wtorek, 23 grudnia 2008

informacja

Na razie bloga nima. Tepsy pozbawiły minie nie z mojej winy możliwości korzystania z sieci. Mniejsza o to jak do tego doszło, ale lada chwila zaatakuję znowu. Będzie dalej śmiesznie i strasznie!

wtorek, 2 grudnia 2008

Gagarin czyli globalne ocieplenie

W czasach lotu Gagarina w kosmos krążył podobno następujący dowcip:
Na budowie stojący na rusztowaniu pomocnik murarza krzyczy do swego przełożonego:
- Panie Majster, Ruskie w kosmos lecą!
- Wszystkie lecą?
- Nie jeden!
- No to co ty mi głowę zawracasz?

W tej chwili powinien on brzmieć:
Na dachu pomocnik dekarza zagaja rozmowę ze swym szefem:
- Panie Majster, nadchodzi globalne ocieplenie?
- Zanim nadejdzie to może byś tak Jasiu lepik podgrzał?

Tak samo jak kiedyś ludzie mieli daleko gdzieś lot Gagarina bo nie miał nic wspólnego z ich codziennym bytem, tak samo i teraz globalne ocieplenie poza kolejną społeczną fobią nie wiele ludzi interesuje. Bo co można na to poradzić, kiedy jeszcze nikt nie udowodnił, że człowiek ma na ten proces jakikolwiek wpływ i czy zachodzące zmiany klimatyczne to przypadkiem nie proces naturalny… Ale zadbano już o nasze portfele i będziemy płacić haracz na ewentualne ocielenie. Nikt jak dotąd nie udowodnił też, że emisja dwutlenku węgla ma jakikolwiek związek z ociepleniem klimatu…
Sama ponad miarę w ostatnim czasie „rozdmuchana” sprawa ocieplenia klimatu mająca co prawda wątpliwe podstawy naukowe, (bo nie analizujemy klimatu od tysięcy lat w jednolity metodologicznie sposób, aby móc prześledzić wszystkie procesy i czynniki nań wpływające) odsunęła na plan dalszy inne zagrożenia ekologiczne: realne i dawno udowodnione. Może właśnie chodzi o to, aby przestać rozmawiać o zagładzie wielorybów, zatruwaniu wód gruntowych i gleby czy żywności genetycznie modyfikowanej? Może wymyślono „mega straszaka” po to aby dalej przemysł mógł truć, tylko inaczej, a ludzie jedli coś czego w przyrodzie jeszcze nie było… Jeśli tak, to traktowana w ten sposób jak obecnie problematyka globalnego ocieplenia zamiast coś mienić robi w balona ekologów lub pseudo ekologów. A przecież można na frajerach jeszcze nieźle zarobić. Gdyby miało być inaczej wszelkiej maści "ekolewacy" naciskaliby na odtajnienie istniejących technologii produkcji energii będących w dyspozycji wojska. Dałoby to kopa gospodarce i pozwoliło na poważny skok technologiczny, tak jak stało się za czasów Reagana. Odtajnionoby wreszcie między innymi technologie kosmiczne. (No proszę i mamy Gagarina! :-)) Naciskanoby także na sankcjonowane prawnie zmianę stylu życia, a to zaszkodziłoby globalnemu konsumpcjonizmowi czyli ekonomicznym podstawą establishmentu. Tak się nie dzieje, więc to tylko zabawa i okazja do napicia się wódki, jak teraz w Poznaniu.

W nauce jest więcej wiary niż się komukolwiek wydaje. Wcale nie wiary w Boga, tylko w wsteczny wynik "naukowych" poszukiwań.
- Czy kawa szkodzi? – pyta jeden naukowiec drugiego,
- A kto płaci za badania? - odpowiada ten drugi.

Więc może dowcip o Majstrze powinien brzmieć bardziej konkretnie:
- Panie Majster, prąd podrożeje bo będzie trzeba za emisję dwutlenku węgla płacić.
- Ja tam mam jeszcze dwa granaty w świątecznym ubraniu! Kończ Jasiu lepikować. Idziemy na komitet!

Tylko, że już to nie jest śmieszne… A ktoś kiedyś bredził o końcu historii...

poniedziałek, 1 grudnia 2008

Za młody

Moi synowie ostatnio dokazywali na tyle mocno, że otrzymali ultimatum: albo się uspokoją albo nie przyjdzie do nich Św. Mikołaj. Nie poskutkowało - wariowali dalej. Byłem poza domem gdy otrzymałem telefon od mojej żony udającej, że rozmawia ze Świętym z Miry. Sprawa była postawiona jasno:
- "Święty Mikołaju nie przynoś im w tym roku prezentów bo są niegrzeczni."
Podobno reakcją był wrzask i spazmy, oraz oświadczenie starszego:
-"Jestem za młody żeby nie dostać prezentu!"

Ach ten konsumpcjonizm. A gdzie magia świąt?

wtorek, 25 listopada 2008

Prognoza

Za jakiś rok może dwa, na światowym rynku muzycznym pojawi się fala reaktywacji legendarnych zespołów. Wrócą The Birds, Simon and Garfunkel nagrają nowa płytę, co będzie dowodem pojednania obu muzyków. Pink Floyd i Roger Waters także dadzą serię koncertów. Skąd to wiem? To proste... Ludzie ci znaczną część swych fortun zarobionych na graniu zainwestowali na giełdzie. Realny spodek wartości akcji i generalny kryzys spowodował, że znaczna część legendarnych artystów pozostaje bez grosza przy duszy. Trzeba będzie zarobić na skromną emeryturę. Nie chodzi wcale o konkretne kapele i nazwiska lecz o pewnie proces.

A w Polsce?

Muzycy, którzy dawno powinni odejść na emeryturę są filarem naszej branży rozrywkowej, tak więc nam ten proces nie grozi. Kiedyś tekst o zespole Czerwone Gitary opatrzony był tytułem parafrazującym ich tekst: "Nie spoczniemy aż umrzemy"...
Inna sprawa, że ich dochody są niczym w porównaniu z tymi jakie osiągali niektórzy z wielkich światowej sceny i nie chodzi tu tylko o kurs dolara. Jak kiedyś ktoś powiedział: "Co w Polsce są za gwiazdy, które można kupić za 100 tyś. Do reklamy kleju do protez…"

U nas po staremu.:
- Kryzys gospodarczy przyczynia się do obniżenia cen paliwa - mówi jeden
- O to świetna wiadomość! - mówi drugi z nieukrywanym zadowoleniem
- A z czego ty się cieszysz? Przecież nie masz samochodu.
- Ale mam zapalniczkę...

