami bez których przepływ dób kultury jest niemożliwe są artyści i odbiorcy. Im bardziej więc pośrednicy będą wyliczać z tzw. piractwem, podkreślając swoja doniosłą rolę w procesie dystrybucji dób kultury, tym bardziej będą z tego biznesu eliminowani przez obie strony, przybliżając swój upadek.
        Nowym model biznesu kulturalnego właśnie powstaje. Mamy do czynienia z okresem przejściowym w którym obie strony ustawiły się na swoich barykadach i od czasu do czasu przerzucają się inwektywami. Administracyjno - prawne próby rozwiązania tego problemu to nie przejaw potęgi koncertów medialnych lecz desperacka próba ratowania rodowych sreber, lub chwytania się brzytwy.

    Inna logika
        Nie znaczy to, że stary świat zginie a firmy fonograficzne wymrą jak dinozaury.
        Metallica (a właściwie jej prawnicy) doprowadzili do upadku Napstera. I co? A no nic. Tylko sprzedaż ich płyt spadała o połowę. Okazało się, że ludzie często (tam a nie u nas) pobierają pliki z netu a potem kupują płyty. Jak Metallica tak zrobiła to ludzie przestali ciągnąć i przestali kupować płyty. Z 5 lat trwało, aż o tym wszyscy zapomnieli. Inna sprawa, że płyta przy amerykańskich zarobkach jest jak batonik... Ale to zupełnie inna sprawa.
        Grupa Monthy Pyton'a oburzona obecnością na YT nieomal ich całej twórczości, otworzyła serwis na którym umieścili to samo co na YT, ale lepszej jakości i oczywiście za free. I co się stało? Sprzedaż filmów i programów na DVD skoczyła o 1000%. Ludzie przypomnieli sobie stare rzeczy i chcieli je mieć na DVD. Dotarli w ten sposób do młodzieży, dla której ich twórczość była nie znana.
    Jak więc widać świat nie jest czarno – biały, a tak znienawidzone piractwo może być sposobem na zarabianie pieniędzy poprzez stworzenie nowego kanału promocji.

    Jak to będzie wyglądać
        Idealnym przykładem nowego świata będzie serwis jamedo.com, gdzie artyści rezygnują świadomie z części swych praw i udostępniają efekty swej twórczości. Pytanie z czego żyją? Między innymi z koncertów. Jednak na pytanie spróbuję odpowiedzieć pytaniem? A jak to jest, że nie płacę za słuchanie radia? Nie mówię oczywiście o radiu tak zwanym „publicznym”, lecz o normalnej komercyjnej stacji. Puszcza ona muzykę komercyjną w nadziei, że pobiegnę kupić płytę, płaci haracz ZAIKSowi, a ja nie ponoszę z tego tytułu kosztów. Wyobraźmy sobie, nowy format zapisu plików muzycznych. Poza muzyką wysokiej jakości zawiera także animację we flashu, będą treścią reklamową. Im więcej plików danego artysty pobiorą jego fani, tym większa „powierzchnię reklamową” sprzeda artysta. Jest to kwestia konwencji.
        Nie znaczy to, że nie będą sprzedawać swej twórczości na starych nośnikach. Powstanie  zupełnie inna kultura muzyczna, w której na znaczeniu będzie zyskiwać ten kto ma coś do powiedzenia.

        Najgorszą rzeczą może być to, że ktoś próbuje powstrzymać nieuchronne i zahamować naturalne procesy. Wszystko na świecie naturalnie dąży do staniu równowagi. Tutaj ta równowaga też zostanie osiągnięta, tylko przepychanka potrwa jeszcze chwilę. Ludzie nie są z założenia źli. Pobieranie plików jest po prostu wygodniejsze.

    poniedziałek, 9 listopada 2009

    91 lat i trzy dni

    Tyle formalne istniała suwerenna Polska. Licząc od daty ogłoszenia deklaracji niepodległości przez Radę Regencyjną czyli 7 października 1918 roku, do 10 października 2009 roku czyli formalnego zrzeczenia się naszej suwerenności na rzecz nowego państwa – Unii Europejskiej.

    Dlaczego te daty?

    Otwierają i zamykają one pewnie okres.
    To 7 października 1918 po raz pierwszy ktoś oficjalnie powiedział: "Jesteśmy niepodlegli i suwerenni". Uczyniła to Rada Regencyjna Królestwa Polskiego, której zadaniem był wybór nowego Króla Polski. Nikt ich do tego nie zmusił. Decyzja była suwerenna i znamienna w skutkach.
    10 października 2009 roku Jego Ekscelencja Prezydent Rzeczypospolitej Polski Lech Kaczyński w imieniu Narodu Polskiego ratyfikował Traktat Lizboński, czyli dokonał nieprzymuszonego aktu zrzeczenia się suwerenności.