Mi - Mi

Dawno, Dawno temu mój kolega Seler pokazał mi kartę pocztową, którą otrzymała jego mama od wujka przebywającego na Węgrzech. Kumpel chciał się pochwalić wujkiem na Węgrzech i nowym znaczkiem pocztowym. Były to podłe lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku.
Treść kartki na zawsze odmieniła moje życie. Już nigdy nic nie było takie jak wcześniej. Po mimo upływu ponad 20 lat doskonale pamiętam każde jej słowo:
"Radości i sukcesów i radości zwiedzania Węgier tak ślicznego państwu trudno do opowiedziana i do zobaczenia w święta. Joasiu pozdrów wszystkich i Janka Krawca. W Budapeszcie jest ciepło 13 stopni Celecjusza. Wracam w środę 16 marca nie wiem o której godzinie ale jak przyjadę to zobaczycie. Pa pa Wujek Mirek. Colośkom"
Istniało kilka teorii na temat treści tej kartki jak również - stanu samego "podmiotu lirycznego". Jedną z bardziej prawdopodobnych teorii jest ta o odmiennym stanie świadomości autora. Pojawiały się też próby dedukcji co konkretnie pił i w jakich ilościach. Do bardziej interesujących hipotez należała ta mówiąca o tym, że wujek Mirek był kosmitą, oraz ta, że jest to zaszyfrowana wiadomość, której znaczenie ciągle jest nieodgadnione. Najbardziej intrygująca jest tajemnicza postać Janka Krawca oraz to, kim są owi "wszyscy"… Tajna organizacja? Być może ostatni nieodgadniony wyraz jest kluczem do rozszyfrowania prawdziwego znaczenia tego przesłania. Jedno jest pewne: doktorat z polonistyki murowany.

W książce Rafała A. Ziemkiewicza "Michnikowszczyzna zapis choroby" znalazłem bardzo ciekawy cytat z samego Michnika. Tekst ukazał się w 1991 roku w Gazecie Wybrocznej w rocznice wprowadzenia stanu wojennego. Tekst miał zniechęcać do rozliczeń z reżimem:
"Akt sprawiedliwości przekształcony w akt odwetu staje się fragmentem gry politycznej i walki o władzę. Powstają nowe niesprawiedliwości i nowe krzywdy. Zagrożona zostaje wolność, zagrożone zostaje prawo. Ludzie przestają czuć się bezpiecznie, wkrada się strach. Walka o demokrację kończy się wojną wszystkich ze wszytkami. Pojawia się widmo chaosu, a wraz z nim widmo dyktatury.
Tak stało się w Iranie, tak zaczyna stawać się w Gruzji, tak może być wszędzie."
Co autor miał na myśli, też pozostaje kwestą do interpretacji: Odmienna świadomość autora? Szyfr? Michnik jest kosmitą? Nieodgadniona mądrość? Odmienna świadomości przejawia się w wielu tekstach tego autora, więc ten tekst nie jest odmienny, bo wszystkie są odmienne. a jak wszystkie to żaden. Szyfr? Być może! Poza ziemskie pochodzenie autora? Odpada. Nieodgadniona mądrość? Na pewno, o ile tekst Wujka Mirka też posiada tę cechę...
Zaraz, zaraz Michnik, Mirek. Mi - Mi. Może to ta sama osoba? Nie, niemożliwe.

Tekst Michnika jest lepszy: ma znaki przestankowe.

Rozrywka

Będąc na zakupach w jednym z hipermarketów (Tak, robię zakupy w hipermarkecie. A co?) natrafiłem na zbiór reportaży Ryszarda Kapuścińskiego dołączonych niegdyś do Gazety Wyborczej. Leżały między jakimiś śmieciami, na półce z produktami z wyprzedaży (Kupuję na wyprzedażach, a co?). Cena za dobrze wydaną książkę w twardej oprawie, wybitnego pisarza (trzepalnia mózgów Michnika, ma dobre maszyny poligraficzne) wynosiła niespełna 3 złote. Po odejściu od kasy spojrzałem na rachunek i tam gdzie spodziewałem się zobaczyć pozycję - książka, Kapuściński albo wyborcza dodatek - książka, na rachunku widniała pozycja: "rozrywka - wyprzedaż - 2,99"
Ciekawe jak spece od cen z marketu zaklasyfikowaliby wyprzedaż granatów? Pewnie też rozrywka - wyprzedaż....

środa, 19 listopada 2008

Pasiasty Punk

Po czymś co kiedyś nazywało się Samoobroną Rzeczypospolitej Polskiej pozostały tylko zgliszcza "dawnej chwały". Z perspektywy czasu można dokonać próby oceny tego ugrupowania. Dla jasności spieszę z wyjaśnieniem, że nigdy nie byłem sympatykiem Endriu i jego wyznawców. Wręcz przeciwnie, budzili we mnie odrazę a czasami lęk spowodowany potencjalną nieobliczalnością i charakterystyczną dla tego ugrupowania "przestępczą rolą partii". Ile w przekazie medialnym, będącym mym głównym źródłem wiedzy na temat tego stronnictwa było manipulacji i "sterowania" to odrębna kwestia. Dla przykładu, kiedyś dane mi było poznać nieco bliżej środowisko LPR. Moja ocena jest odmienna od obiegowej, więc w przypadku Samoobrony też może być nieco "zniekształcony". Lecz jak sądzę nie znacznie...
Jednym z czym kojarzy mi się w tej chwili Samoobrona, to ruch Punk Rock. Wybuchł w latach siedemdziesiątych, przewracając do góry nogami cała ówczesną scenę muzyczną. Sex Pistoles tak jak inni twórcy gatunku po prostu nie umieli grać, tak jak Samoobrona nie umiała poruszać się po salonach. Pomimo brutalnych tekstów i roztrojonych gitar powstała nowa kulturowa, spontaniczna jakość. Czy po Samoobronie pozostanie jakaś nowa jakość na scenie politycznej? Pewnie nie, ale partia i jej liderzy pokazali w charakterystyczny dla siebie sposób, że wszystko jest możliwe i przesunęli do niewyobrażalnych wcześniej granic to co może dziać się na scenie politycznej. Po Samoobronie wszystko już było, więc może powstała nowa jakość?
Początkowo Seksowne Pistolety zostały założone tylko po to, aby promować spodnie sprzedawane w sklepie ich "kreatora" Malcolm'a McLaren'a. Produktem ubocznym był ruch społeczno - kulturalny, który zatrząsł w posadach całym zachodnim światem. Samoobrona też została powołana w raczej mniej niż bardziej spontaniczny sposób. Potem powstał ruch, który przez chwilę zatrząsł "salonem". Tylko kto był w przypadku Samoobrony "innowacyjnym sprzedawcą spodni"?
Ale taki seksowny pistolet jak pewna posłanka o końskich cechach to już na pewno się nie pojawi w naszej bananowej republice. ..

Brygada kryzys

Kryzys nas nie ominie. Cechą charakterystyczną dla zachowań ludzkich w okresie kryzysu, lub w społeczeństwach niedostatku jest chęć ucieczki, zapomnienia o biedzie. Ofertę tego typu zawsze dostarcza przemysł rozrywkowy. Spodziewany jest bum na rynku gier komputerowych i nowe superprodukcje filmowe.
Amerykański wielki kryzys z lat trzydziestych minionego stulecia nie przez przypadek dość ściśle zbiega się ze złotymi latami Hollywood'u. Repertuar filmów powstających w tym okresie odrealniał rzeczywistość i pokazywał nieomal baśniowy świat elit i przepychu. Podobnie w biednych Indiach nie dziwi sukces Bollywood'u, pokazujący hinduskiej biedocie świat jakby z bajki. U nas kryzys stoi u drzwi. Rząd też opowiada bajki i zaklina rzeczywistość pełniąc dla wielu rolę Bollywood'u: "Co innego w za szybą telewizora, co innego za szybą okna." Lud potrzebuje chleba i igrzysk. Chleba może nie być, więc chociaż może igrzyska? Ale nie wojna brygad Platformy z brygadami PISem! To już było. Wymyślcie coś nowego.

wtorek, 18 listopada 2008

Szpan czy głupota?

Istnieje podobno pewna zależność psycho - ekonomiczna polegająca na tym, że w czasie kryzysu w danym kraju wzrasta liczba sprzedanych luksusowych samochodów do mających kłopoty przedsiębiorstw. Podobną zależność zauważono już dawno temu, gdy zaobserwowano, iż w okresach recesji wzrasta zapotrzebowanie na wszelkiego rodzaju dobra luksusowe. (Nawet podobno w trudnych okresach pulchniejsze kobiece kształty wracają do łask. Ciekawe co na to Prezydent Olsztyna? :-))
Całe zamieszanie ma pewne racjonalne wytłumaczenie. Otóż gdy kontrahenci, akcjonariusze lub klienci takiej mającej poważne kłopoty firmy, zobaczą jej właściciela lub prezesa w nowym Rolls Royce - być może pomyślą: "Pewnie wcale nie jest tak źle..."
"Pomimo, że Tytanic tonie - proszę zwrócić uwagę, że orkiestra gra dalej więc nie ma powodów do niepokoju..."
Gdy kryzys finansowy szaleje, nam proponuje się wejście to strefy Euro. Przypomina to gorączkowe poszukiwania kolejnych chętnych do wpłacenia pieniędzy do piramidy finansowej. Także odbywająca się co jakiś czas "ceremonia" rozszerzenia Unii Europejskiej to nic innego jak wycinanie kolejnych połaci lasu tropikalnego po to, aby przez rok czy dwa móc na w miarę żyznej ziemi pouprawiać cokolwiek, zanim ziemia ta całkiem nie zjałowieje. Wielkość Europy - podobnie jak lasów tropikalnych jest ograniczona, więc w końcu ktoś stuknie się w głowę.

Ciekawe czy wskazana wyżej zależność kryzysu i wystawnej konsumpcji wystąpi i w szarganej impasem rozwojowym Unii? Unia ma problem nie tylko ekonomiczny, lecz przede wszystkim ideologiczny. Zobaczymy co będzie dalej.

My tu gadu gadu, a tym czasem utworzono dziś nową rządową instytucję Generalną Dyrekcję Ochrony Środowiska oraz jej 16 regionalnych oddziałów. W każdym mieście wojewódzkim będzie zespół liczący ok. 40 osób. Ma to spowodować, że czas wydawania decyzji odnośnie oddziaływania na środowisko ma skrócić się z 300 do 200 dni. Kto zainwestuje w takim kraju, gdzie na zgodę na inwestycję czeka się około roku? Chyba tylko głupiec.

poniedziałek, 17 listopada 2008

Czarne kropki

Moim chłopakom przyszedł do głowy genialny pomysł. Stworzyli listę wszystkich domowników, przyczepili na lodówce w kuchni i kiedy ktoś jest ich zdaniem niegrzeczny przydzielają czarne kropki obok imienia delikwenta. Ja dzisiaj zarobiłem cztery, nie wiem za co. W końcu gdy próbowałem zmusić starszego do zjedzenia kolacji usłyszałem:
- "Tato przestań bo dostaniesz czarną kropkę" - no to był już szantaż
- "Zaraz ty dostaniesz dwie czarne kropki jak nie będziesz jeść" - odpowiedziałem stanowczo.
Skończyło się na zerwaniu przez niego z lodówki listy i buzi na podkówkę. A już zaczynało być fajnie: byłyby czarne kropki za nie opuszczanie deski klozetowej i rzucanie skarpetek po kątach. Ten z nas trzech, który uzbierałby ich najmniej w tygodniu dostawałby od mamy nagrodę. A tak kolejna oddolna inicjatywa upadła.
Moralność Kalego: jak Kali stawiać kropki być dobrze, jak Kali dostać kropkę być źle. A może to i dobrze, że ta idea upadła. System za bardzo przypominał punkty karne za szybką jazdę. Wszystko wskazuje na to, że idea została przyniesiona ze szkoły. Wyścig szczurów od pierwszej klasy?

niedziela, 16 listopada 2008

Akustyk poszukujący

Kiedyś jeden znajomy muzyk opowiadał mi o idei "akustyka poszukującego". To taki jegomość, który siada za konsoletą i z przejęciem próbuje być odpowiedzialny za nagłośnienie koncertu. Jednak chęć poznania jest silniejsza od niego, więc przesuwa potencjometry na konsolecie myśląc: "ciekawe co się stanie jak dam TO trochę wyżej?". Oczywiście tego typu postawa wywołuje frustrację na scenie lub wśród widzów wyposażeniowych w co wrażliwszy słuch. To dudnią basy, to w odsłuchach głucho...Okazuje się, że znaleziono rozwiązanie. Co lepsze zespoły mają własnych akustyków i własny sprzęt nagłośnieniowy, nie mogąc ryzykować porażki.
Od pewnego czasu widzę różne pomysły różnych poszukujących "akustyków": "Ciekawe co się stanie jak wprowadzimy euro, albo co będzie jak zrobimy referendum w tej sprawie?"
Na szczęście prawdziwym akustykiem nie może być każdy. Wielu się za to wydaje, że politykiem może być każdy i często są to rzeczywiście ludzie z przypadku. Jednak co sprytniejsze duże firmy nie wspominając już o globalnych korporacjach (podobnie jak co bardziej znani muzycy rockowi mający swoich akustyków) czy instytucjach międzynarodowych dysponują całą armią własnych gotowych na największe poświęcenie polityków. Ci, w uznania godny profesjonalny sposób lobbują na rzecz takich a nie innych rozwiązań i "poszukują" dla swoich mecenasów co lepszych geszeftów.
Brak jasnych i przejrzystych regulacji i przepisów dotyczących właśnie lobbingu to kolejny dowód na kolonialny charakter naszego państwa.