    Przez ten czas istniały nieprzerwanie polskie instytucje polityczne tę suwerenność utrzymujące. Teraz już nie istnieją. Okres ten trwał zaledwie 33241 dni.

    Świat według kiepskich

    Od dawna wiadomo, że pieniądz gorszy wypiera lepszy. Ale  aby towar gorszy także wyprał ten lepszy? To już wynalazek naszych czasów. Choć oczywiście już w średniowieczu byli członkowie cechów i ich nie członkowie - czyli partacze. Nie miało to jednak nic wspólnego z jakością towarów, a jedynie zamykaniu rynków. 
    Mechanicy twierdzą (a jako posiadacz starego samochodu mam z nimi bezustanny kontakt), że samochody mniej więcej od połowy lat 90-tych są znacznie gorszej jakości względem tych produkowanych wcześniej. Zdano sobie po prostu sprawę, że ludzie kupują, a po kilku latach samochód reprezentuje zaledwie ułamek wartości. Więc po co się wysilać? Procesowi temu towarzyszy oczywiście marketing, a my konsumenci kupujemy buble nie warte nawet ułamka swej wartości. Jakość stała się więc luksusem. Niestety masowym eksportem z Chin i zanikiem lokalnych systemów gospodarczych nie wszystko da się wyjaśnić.
    Dlaczego więc jesteśmy w stanie płacić ciężko zarobie fałszywe pieniądze (bo to przecież tylko impulsy elektroniczne lub papierki) za bezwartościowe rzeczy? Po pierwsze oduczono nas planować. Liczy się tu i teraz.  Nie ma też zwyczaju dziedziczenia pewnych dóbr. Dawniej zgromadzone w czasie żywota przedmioty   - nawet najbardziej banalne - stawały się po śmierci własnością spadkobierców.  Teraz ludzie "czyszcząc" mieszkania po zmarłych wyrzucają całe wyposażenie, a na śmietniskach lądują niekiedy całe gromadzone latami księgozbiory.
    Dlaczego?
    Nie są nam potrzebne rzeczy trwałe, bo w sklepie czeka kolejne badziewie. Oduczyliśmy się gromadzić dobra i się bogacić.
    A jak do tego doszło?
    Bo rzeczy przestają być „modne”. Nie tak dawno temu kupiłem na elektronicznej aukcji wysokiej odtwarzacz kompaktowy za prawdziwe grosze. Jest świetny! Dlaczego więc kosztuje tak mało, skoro jeszcze do niedawna trzeba było wydać kilka wypłat na jego zakup? Kto teraz kupuje i słucha płyt kompaktowych. Tego typu sprzęt trafia do lamusa, bo chlubą każdego domostwa jest teraz płaski telewizor z zestawem kina domowego, do którego podłączone jest 5 głośników. To że pierdzi a nie gra? A kogo to obchodzi...
    Czyli inne czynniki niż tylko klasyczne jak jakość, przydatność i ilość danego asortymentu na rynku wymuszają nasze decyzje. Moda dotyczyła jeszcze nie dawno tylko wierzchniego ubrania,w tej chwili dotyczy nieomal każdej rzeczy. Sprzyjanie modzie stało się także czynnikiem społecznego "pozycjonowania" innych tworząc swego rodzaju "wirtualną grupę odniesienia". A tu już o krok do słynnych ostatnio galerianek, których potrzeba konsumpcji pcha do prostytucji, bo nie mają za co konsumować, aby sprzyjać modzie.
    Koło się więc zamyka.
    Nie tylko pieniądz gorszy wypiera lepszy, nie tylko towar gorszy wypiera lepszy, ale prymitywizm moralny wypiera wartości. Upadek cywilizacji? Z całą pewnością. Jednak może warto jest sięgnąć dna aby mieć się od czego odbić?

    niedziela, 8 listopada 2009

    Wieża Babel

    Dyskusja (czy raczej jej próba) w Internecie z pewnym nieszczęśnikiem uświadomiła mi po raz kolejny, jak bardzo ktoś pomieszał nam języki. Z pozoru rozmawiając po Polsku, mówimy zupełnie innymi językami, bo słowa którymi się posługujemy znaczą dla nas co innego. Czym bardziej wyrafinowany jest język i posiada więcej pojęć, tym bardziej precyzyjnie można wyrazić nasze myśli. Ale co z tego, kiedy technokraci nie znają humanistycznego aparatu pojęciowego, a humaniści nie rozumieją technokratów?
    Więc mamy kolejną płaszczyznę rozbicia. Nieporozumienia, niedomówienia, półprawdy. Dalej udawajmy, że mamy jakiś system edukacji.