sobota, 15 listopada 2008

Druga Irlandia czyli widziały gały co brały

Minął rok od kiedy Słońce Peru objął władzę w kraju, odsuwając "oszołomów" i "uspokajając" kraj. Problem polega na tym, że Polska w tej chwili przypomina powierzchnię zastygłego wulkanu, gdzie pod cienką skorupą wrze lawa i nie wiadomo kiedy wybuchnie. Gdy słyszę z ust związkowców o strajku generalnym, a z drugiej strony widzę, że sondażowe poparcie dla rządu wynosi 52%, to coś u nie gra... W mojej opinii wysokie poparcie wynika z tego, że Premier spełnia swoje obietnice w 100%. Nikt nie powiedział przecież, że cud gospodarczy oznacza to, że gospodarka będzie się rozwijać. Cud oznacza, że w nadprzyrodzony sposób, niezależny od nas, praw przyrody i od naszej racjonalnej wizji świata będą się dokonywać jakieś zjawiska. Cuda są czymś niepojętym. One się dzieją ale, jak jest krach z nie wiadomo dlaczego, to też cud gospodarczy. Czary mary i wszystko pada. Choć i tak nie jest źle, bo o stosunkowo niewielkim wpływie (przynajmniej na razie) na naszą gospodarkę decyduje konserwatyzm naszych banków i "hermetyczność" naszej gospodarki. Jednak problemy Niemców, głównego naszego rynku eksportowego za chwile rozłożą i nasze przedsiębiorstwa. Ciekawe jaki ma plan rząd na zapobieżenie skutkom kryzysu. W tej chwili zaczyna się odbijać "rykoszetem" likwidacja Rządowego Centrum Studiów Strategicznych, które powinno przewidywać co się w kraju wydarzy i wczesne tworzyć scenariusze zapobiegania problemom społecznym i gospodarczym. Centrum okazało się nie potrzebne, choć jest cała masa rządowych i samorządowych nikomu do niczego nie potrzebnych instytucji, jak chociażby Wojewódzkie Biura Planowania Przestrzennego. Likwidacja Centrum (a nie jego reforma) to kolejny dowód na "kolonizację" kraju. Bo po co mamy sami czymkolwiek zarządzać?
Ale po kolei:
1. Irlandzki mit. Obietnica drugiej Irlandii przypomina zapowiedzi budowy drugiej Japonii - jest tak samo niedorzeczna. Irlandia zbudowała swoją potęgę na radykalnym ograniczeniu wydatków budżetowych polegających na uproszczeniu państwa i redukcji administracji. To spowodowało możliwość ograniczenia podatków - czyli stworzenia realniej "przynęty" dla inwestorów. Po wejściu do Unii irlandzki cud przestał tak lśnić. W tej chwili prognozy rozwojowe dla tego kraju wyniosły minus 1.6 PKB. Czyli gospodarka tego kraju będzie się zwijać w tempie w jakim nasza póki co realnie będzie się rozwijać. Jednak rozwój naszego kraju to przede wszystkim eksport siły roboczej. Więc nie ma czego porównywać. Na szczęście Irlandczycy, naród stary, bitny i niedający sobie wcisnąć kitu odrzucił Traktat Lizboński za co powinniśmy być im historycznie wdzięczni.
2. Emigranci będą wracać. I wracają bo w wyniku kryzysu kurczy się rynek pracy. Cud się dzieje, bo lepsza swojska bieda niż na obczyźnie. Tu także 100% spełnienia obietnic...

Kraj wydaje się być dryfującym statkiem, bez wizji i rozwiązań systemowych. Niestety nie mamy szans na rozwiązanie naszych problemów bez radykalnych ruchów organizacyjnych. Jeśli nie nastąpiły one prze ten rok, znaczy to że już nie nastąpią. Czeka nas trzy lata dryfowania i próby odmalowywania brudnych zagrzybionych ścian w starym domu, gdy jedynym sposobem jest zbicie tynku. Nikt tynku nie zbije, gdy położył pierwszą warstwę podkładówki i będzie się musiał wytłumaczyć ze zmarnowania farby. Poza tym ortodoksyjna i dogmatyczna wiara w uzdrowicielską rolę integracji europejskiej i "kult kargo" doprowadzi nas do prawdziwego kryzysu. Im bliżej wyborów, im sondaże będą coraz bardziej nieubłaganie wskazywać nieuchronność przyszłej klęski wyborczej, tym bardziej będzie rosła frustracja w szeregach rządzących najemników. Stąd może całkowicie chore pomysły w postaci szybkiego wprowadzenia Euro i utraty reszty możliwości samosterowności naszego statku. "Następcy po prostu nie będą już mogli nic. Więc oddając im władzę tak naprawdę im jej nie oddamy." Do całości obrazu dochodzi jeszcze kunktatorska postawa polityków PIS, którzy kupczą sprawą wspólnej waluty, tak jak czynili wcześniej z Traktatem Lizbońskim. Na szczęście bracia Irlandczycy odrzucili ta "prawną podstawę powstania Europejskiej Wszechrzeszy", więc co zrobią bracia Kaczyńscy nie ma - miejmy nadzieję - większego znaczenia. Więc jeśli dojdzie do referendum w spawie Euro (w co szczerze wątpię) spełniłaby się kolejna z przepowiedni Donalda: Mielibyśmy drugą Irlandię, bo Polacy chyba mimo wszystko są „przyzwyczajeni” do swojej waluty, nie lubią jak się w konstytucji ogranicza suwerenność choćby tylko Banku Centralnego, a argumenty ekonomiczne w postaci znikomego poziomu wzrostu gospodarczego w strefie Euro - przekonują (przynajmniej mnie).

"Chcieliście Irlandii?
Macie czeski film!"

piątek, 14 listopada 2008

jestem "porażony" czyli analiza porównawcza

Polecam obejrzenie dwóch filmów promujących miasta starające się o status Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku: Łodzi i Lublina. Ważna jest kolejność. Wystarczy obejrzeć pierwsze dwie minuty obu filmów...

1. http://www.youtube.com/watch?v=ao9cyYeuE-w
2. http://www.youtube.com/watch?v=e4O6QCPWN9M

Are You Experienced?

wtorek, 11 listopada 2008

Muzyka i dyfuzja innowacji czyli o Niepodległej i psiej psychice

Magazyn Rolling Stone w 2003 roku opublikował listę 500 najważniejszych płyt wszech czasów. Parę lat minęło ale nie o aktualność tu chodzi. http://www.rollingstone.com/news/story/5938174/the_rs_500_greatest_albums_of_all_time
Wczoraj znalazłem ten ranking w Internecie i przez jakiś czas bawiłem się jego przeglądaniem. Obok informacji na temat wykonawców, samej płyty i krótkiej recenzji znalazły się także informacje na temat ilości sprzedaży i najwyższego miejsca na liście przebojów. Ideą twórców rankingu było nie tyle pochwalenie się erudycją muzyczną i gustem co zebranie i usystematyzowanie tych płyt, które odcisnęły największe piętno na rozwoju muzyki rozrywkowej. Z pewnością przy tworzeniu rankingu było co nie miara zabawy, wiele kontrowersji (bo jakie tu obiektywne kryteria zastosować) ale jak to mawia Shrek: "jakoś poszło". I tu zaskoczenie.
1. Okazuje się, że wiele z pośród "kamieni milowych" muzyki rozrywkowej nie była w chwili ich powstania przebojami. To, że Miles Dewey Davis III czy John William Coltrane nie osiągnęli silnych pozycji na listach przebojów to pewnie oczywistość, ale Sex Pistoles na 106 pozycji, czy debiutancka płyta Led Zeppelin na 10 miejscu to dla mnie zaskoczenie. Debiutancki Jimi Hendrix czy Layla Derek and the Dominos (na 10), nie były aż tak wielkimi przebojami jak nam się teraz wydaje - to zaskakujące. Z pewnością wtedy jak i teraz listy przebojów okupowały blondyny z wielkimi "oczami", śpiewające piosenki o miłości w stylu "co mi zrobisz jak mnie złapiesz"... Duży wynik sprzedaży niektórych płyt to być może późniejszy okres kiedy zostały powszechnie uznane za "wielkie". Oczywiście to spostrzeżenie nie dotyczy pierwszej dziesiątki, gdzie znajdują się 4 płyty Beatlesów, które były genialne, sprzedały się i okupowały listy... Ale im dalej w las (np. na pozycji 433 znajduje się płyta niejakiego Peter'a Wolf'a, która sprzedała się w nakładzie 35 tys. - czyli jak na Stany się wcale nie sprzedała, ale jest widocznie wybitna)...
2. Wiele LP i artystów z zaprezentowanej listy (choć nie wypada się do tego przyznać) jest mi po prostu nie znana. Oczywiście dochodzi tu kwestia amerykańskiego spojrzenia, specyfiki ich rynku muzycznego (brak Marillion czy Genesis), ale jednak... Pewne w twórczości tychże dziwnie nazywających się, mniej znanych artystów pojawiło się to coś co otworzył drogę innym, a oni sami zajęli się sprzedażą samochodów albo dalej grają w lokalach gastronomicznych. Ta lista to oczywiście czubek góry lodowej, całej konstelacji wzajemnych wpływów i zapożyczeń. Byli z pewnością i tacy jak wielki Robert Johnson (tylko że nie mający tyle szczęścia polegającego na rejestracji nagrań), którzy stali się inspiracją dla całych generacji artystów, a zawsze pozostaną bezimienni i klasyfikowani pod hasłem "muzyka ludowa".
Myślenie wykraczające w muzyce i nie tylko, kreowanie czegoś nowego czy jak kto woli innowacja nie zawsze musi być popularna i od razu znajdować grono zagorzałych zwolenników. To że ktoś wpadł na jakiś genialny muzycznie czy interpretacyjne pomysł nie oznacza wcale, że zrobił na tym pieniądze i sławę. Pewnie zrobili to inni, ale nie byli pionierami więc nie zasłużyli na miejsce na liście. Dla innowatorów chwała przychodzi później albo wcale. Innowator zawsze na początku dostaje w kość, a potem gdy idea lub pomysł się upowszechni - zyskuje prestiż, ale nie zawsze. Partytury Bacha służyły do pakowania mięsa i może to i dobrze, bo gdyby nie przyszedł po mięso klient potrafiący docenić dzieło nikt o Janie Sebastianie mógłby nie słyszeć.

Jest dziś rocznica odzyskania niepodległości. Legiony to była garstka desperatów, którym owa niepodległość się przyśniła, a gdy szli przez kraj walcząc po stronie Austrii w wielu miejscowościach zamykano okiennice. Mniejsza już o to, że po wojnie Związek Legionistów liczył więcej członków niż całe legiony, mniejsza też o to, że inspiracja ich powstania wynikała z zabiegów austriackich werbowników, mniejsza wreszcie kto był czyim agentem (z polityką jest jak z robieniem serdelków). Ale powstała Polska i nikt tego nie może zakwestionować. A to, że akurat 11 listopada, to tak sobie piłsudczycy wymyślili i jest to data bardziej umowna niż realna, bo Polska 11 XI była już niepodległa. Wielu, wielu bezimiennych, zapomnianych chciało tego jednego - Polski - i się udało. To, że teraz ową niepodległą sprzedajemy za czapkę śliwek to już inna kwesta....
Lista Rolling Ston'a to kolejny dowód na to, że warto uparcie dążyć do wyznaczonych sobie celów i nie zaprzątać sobie głowy hordą szczekających psów biegnących za karawaną. Jak karawana dojedzie do oazy, psy nie tylko przestaną szczekać, zaczną się łasić. Taka już ich psia natura.

P.S. Cieszmy się dzisiejszym świętem bo to może już ostatnie chwile naszej formalnej niepodległości, bo realną już utraciliśmy.

czwartek, 6 listopada 2008

Polityka i serdelki

Jeden z najwybitniejszych polityków europejskich wszech czasów (choć z punktu wiedzenia Polaków można się z tym nie zgodzić) Otto von Bismarck miał kiedyś powiedzieć, że są dwie rzeczy jakich przeciętny człowiek nie powinien oglądać: "Jak się robi serdelki i jak się robi politykę".
Jak się robi politykę miałem okazję kilka razy w swym krótkim żywocie obserwować. Czy to znaczy, że powinienem zostać wegetarianinem? Nic z tego! Jestem zdecydowanym mięsożercą (o ile serdelki to mięso).
Metoda polityczna poza kilkoma mało znaczącymi zmianami (politycy już raczej nie trują się wzajemnie i nie podrzynają sobie gardeł) jest wciąż taka sama od kilku tysięcy lat, a jakość serdelków mogła się tylko pogorszyć (chemia, którą się tam pakuje, powoduje, że można je robić z coraz większego świństwa). O dziwo, to samo dotyczy chyba także systemu selekcji kadr do polityki. Obserwując poczynania ostatnich 18 lat rządów w naszym kraju można odnieść wrażenie, że ciągła parada fraków i zmian poszczególnych ekip nie przynosi żadnych jakościowych zmian. To tak jakby cały czas rządziła jedna partia. Tak jakby ktoś zaplanował, że ma być nieudolnie, źle, byle jak, że podatki mają rosnąć razem z długiem publicznym i nowymi etatami w administracji. Państwo zapomniało o przemyśle, energetyce i samowystarczalności żywnościowej - w ogóle zapominało o Państwie. Sytuacja, która jest w tej chwili w Polsce przypomina mi okres rozbiorów, gdy kłócące się frakcje w parlamencie na czele z Królem siedziały w kieszeniach zaborców i nie było dla nich żadnej świętości. Sprzedali w końcu samą niepodległość. Bo po co komu niepodległość? Bądźmy kolonią! Niech priorytetem polityki zagranicznej będzie walka o wizy dla Polaków do USA. Tam ciągle trzeba nowych pokojówek, budowlańców i pomywaczy.
Największym kuriozum ostatnich miesięcy jest rezygnacja ze sztandarowego projektu Platformy - rezygnacji z pozwoleń na budowę. Po prostu urzędnicy udowodnili politykom, że inaczej się nie da. Polska jak i Unia są "przesterowane" i tylko ludzie o czystych sumieniach i sercach są w stanie coś z tym zrobić. W kraju trzeba przede wszystkim wyzwolić ludzką energię, kreatywność i jak najmniej przeszkadzać.
Ale nie popadajmy w skarny pesymizm. Jeszcze będzie przepięknie. Konfucjusz powiedział, że reformę państwa trzeba zacząć od re-definicji pojęć dzięki którym można precyzyjnie i prawdziwie opisać rzeczywistość. Jak mawiał mój przyjaciel z uroczego miasteczka na Roztoczu: "polityka - to rozumne działanie dla wspólnego dobra".

Czym zatem są serdelki i jak je re-definiować?

Prowokacja

Barack zapowiedział, że w USA wprowadzi system bezpłatnych ubezpieczeń zdrowotnych dla wszystkich obywateli. Nasz rząd w ramach solidarności i bratniej pomocy powinien przekazać dla USA w całości na ich rzecz ZUS i NFZ wraz majątkiem, urzędnikami i prawnym dorobkiem.
Niegdyś gdy Saddam Husain w czasie pierwszej wojny irackiej rozpoczął ostrzeliwanie Izraela radzieckimi rakietami, rząd Niemiec w dowód solidarności z narodem izraelskim postanowił przekazać kontener masek gazowych. Istniało poważne zagrożenie iż w rakietach może być broń chemiczna. Kolejnego dnia gazety w Izraelu grzmiały z oburzenia. W jednej z nich na pierwszej stronie widniał nagłówek: "Rachunek za gaz mamy jeszcze nie uregulowany!".
Sądzę, że moja propozycja - gdyby nawet została potraktowana poważnie - przeszła by bez echa. Ale szkolenia dla urzędników amerykańskich w ZUS? Czemu nie?
Niech oni też mają tak dobrze jak my...