    sobota, 7 listopada 2009

    Reklama sięgneła bruku (prawie)



    Oto co zauważyłem przed jednym z domów obok skrzynki na listy. Pojemnik jest  umiejscowiony tak, aby było wygodnie tym, którzy znajdą "spam" w swojej przegródce lub listonoszom, którym nie chce się już wkładać przesyłek.
    A całe sztaby marketingowców zastanawiają się potem: "dlaczego nasza reklama nie poskutkowała"?

    czwartek, 5 listopada 2009

    Co nas czeka lub czekać by mogło?

    W kwestii tego co może zrobić jeden człowiek z drugim sądziłem, że nic nie jest mnie w stanie zaszokować... A jednak.

    Człowiek, żyje kilka lat na tym łez padole, widział i słyszał niejedno. Gdzie jest granica barbarzyństwa, które ludzie są w stanie zrobić innym ludziom? Wszyscy wiemy, że “innowacyjni” Niemcy potrafili ze swych ofiar zrobić: materace, mydło, oprawiać książki w skóry, a z ładnie wytatuowanych robić abażury do lamp. Wszelkiego rodzaju łagry, holocausty, które działy się w dziejach przez tysiąclecia były epizodami realizowanymi systemowo, ale epizodami. Najgorsze jest to co nikogo nie szokuje, bo dzieje się tuż obok, jest codzienne i zwyczajne – wpisane w system. Bo gdy dzieje się radykalne zło potrafimy zareagować. A zło “powszednie” wciskające się w luki prawne i moralne? Wtedy zbrodni i różnego rodzaju (nazwijmy to po imieniu) kurewstw nie dokonuje system, ale zwykli ludzie i to jest przerażające.
    Zresztą masowe zbrodnie to wcale nie wynalazek XX wieku. Jak podaje Kapuściński w Wyprawach z Herodotem, Babilon przygotowany na oblężenie króla persów Dariusza nie tylko zgromadził broń i żywność. Musiano także zadbać o określoną liczbę populacji, która przetrwa wieloletnie oblężenie. “Zoptymalizować” ją – jakby powiedzieli współcześni technokraci. Dlatego też wyrżnięto wszystkie kobiety i dzieci w ilości najprawdopodobniej kilkuset tysięcy, pozostawiając tylko jedną niewiastę na rodzinę, aby mogła zająć się obrońcami. Zbrodni tej nie dokonali wynajęci siepacze lecz ojcowie rodzin. To oni wycieli swoje córki i żony.
    Niegdyś zaszokowała mnie także opowieść mojego kolegi, który odrabiał wojsko - gdy jeszcze istniało - pracując jako pomocnik grabarza na cmentarzu komunalnym. Z jego relacji z rozmów ze “starszymi kolegami po fachu” wynikała rzecz zmuszająca do myślenia nad skalą pewnego procesu, z którego pewnie nawet nie zdajemy sobie sprawy. Grabarze dokonują także ekshumacji. Okazuje się, że po naszej tzw. “transformacji ustrojowej” czas rozkładu zwłok wydłużył się. Wcześniej po 10 - 15 latach od pochówku wiadomo było, że w trumnie lub w tym co po niej pozostało spoczywa wyłącznie szkielet. Na początku XXI wieku nie było to już takie pewne. Dlaczego? Dobrobyt spowodował, że ważymy więcej? Grabarze mają na to inną teorię: konserwanty w jedzeniu stosowane masowo w żywności odkładają się w naszych organizmach i niepozwalaną się rozkładać potem zwłokom. Człowiek jest w końcu tym co je... Czy zatem powolne i długotrwałe karmienie ludzi zatrutym świństwem nie jest zbrodnią?
    Oglądałem kilka lat temu film dokumentalny, w którym kierownik miejskiego krematorium w Sztokholmie opowiadał jak gdyby nigdy nic o ich innowacyjnym rozwiązaniu. Otóż piece krematoryjne podłączone są do miejskiego systemu grzewczego. W ten sposób zmarli oddają żywym ostatnią posługę. W tym samym dokumencie opowiedziano historię holenderskiego księdza, który udzielając ostatniego namaszczenia swym parafianom zdał sobie sprawę, że potem przychodzi lekarz i dokonuje eutanazji, która stała się wręcz rytuałem poprawiającym wydolność nierentownego systemu ubezpieczeń. Bo w wielomilionowej Holandii nie było ani jednego hospicjum dlatego, że wszyscy byli zdrowi? Pierwsze już w XXI wieku otworzył polski misjonarz... Ale to młodzi i zdrowi decydują o losie starych i chorych wprowadzając te przepisy.
    Kiedyś “Rzeczpospolita” opisała doskonale prosperującą szwajcarską organizację specjalizująca się w pomocy samobójcom. Za opłatą samobójca otrzymuje podaną mu do łóżka truciznę, po czym wszytko dzieje się cicho i bezboleśnie. Co mogli czuć rodzice zakochanych zbiegłych z domu nastolatków, gdy otrzymali za pośrednictwem poczty kurierskiej prochy swych pociech?