środa, 5 listopada 2008

Barack prezydentem

Kiedyś uważano Polskę za najweselszy barak w obozie komunistycznym. Teraz Barack zostaje amerykańskim prezydentem. Będzie wesoło.
Tak naprawdę wybory wygrał kryzys przy olbrzymiej pomocy Prezydenta Busha. Amerykę czekają ciężkie czasy, więc nowy prezydent musi zrobić swoje - a potem może odejść...

sobota, 1 listopada 2008

Piłkarska kadra CZE-KA

Muszę się przyznać, że od dawna nie pałam zbytnim zamiłowaniem do jakichkolwiek sportów, być może z wyjątkiem siatkówki plażowej kobiet i rugby – zwłaszcza w wykonaniu reprezentacji Nowej Zelandii, kiedy to drużyna dla celów dywersyjnych tańczy Hakę – maoryski taniec wojenny (rewelacja!). Jeśli w Polskim społeczeństwie normą jest uwielbienie dla piłki nożnej, ja nie jestem normalny. Nienawidzę piłki nożnej! Czuję odrazę do niej od lat szkolnych, gdzie przymuszano do futbolowej miłości. Jako miłośnik wolności nie lubię być do czegokolwiek i przez kogokolwiek przymuszany. I tak mi już zostało z tą piłką. Gra ta jest po prostu nudna.
Ale na pewno nie można się było nudzić z największego w ostatnich latach wydarzenia piłkarskiego znaczy wyborów prezesa PZPN. Była nawet telewizyjna relacja poprzedzona wojną z rządem zamykaniem kont bankowych i innymi haka'mi. W każdym razie widok sali plenarnej od razu mi przypomniał film „Pół żartem, pół serio” z 1959 roku z chyba z najlepszą rolą Marilyn Monroe. W tymże filmie jednym z wątków jest zorganizowany na Florydzie zjazd mafiozów w różnych miast pod oficjalnym szyldem: „Zjazd miłośników włoskiej opery”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w przypadku zjazdu PZPN nie chodziło wcale o piłkę. Tym bardziej, że spasione buziaczki niektórych działaczy świadczyły najdobitniej, że panowie ci ostatni raz byli na boisku w czasach wczesnego Gierka... Jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. Konkretnie pieniądze za prawa transmisji meczy bo jednak większość lubi piłkę. Analogia z filmem Billego Wilder'a jest oczywista, gdyż działacze piłkarscy to niezła mafia zresztą w sporej części już pozamykana. Mafia piłkarska w Polsce, działająca za pieniądze podatników jest w pewnym sensie niepodległa, bo zawsze może poprosić o pomoc organizację matkę – czyli UEFA.
Jedna kwestia nie jest do końca ścisła. Otóż w filmie na salę gdzie trwają „obrady” wjeżdża tort, w którym siedzi facet z karabinem maszynowym i na znak „rozwala” część „delegatów”. Szkoda, że tortu zabrakło w PZPN...
P.S.
Nowym prezesem został działacz SLD – nawet były poseł tej formacji, więc wszytko pozostanie w rodzinie. PZPN pozostanie nadal Przechowalnią Zasuszonej Partyjnej Nomenklatury. Łapówki za mecze będą krążyć jak dawnej. A to, że nie ma to z piłką nic wspólnego? Kogo to obchodzi?

piątek, 31 października 2008

Rozmowa

Trawa dyskusja na temat artykułu z z Rzeczpospolitej "Zapatero po stronie zabójców" (31.X.2008 s. A20)
Pada stwierdzenie:
- W wyniku tego co tu opisano społeczeństwo ulegnie atomizacji.
Ktoś przysłuchujący się z boku dyskusji stwierdza:
- A jaki masz pomysł na rozwiązanie kryzysu energetycznego w Polsce.
Dyskutant odpowiada:
- Trzeba postawić pięć elektrowni atomowych.
- To znaczy, że jesteś za atomem!

Rada "Mędrców"

Przyjęcie Pana Lecha Wałęsy jako członka świeżo powołanej Rady Mędrców wzbudziło zwłaszcza w Polsce wiele kontrowersji. Moim zdaniem były też lepsze kandydatury:
  1. Jozin z Bazin. Wybitny ekspert w dziedzinie ochrony środowiska lobbowałby za całkowitym wprowadzeniem zakazu oprysków lotniczych i stosowania jakichkolwiek środków chemicznych chyba, że dożylnie. Ale to mogłaby być kandydatura bardziej wystawiona przez barci Czechów...
  2. Królik z Kubusia Puchatka. Z uwagi na potencjalną jego płodność mógłby się stać głównym ekspertem w dziedzinie polityki prenatalnej. Jego olbrzymie doświadczenie w tej kwestii jak też posiadanie wielu przyjaciół i znajomych zaowocowałoby skutecznym lobbingiem na rzecz środowisk zoofilskich i ich prawa do małżeństw z pupilami.
  3. Pan Kononowicz. Były kandydat na prezydenta Białegostoku byłby koniem trojańskim w Radzie Mędrców. Postulowałby na rzecz secesji Podlasia z UE oraz wsparłby wprowadzenie zakazu ślinotoku u członków rady. Jego hasło wyborcze: "nie będzie niczego" wyrażałoby chęci reformatorskie w instytucjach unijnych i może w konsekwencji doprowadziłoby do zmiany samej Unii i powrotu do korzeni.
A teraz na poważnie. Sam pomysł Rady wskazuje na brak pomysłu na samą ideę integracji. Utwierdza mnie także w przekonaniu jak dalece biurokratyczna pajęczyna odseparowała się od rzeczywistości i wypaczyła pierwotne ideały wspólnoty. Sama idea miała polegać na podniesieniu konkurencyjności gospodarczej Europy a nie tworzenia struktur państwowych. Więc może jednak Kononowicz?

czwartek, 30 października 2008

Pan Stanisław i spiskowa teoria czyli linki

Mistrz Stanisław Michalkiewicz rozłożył mnie na obie łopatki swoimi dwoma ostatnimi felietonami. Pierwszy dotyczy trafnej diagnozy sytuacji na rynkach finansowych, drugi pewnej wysoce prawdopodobnej socjotechnicznej grze, która dokonuje się w tej chwili naszym kosztem.
1. http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=547
2. http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=546

Co do spiskowej teorii polecam dwa linki dotyczącej pewnej interesującej kwestii historycznej. Refleksje nasuwają się same....
http://pl.wikipedia.org/wiki/Aldo_Moro ważny jest drugi akapit
http://pl.wikipedia.org/wiki/Romano_Prodi tu z kolei przedostatni. I co? Przypadek?

Ach zapomniałem jeszcze o moim odkryciu na wortalu fotograficznym. Alegoria w sam raz na czasy kryzysu. http://plfoto.com/1016410/zdjecie.html Pozdrawiam autora.

wtorek, 28 października 2008

Uległem

Uległem. W wyniku silnego lobby domowników obiecałem moim dzieciom zakup jakiejś telewizyjnej platformy cyfrowej. Będą mogli oglądać w nieskończoność otumaniające bajki i programy przyrodnicze. Dla Młodego Starszego – nieugiętego fana dinozaurów i całej fauny i flory, to rzecz fundamentalna. Dla Młodego Młodszego to będzie kolejne pole inspiracji w rodzaju: „Jak skonstruować statek kosmiczny przy zastosowaniu naczyń kuchennych”.
Ja też mam w tym interes. Może będzie chwila ukojenia gdy zajmą się oglądaniem telewizji. Wszystko jest dla ludzi pod warunkiem umiaru.
Co by nie było tak łatwo, postawiłem warunek. Młody Młodszy musi przestać sikać w nocy w pieluchy. Moczenie nocne to typowa przypadłość tego wieku, lecz pora skończyć z tym procederem. Tym bardziej, że jego podstawą jest lenistwo i strach przed ciemnościami a nie pojemność pęcherza. Gdy to nastąpi ewentualne oszczędności finansowe pozwolą na opłacenie rachunków za telewizję. Młody się przejął i postanowił skończyć z tym dziecinnym procederem i wyrobić sobie wytrzymałość pęcherza. Koniec z piciem mleka przed spaniem, obowiązkowe siusiu itd. Rano jednak pielucha jest nadal mokra. Biedy przeżywa katusze tym bardziej, że presja ze strony brata jest coraz bardziej dotkliwa. Tak więc linia frontu odnośnie zakupienia telewizji przesunęła się ze mnie i reszty rodziny na konflikt wewnętrzny, a ja tylko czekam rano na suche pieluchy. Ostatnio Młody Młodszy posunął się do tego, że udowadniał mi, iż świeżo zasikania pielucha nie jest zasikana. Wróżę mu karierę polityczną lub sprzedawcy samochodów.

wtorek, 21 października 2008

Kult cargo

Gdy w czasie wojny na Pacyfiku Amerykańskie samoloty dostarczały zaopatrzenie dla wojska tworząc z dnia na dzień lotniska na zamieszkałych przez tubylcza ludność wysepkach, zaobserwowano nasilenie się bardzo ciekawego, a obserwowanego już wcześniej zjawiska. Otóż miejscowa ludność obserwując co robią wojskowi zaczęła także budować lotniska i samoloty oczekując na przylot z nieba olbrzymich ptaków z jedzeniem w środku. Ich logika była następująca: biali są tylko pośrednikami między bogami, dostają od bogów hojne dary, my musimy robić dokładnie to samo. Naturalną cechą ludzkości jest zainteresowanie rzeczami niecodziennymi tak jak w tym przypadku ptaki od bogów z darami. Tubylcy myśleli dalej: Biali nie są wcale lepsi od nas, my też możemy wyjednać od bogów nagrody. Czasami wyjednywali. Podobno dochodziło do przypadków, gdy zdezorientowani piloci lądowali na lipnych lotniska rozbijając maszyny. Powstała nowa religia, zakładająca również ideologię równości i braterstwa.
Swoisty kult cargo można zaobserwować także we współczesnej Polsce. Od dłuższego już czasu cała grupa „misjonarzy” wieści jakie to korzyści spotkają i będą spotykać Polskę w związku z członkostwem w Unii Europejskiej. Jaki to „deszcz euro” spadnie na nasze głowy. Zapomniano dodać, że przywilej skorzystania ze środków spotka nielicznych, że pozyskanie środków obarczone jest znacznym ryzykiem i formalnym i barierami oraz, że gdy komuś coś w nie wyjdzie pieniądze trzeba będzie oddać. Ale to przecież tylko szczegóły. W końcu zapomniano o rzeczy kluczowej, że to nie są pieniądze unijne lecz mega pożyczka z Baku Gospodarstwa Krajowego, która dopiero będzie refundowana przez komisję Europejską, oraz – co najważniejsze, że pieniądze te nie biorą się z nieba lecz z podatków i składek na które „zrzucają się” wszyscy obywatele Unii. W entuzjastycznym zapędzie zapomniano, że pieniądze są na rozwój – społeczny i gospodarczy. Misjonarze mówią: są pieniądze, bierzmy jak najwięcej. Zdrowy rozsądek nakazuje inwestować w dziedziny, które przynosi w przyszłości korzyści społeczeństwu i gospodarce. Jak zasiane ziarno w nadziej, że zbierzemy plon kilkadziesiąt razy większy.
Kiedyś jedne mądry człowiek z Wysp Brytyjskich powiedział mi, że pieniądze unijne nie są po to aby rozwinąć gospodarkę. Są po to, aby chłop z pod Lublina nie musiał jeździć do Niemiec pracować na czarno. Rolą funduszy unijnych jest wyrównanie rozwojowych dysproporcji tak aby zniwelować ewentualne konflikty społeczne. Teraz widzę jak trafna była jego diagnoza.
Kult cargo za chwilę się skończy. I co dalej? Z pewnością „misjonarze” znajdą kolejnego bożka.

Prosta analiza czyli kolonializm?

Rzeczpospolita (s.B5) opublikowała dziś listę niewiększych inwestorów zagranicznych w Polsce razem z ich wartością. Artykuł dotyczy bardziej kondycji tego typu przedsiębiorstw po „kryzysie zaufania” lecz można z niego wyczytać inne bardzo interesujące informacje. Dotyczą one samych firm i wielkości ich inwestycji.

Po kolei:
1. France Telekom (głównie udziały w TP S.A.) – 54,9 mld euro
2. Metro (Makro Cash & Carry, Real, Media Markt, Saturn, Galeria Kaufhof) - 9,4 mld euro
3. Fiat - przemysł samochodowy – 7,8 mld euro
4. Jeronimo Martins (Biedronka) – 3,0 mld euro
5. British Pertolium (stacje benzynowe) - 113 mld euro
6. Volkswagen – przemysł samochodowy – 83,3 mld euro
7. Tesco – handel detaliczny – 34,2 mld euro
8. Deutche Telekom – rynek telekomunikacyjny – 51,2 mld euro
9. Cerrefour – sieć handlowa – 20,1 mld euro
10. UniCredit – usługi bankowe, kredyty – 30,9 mld euro

Moje wnioski:
1. Powyższa prosta analiza wskazuje na kolonialne cechy naszej gospodarki. Na dziesięć pięć tego typu duże inwestycje mają charakter dystrybucyjno – handlowy, pozostałe cztery nastawione są na działalność lokalnego rynku konsumenckiego (samochody, kredyty, usługi telekomunikacyjne). Oczywiście nie zamierzam rozdzierać szat nad oczywistym błędem jakim była forma prywatyzacji TP poprzez jej sprzedaż w całości. W przypadku 4 podmiotów mamy odczynienia z handlem hurtowym i detalicznym, który jest kluczem do dystrybucji nie rodzimych produktów na lokalnym rynku i stanowią poważne zagrożenie dla lokalnej działalności produkcyjnej.
2. Efekt ten po części jest niwelowany przez wysokie i ciągle rosnące realne koszty transportu. Jednak wzrost sprzedaży konsumpcyjnej jest „nakręcany” przez realny wzrost wynagrodzeń spowodowany odpływem siły roboczej jak też „prywatnymi inwestycjami” osób pracujących na zachodzie europy. Wpływa to na ciągłe kłopoty rodzimych producentów na lokalnym rynku dystrybucji.
3. Po bliższym przyjrzeniu się tym firmom rysuje się bardzo ponury obraz naszej gospodarki. Brakuje „prawdziwych” inwestorów zainteresowanych rozwojem lokalnej kooperacji lub eksportem wytworzonych dóbr.
4. Jakikolwiek rozwój gospodarczy jest generowany przez małe przedsiębiorstwa. Rozwój gospodarczy kraju i regionu powinien być oparty o ich konsolidację i tworzenie lokalnych marek. Potrzebna jest też jasna i prosta polityka wsparcia eksportu, polegająca na odtworzeniu prężnie działających organizacji okołobizesowych usytuowanych w innych krajach. Przywrócenie czegoś co zostało w 1990 roku zniszczone – czyli Centrali Handlu Zagranicznego staje się potrzebą chwili. Oczywiście przywrócenie na nowych zasadach i broń boże przez administrację. Tego typu instytucji przy wsparciu finansowym państwa powinny być czym w rodzaju struktury klastrowej i być w pełni kontrolowane przez przedsiębiorstwa zainteresowane tworzeniem sieci dystrybucji produktów na rynkach zewnętrznych. Trzeba działać szybko i rozważnie, gdyż ewentualne dotowanie tego typu działalności w prosty sposób przez państwo może być uznane przez Unię za politykę niezgodną z zasadami pomocy publicznej. Dlatego im więcej tego typu oddolnych inicjatyw tym lepiej.
5. Znalezienie się w pierwszej dziesiątce inwestorów firmy dystrybucyjnej Jeromo Martins z 3 mld euro inwestycji sugeruje, wszyscy pozostali inwestorzy są to „drobnica” inwestująca poniżej owych 3 mld euro. Świadczy to generalnie o miernocie naszej gospodarki jak również braku atrakcyjność Polski jako kraju docelowego dla inwestycji przemysłowych. Inwestycje zagraniczne to nie samo zło pod warunkiem, że dochody z tego typu działalności są inwestowanie w kraju a nie z niego wyłożone i że nie dotyczą one konsumpcyjnego charakteru działalności. Polska winna nastawić się na przyciąganie firm z sektora MŚP z zagranicznym kapitałem lub tego typu kapitału. W wyniku takiej polityki powstaną więzi lokalne o charakterze gospodarczym, czy wręcz „asymilacja” małych przedsiębiorstw i ich właścicieli w lokalnych gospodarkach.
6. W samym artykule znajduje się informacja, ż kryzys dość łagodnie obchodzi się z inwestorami. A jak ma obchodzić się nie łagodnie skoro wszyscy robimy codziennie zakupy, jeździmy samochodami, które zużywają paliwo i dzwonimy przez telefony?