    Jednak wszystko to nic.
    Stanisław Michalkiewicz opisał chińską restaurację w której podaje się zupę z ludzkich płodów. I wszystko jest w porządku. Bo jeśli wyjdziemy z złażenia, co czynią wszelkiej maści lewacy, że płód nie jest człowiekiem, to nie można mówić nawet o kanibalizmie. Ale okazuje się, że nawet lewakom ten proceder się nie podoba. Pytanie, dlaczego są tacy niekonsekwentni i nie logiczni? Nie znam lepszego logicznego dowodu na fiasko lewackiej “moralności”. Niech ktoś z postępowców spojrzy w twarz Giannie Jessen, która przeżyła własną aborcję i niech powie, że tak właściwie równie dobrze mogła skończyć w zupie.

    Taki jest nasz świat. “Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Mam nadzieję, że potomni nazwą go prawdziwym wiekiem ciemnoty i zezwierzęcenia, a nie rozwoju, postępu i oświecenia – jak usiłuje się nam wmawiać.

    środa, 4 listopada 2009

    Socjotechnika i pałotechnika

    Prasę obiegł wywiad z Chlebowskim, w którym przyznaje się do tego, iż rozważał możliwość popełnienia samobójstwa po wyjściu na jaw afery hazardowej. Mniejsza o to czy chciał czy nie. Pamiętamy przecież płaczącą posłankę Sawicką i kuszącego ją Agenta Tomka. Ta sama sztuczka: Wzbudzenie współczucia w stosunku dla osób, którą winniśmy w oczywisty sposób potępić i przez to bagatelizacja samych afer. Ale w Polsce nic już nie trzeba bagatelizować. Ludzie i tak mają to gdzieś zajęci codziennością i walką o byt.
    A któż to przeprowadził wywiad z Panem Posłem Chlebowskim? Oczywiście siły bojowe TVN. Wbrew pozorom to środowisko ma olbrzymie doświadczenie w bojowej postawie. Okazuje się, że szef tej stacji Pan Mariusz Walter już w latach osiemdziesiątych miał wmówić na polecenie władz społeczeństwu jak to wiele dobrego robi dla niego SB, Milicja Obywatelska a zwłaszcza ZOMO: "Bo ci funkcjonariusze tak ofiarnie walczą w socjalizm, bo ile to się trzeba namęczyć i namachać pałą, aby wbić do głowy młodzieży socjalistyczne ideały." Informację tę znalazłam na Wikipedii w haśle... Jerzy Urban. Jak ktoś nie wierzy niech sprawdzi.
    Nie ma już Milicji Obywatelskiej – jest za to Platforma też Obywatelska. A wszystko inne pozostało jak dawniej. Więc może powinno powstać ZOPO? W końcu trzeba wbić ludziom do głowy, unijne ideały.
    Po premierze filmu:"Ogniem i Mieczem" J. Hofmana w jednej z gazet ukazał się rysunek satyryczny, który zapadł mi w pamięć. Na rysunku z kina wychodzi rozentuzjazmowany tłum. Drugi rozentuzjazmowany tłum zmierza do kina, a po drodze są ponabijani na pale ci którym się film nie podobał... Więc idąc tym tokiem rozumowania ZOPO "odpowiada na istotne problemy społeczne".

    Zawody

    Zawody ostatnich dni:
    • Wacław Klaus – wiadomo za co,
    • Warsztat w którym naprawiałem samochód. Naprawili jedno, popsuli drugie,
    • Ubuntu 9.10 z którym po tygodniu walki dałem sobie spokój i wróciłem do wersji 9.04. Winien temu jest sztywny plan wydawniczy. Nowa wersja dystrybucji nie powinna ukazać się w zaplanowanym terminie, tylko wtedy gdy będzie działać.
    A co do Klausa to nie ma co rozdzierać szat. Unia i tak padnie w przeciągu dekady. Tak więc może to i dobrze. Gdy widzisz jak twój wróg, którego masz ochotę zabić zmierza dziarskim krokiem w stronę rzeki z kamieniem uwiązanym na szyi, po co go zatrzymywać?
    Jak powiedział kiedyś pewien znany wszystkim elektryk wysokich napięć w stanie spoczynku:"Oszukali mnie!"

    wtorek, 3 listopada 2009

    Odszedł gigant

    Claude Levi-Strauss nie żyje. Ta wiadomość mnie zelektryzowała. Gdy świadomie zmaczałem spoglądać na ten świat, on był już starcem. Czyli dla mnie był od zawsze. To tak jak dla moich synów trudno wyobrazić sobie, że kiedyś nie było Internetu albo telewizji i sądzą, że jedno i drugie istnieje od początku świata. Podobnie ja myślałem, że on będzie zawsze. Nie ma jednak nic wiecznego. 101 lat to piękny wiek. Żegnaj.

    poniedziałek, 2 listopada 2009

    Przejęzyczenie czyli ciąg skojarzeń

    Pewnej europosłance z jedynie słusznej partii, która nie wiedzieć jakim sposobem się w tym PE znalazła będąc tzw. "desantem", pomyliły się nazwy miejscowości. Chciała otworzyć ponoć biuro poselskie w Zamościu, a zapowiedziała, że uczyni to w Białymstoku. A że ze 400 kilometrów jedno od drugiego i w innym regionie? Mogło przecież być gorzej. Mogła pomylić Zamość z Bangkokiem. Wtedy może by wyjechała na jakiś czas.

    Skojarzenie 1.
    Ta histeria przypomniała mi inne przejęzyczenie. Czasy studenckie, impreza. Jeden z moich kupli był już nie koniecznie po jednym i niekoniecznie bezalkoholowym. A dyskusja była ostra! Nieszczęśnik chcąc zapytać retorycznie mając na myśli swych przeciwników w dyskusji:" Panie Boże czemuś pokarał mnie takimi debilami", wzniósł oczy ku sufitowi i powiedział: "Panie Boże czemuś mnie pokarał takim debilizmem?" Oczywiście śmiechu było co nie mira. Ale był chociaż kolejny powód aby skoczyć do sklepu. Do przykładu Pani poseł i ta historia pasuje jak ulał poza tym, że ona była trzeźwa.

    Skojarzenie 2
    To wspomnienie przypomniało mi klasyczny dowcip o przejęzyczeniu właśnie:
    "Rozmawia dwóch kupli. Jeden mówi:
    - Dziś się przejęzyczyłem. Chciałem powiedzieć żonie: "Kochanie czy możesz podać mi sól", powiedziałem: "kochanie czy możesz zadać mi ból".
    - A ja też się dzisiaj rano przejęzyczyłem - odpowiada drugi - Zamiast powiedzieć żonie: "Jak ty pięknie dziś wyglądasz" powiedziałem - "Ty koczkodanie, życie sobie przez ciebie zmarnowałem!""
    I znowu do pierwszego przykładu przejęzyczenia pasuje jak ulał. I wcale nie chodzi o koczkodana czy coś zmarnowanego. Analogia ma charakter formalny. Bo co przejęzyczenie to przejęzyczenie.

    piątek, 30 października 2009

    To się nazywa "baba z jajami"



    Największy nasz problem polega na tym, z nasze gangi zwane dumnie partiami politycznymi dzielą się na:
    • prawdziwą komunę - chętnie zrobiliby teleport do czasów Gierka
    • post komunę - jeszcze się nie połapali, że system runął i ciągle słuchają tych samych oficerów prowadzących. Poza tym nauczyli się być przybudówką wiodącej siły - jaka by ona nie była.
    • komunę mentalną - bo wierzą w równość społeczną i swego wodza
    • komunę funkcjonalną - kradną na potęgę, bo na uwłaszczenie nomenklatury 20 lat temu się nie załapali - za młodzi byli.
    Więc niestety nie mamy skąd czerpać wzorców...

    No i jeszcze o innych sprawach... 1987 rok, a ona już wiedziała...

    środa, 28 października 2009

    Dwa ważne teksty z dzisiejszego dnia

    Analogia

    Fragment wywiadu z lekarką zajmującą się leczeniem alkoholizmu wśród tubylczej ludności Syberii:

    „[...] Mają predyspozycje, to już wiemy, ale to wcale nie znaczy, że muszą się zapijać.

    Ale się zapijają, bo żyją w chronicznym, długotrwałym stresie. Tak jest nie tylko w Rosji, ale także w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych z Eskimosami i Indianami. Narody, które przyszły i zamieszkały wśród aborygenów, dominują nad nimi liczebnie i pod każdym innym względem. To straszna sytuacja. Chcielibyśmy się wyzwolić, zaprotestować, zbuntować, podnieść pięści, ale nie wiemy, o co konkretnie walczyć.

    A więc póki co, dawaj, walniemy kielicha.

    Tak jest! I od razu robi się fajnie. Tak więc problem zapijania się na śmierć całych narodów, to nie jest zagadnienie medyczne, genetyczne, biologiczne, ale społeczne. To choroba socjalna. Winna jest sytuacja, w której aborygeni znaleźli się nie ze swojej winy.[...]”

    Jacek Hugo - Bader „Biała Gorączka”, s. 182, Wołowiec 2009

    Tak jest bezpieczniej

    Wiele, wiele lat temu jeden z moich oddanych przyjaciół robiąc w piwnicy porządki znalazł staromodny czy jak kto woli klasyczny, oldschool'owy kask motocyklowy swojego ojca. Dekadę wcześniej był on przedmiotem jego zabaw, po którym pozostały poprzylepiane na charakterystycznym „nocniku” naklejki z bohaterami kreskówek. Oczyścił go jak najświętszą relikwię, po czy przywdział go na głowę. Międzyczasie ktoś zadzwonił i musiał pilnie udać się w podróż samochodem. Zapomniał o idiotycznym nakryciu głowy. Jadąc tak został zatrzymany przez patrol policji. Policjanci popatrzyli na niego jak na kretyna, bo gdyby chociaż się uśmiechnął, dał znać, że to wygłup – a on nic. Poproszono go o dokumenty, kazano dmuchać w alkomat, po czym sprawdzili nawet wyposażenie samochodu w przepisową gaśnicę i trójkąt ostrzegawczy. Wszystko w najlepszym porządku i zgodnie z przepisami. A co najciekawsze zatrzymany kierowca nie zdradzał objawów pierwotnie zakładanego zidiocenia. Normalnie się zachowywał, odpowiadał na pytania. W końcu jeden z funkcjonariuszy nie wytrzymał i zapytał:
    - Panie, kur...a po co panu ten kask na głowie?
    Wtedy mój przyjaciel przypomniał sobie o nakryciu głowy, lecz nie wybity z pantałyku odpowiedział:
    - Bo tak jest bezpieczniej.
    Policjanci zgłupieli do reszty.
    - Jedz Pan! - rzucił jeden z nich niezadowolony z odpowiedzi.

    Afer już nie będzie. Bo układ sygnalizacji o awariach został wyłączony poprzez odcięcie kabli. Nie będzie też żadnych niezbędnych radykalnych ruchów w zakresie reformy prawa, naprawy kraju czy podjęcia jakiś „kontrowersyjnych” decyzji. Dotychczasowa sondażowa polityka pod publiczkę przybierze tylko na sile. Premier założył kask na głowę i prowadzi kraj z prędkością 40 km/h, aby przepadkiem nie wpaść w poślizg. Inna sprawa, że w tym pojeździe jedynym sprawnie działającym mechanizmem jest biurokratyczny hamulec. Ostatnio Kierowca powiedział, że najważniejszą rzeczą dla Polski jest walka z ociepleniem klimatu. Co za politycznie poprawne lizusostwo względem władców globalnego świata! Co za oderwanie od rzeczywistości! Może jak farsa kierowania państwem w jego wydaniu dobiegnie do końca, zaproponują mu jakąś posadkę w jednej ze złodziejskich międzynarodowych organizacji? Żyj dalej w świecie snów! Tak jest bezpieczniej.

    wtorek, 27 października 2009

    Pigułka gwałtu

    Okazało się, że słynne pigułki gwałtu nie istnieją. Były wymyślone po to aby głupie gówniary mogły usprawiedliwić, że jak ktoś je zgwałcił to nic nie pamiętały, bo były nachlane na umór. A to wszystko w świecie, który nazwał się światłym i naukowym, a jest tak naprawdę prawdziwym średniowieczem.
    Co z tymi nieszczęśnikami których skazano za rzekome stosowane tego "czegoś"? Ale inna kwestia jest bardziej zastanawiająca: jak dalece media potrafią wmówić ludziom istnienie alternatywny rzeczywistości? Ile jeszcze jest w obiegu takich półprawd i kretynizmów powszechnie uznanych za oczywistości?
    Takim lada chwila obalonym mitem będzie: "Ile to Unia nam daje pieniędzy i jak dobrze na tym wychodzimy? Jak świetnie za unijną kasę rozwinie się nasz kraj!" Tego rodzaju kampania propagandowa to swojego rodzaju pigułka gwałtu. Już czujemy, że mamy to coś – to znaczy te pieniądze w … portfelu. A to się okazuje, że to...
    Inna kwestia, która przychodzi mi do głowy jest natury estetyczno - obyczajowej. Wadziłem pijane Angielki. Rzeczywiście samemu należałoby zażyć wcześniej jakąś pigułkę, aby lepiej potem nie pamiętać.

    niedziela, 25 października 2009

    Karma czy przypadek?

    Czy miejsca mają swoją karmę, pierwotne przeznaczenie? Czy gdzieś jest to zapisane? Na miejscu starych pogańskich świątyń powstawały nowe - chrześcijańskie.
    W Lublinie u zbiegu ulic Droga Męczenników Majdanka i Wrońskiej w czasie wojny istniała rampa kolejowa, na którą przywożono ofiary do Obozu na Majdanku. Była tam także sortownia rzeczy pozostawionych przez nieszczęśników. Sortowano tam także rzeczy przywiezione z innych obozów.
    Co jest dzisiaj? Nie ma co ukrywać, że miejsce po latach zaniedbania ożyło. W wyremontowanych dawnych fabrycznych zabudowaniach powstaje coraz więcej firm, hurtowni, jest pizzerina. Jest też jeden z najbardziej popularnych i największych w mieście secendhend'ów (szmateksów, lumpeksów – jak kto woli). Łachy przywiezione z olbrzymich kontenerach z Anglii są tam sortowane i sprzedawane nieświadomym niczego, żądnym atrakcyjnych, oryginalnych rzeczy tubylcom.
    Trudno oczekiwać, aby całe miasto było muzeum martyrologii. Ale jak sobie z tego zdałem sprawę, to jakoś mnie ciarki przeszły po plecach. To tak jakby ta "instytucja" działała nieprzerwanie, jakby skazańcy ciągle sortowali, jakby nic się nie zmieniło.
    Jakby przy ścianie zbiorowej egzekucji ciągle spływała świeża krew.

    piątek, 23 października 2009

    Miary i brak umiaru

    Nie ma chyba takiej miary, która obiektywnie oddałaby procesy zachodzące w społeczeństwie i gospodarce. Może to i dobrze, bo gdyby była, to stanowiłaby kolejne narzędzie ograniczające naszą wolność.
    Są jednak zaskakująco proste wskaźniki odbijające jak w zwierciadle różne interesujące zjawiska. Są tak proste, że ocierają się wręcz o przysłowiową „ludową mądrość”.
    Na szczególną uwagę zasługuje Indeks Big Maca. Okazuje się, że dzięki pomiarowi wartości kanapki w Macdonald'zie (która wygląda przecież wszędzie tak samo) można ocenić poziom przeszacowania lub niedoszacowania waluty. To stosunkowo proste. Cena surowców do jej produkcji jest zróżnicowana. Koszty pracy, możliwości finansowe konsumentów - także. A więc dzięki temu z pozoru banalnemu zjawisku możemy również pośrednio ocenić zmiany kursów walut.
    Innym zaskakującym zjawiskiem jest podobno ilość pracowników w ambasadach poszczególnych krajów przy ONZ'cie. Wielkość ta „jak ulał” oddaje podobno odwrotnie proporcjonalnie poziom rozwoju gospodarczego poszczególnych krajów. Bo jak wytłumaczyć fakt, że ambasada Norwegii przy ONZ liczy podobno zaledwie kilkunastu, a Czadu około stu pracowników? Po prostu, najprawdopodobniej tego typu praca to jedna z niewielu możliwości w tym kraju wyjazdu do NY. Ciekawe do jakich wyników doszlibyśmy w podobny sposób analizując administrację w poszczególnych regionach i miastach naszego kraju. Oczywiście nie chodzi o pracowników konkretnych urzędów lecz liczbę pracowników administracji w ogóle.

    A jak zmierzyć szczęście? Jak sprawić, aby wyzwolić tkwiąca w ludziach energię. Jak zmierzyć poziom satysfakcji z życia, jego sensu? Okazuje się, że to co jest czynnikiem wzrostu i świadczy o rozwoju nie ma żadnego znaczenia dla jakości życia i potrzeb ludzi. Determinując świat wyłącznie do kategorii materialnych zatracamy to co w życiu naprawdę istotne. Przyjmując niewłaściwy punkt wiedzenia i niewłaściwą interpretację rzeczywistości zafałszowujemy ją. A to już manipulacja. Dawno zauważono, że zbyt częsty widok głodujących ludzi w Afryce na ekranach telewizora hamuje konsumpcję. Więc co? Nie pokazuje się głodujących w telewizji.

    czwartek, 22 października 2009

    Sprawa Kubusia P.

    Po lekturze "Przygód Kubusia Puchatka" mój młodszy syn stwierdził: "Kubuś Puchatek to jednak menda". Niestety nie chciał rozwinąć tego wątku. Jakby się temu przyjrzeć bliżej, to coś w tym jest. Może jest to opinia ogólna lub jest w niej jakieś drugie dno? Ciekawe co pomyśli o innych bohaterach książek. Jak podrośnie, dam mu do przeczytania książkę Pawła Zyzaka.

    środa, 21 października 2009

    Coś tam, coś tam

    Wybadałoby się, że rząd Premieru Tusku po kilku „strzałach znikąd” (Papcio Chmiel) już się nie podniesie, a tu niespodzianka. Według sondaży Polacy ciągle ufają ich królowi. Inna sprawa, że sondażom wierzyć nie można… Ale trudno się dziwić, kiedy podpisanie przez Prezydenta traktatu lizbońskiego – czyli ostateczne formalne zrzeczenie się niepodległości Polski – nieznane dotąd w historii nie wywołało praktycznie żadnych społecznych zawirowań, więc co tam jakieś ustawianie ustawy?
    Przypomina mi się stary skecz Janusza Drozdy z czasów, gdy nie pokazywał jeszcze w telewizji głupich filmików. Opowiedział w nim histerię o mistrzu Zen, który siedział i medytował pod drzewem. Miał niewielką rankę na ręku, więc natychmiast pojawiły się głodne muchy i zajęły się spijaniem krwi mistrza. Widząc to jeden z jego uczniów odpędził muchy. Ocknięty z medytacyjnego letargu mistrz powiedział: „I coś ty zrobił! Te były najedzone”.
    Widać Polacy postępują tak jak mistrz Zen, tylko zapominają, że apetyt wzrasta w miarę jedzenia. Opierają się na założeniu, że jednak są jakieś granice, a politycy są dobrzy bo się nie awanturują. Czyli czy zatem cichy złodziej jest lepszy od głośnego? Pewnie tak. Poza tym należy wpuszczać tylko klientów w krawacie, bo taki klient jest mnie awanturujący się. Więc rośnie nam armia much, ale w krawatach na państwowym wikcie.
    Mój przyjaciel zwierzył mi się, że będąc w jednej z firm widział jak jakaś kobieta odbierała wynagrodzenie. Otrzymała 640 zł „na rękę”. Pewne formalne była zatrudniona na pół etatu a tyrała całe osiem godzin. Trudno jest się zatem dziwić, że znaczna część rodaków ma po prostu gdzieś i jakiś traktat i jakiegoś premiera i nie ma wiedzy na temat meandrów afery hazardowej. Nie mówiąc już o czytanie gazet na które ich po prostu nie stać. Nie zdajemy sobie nawet sprawy jak w odseparowanym nie mającym nic wspólnego z rzeczywistością świecie, żyje inna – ta lepsza – część społeczeństwa. Dla pozostałych wystarczy że premier jest elegancko urany i od czasu do czasu jak Kaszpirowski zahipnotyzuje publikę mówiąc coś tam, coś tam. Jaka niepodległość? Jaka wizja polityczna? O czym my mówimy?
    Wydaje mi się, że problem jest znacznie szerszy. Nauczeni patriotyzmu i miłości do Polski za którą przelano tyle krwi kochamy ją. Z drugie zaś strony państwo utożsamia nam się z chorymi instytucjami, których nie nawiedzimy. Jesteśmy więc rozdarci jak ten Dr Jekyll i Mr Hyde, mając dwie osobowości. Polskę kochamy i nienawidzimy jej zarazem. W takiej sytuacji następuje naturalne wyparcie tej toksycznej miłości. A im władza jest bardzie marionetkowa, tym coraz większe rzecze społeczeństwa będą uciekały od polityki, która bardziej jeszcze bardziej okupowana przez wszelkiej maści hieny. Jednak gdy pozwoliliśmy na oddanie niepodległości proces ten sięgnął dna. Może być już tylko lepiej. Bułgaria była okupowana przez 600 lat i się odrodziła.