Jak mu to powiedzeć?

Przyznaję się bez bicia. Myliłem się. Kiszarnia istnieje. Zamiast opowiadać dziecku głupoty wystarczyło się zagooglać.
Jest kiszarnia żurku - miejsce gdzie powstaje żur. Młody miał rację.
Czeka mnie teraz przyznanie się do winy i konieczność poznania technologii produkcji żuru. Na szczęście Młody nie lubi zup.

sobota, 18 października 2008

Oby nie

Jedziemy samochodem. A właściwie stoimy w korku. Obok krząta się grupa mężczyzn z łopatami grabiami i innym sprzętem. Trwają ostatnie prace przy budowie nowej drogi. Ktoś sobie przypomniał, że postawiona obok krawężnika latarnia nie ma zasilania i trzeba było w świeżo zasianym trawniku wykopać rów, aby położyć przewód. Zajęła się tym cała ekipa mężczyzn w pomarańczowych gustownych kamizelkach z jakimś napisem na plecach. Znaczy dwóch kopało reszta stała. Z grupy stojących wyróżniał się najstarszy - opaty o łopatę. Od razu widać, że szef. Pokazywał coś paluszkiem. Jednym słowem praca aż wre.
Młody Starszy obserwował przewijającą się po woli przed jego oczami panoramę z frontem robót.
- Jak dorosnę to też zostanę paleontologiem - powiedział.
Oby nie.

piątek, 17 października 2008

Kiszarnia

Młody starszy zapytał:
- Tata co to jest kiszarnia?
Ni cholery nie wiedziałem. Zaczęły mi przychodzić do głowy różne skojarzenia. Ponieważ większość z nich była raczej nieprzyzwoita, i na pewno wykraczała poza zasób pojęciowy siedmiolatka, poszedłem na łatwiznę.
- Synu nie ma czegoś takiego.
- Jest - odpowiedział
- „O kurde – pomyślałem – może starsze chłopaki w szkole... Nie idę w zaparte”
- A co robi ta kiszarnia? – spytałem podstępnie
- No przecież ja pytam – doprał.
- Dzieci są od zadawania pytań, no nie? - miał rację.
- Nie ma czegoś takiego, albo ja jestem głupi. - Natychmiast pożałowałem tych słów, bo wiedziałem, że zaraz obrócą się przeciwko mnie.
- Jest – stwierdził przez co potwierdził pośrednio postawioną przeze nie tezę o brakującej klepce.
- Nie ma! - broniłem już nie tylko prawdy, ale i resztek swojej godności.
- Jest, na pewno jest! Tylko nie u nas ale.... w Nowym Jorku.
Grając na remis oświadczyłem, że tego nie wie on ani ja. Wie za to na pewno bywały w świecie Wujek Grzesiek – w końcu Nowojorczyk. Zgodził się, że najlepiej jest zapytać właśnie jego. Rozejm. Na drugi dzień zapytałem Wujka Grześka o kiszarnię. Ten oświadczył, że o kiszarni w Nowym Jorku nie słyszał. Ale w Nowym Jarku jest wszystko, więc kiszarnia na pewno też jest. Młody triumfował, a ja zachowałem na pocieszenie resztki rodzicielskiej godności.
Matko, co z niego wyrośnie?

Radiowa logika i surrealizm

Jadąc dzisiaj samochodem usłyszałem, jak dziennikarz w radiu powiedział, że audycja będzie nadawana z trzech kontynentów jednocześnie w tym z Izraela. Rozumiem ciągoty syjonistów do umocnienia państwa żydowskiego, ale żeby od razu kontynent...
Jakiś rok temu – w tej samej stacji usłyszałem relację z lotu w kosmos załogi amerykańskiego wahadłowca. Redaktor powiedział: "Załoga statku składa się z sześciu osób: dwóch kobiet, trzech mężczyzn i jednego Niemca." Jak ten szósty byłby gejem to jeszcze klasyfikacja trzyma się kupy. Ale Niemiec, to chyba facet. No chyba że nie.
Nie wiedzieć czemu, przypomniało mi to anegdotę, w której jeden ze znanych polityków na spotkaniu polsko – niemieckich delegacji postanowił rozluźnić atmosferę opowiadając dowcip: „Przychodzi baba do lekarza i krzyczy: „Heil Hitler”. Lekarz na to: „Proszę Pani wojna skończyła się 50 lat temu”. Na co kobieta: „Ale ja poznałam Pana Doktorze Mengele””. Oczywiście łatwo się domyśleć, że ze strony niemieckiej nikt specjalnie się nie zaśmiał.
Mogło być za to wesoło w Brukseli jak Kaczor razem z Donaldem polecieli na szczyt eurosojuzu. Szczytem wszystkiego byłoby jakby się spierali o krzesło. Od razu przyszło mi do głowy, że jakiś nasz sprytny dyplomata chcąc zachować odrobinę szacunku dla kraju, a może i samego siebie opisałby sytuację innym dyplomatom jako starą ludową zabawę – gdzie krzeseł jest o jedno za mało. A kto nie siądzie ten odpada.
Izraelski kontynent, Niemiec – na gapę w promie kosmicznym, lustracja służby zdrowia i Kaczor Donald. Dość już surrealizmu na dzisiaj. Idę spać.

wtorek, 14 października 2008

kryzys finansowy dotarł do Polski


Jak widać nie tylko pieniądze znikają ze światowego systemu finansowego. A mówili, że "nasze" banki są na kryzys odporne. Faktem jest, że dziura jest. A wystarczy kawałek tektury, pędzel, farba...

czwartek, 9 października 2008

Gazeta Wyborcza przeszła samą siebie

W telewizji widziałem właśnie reklamę „Gazety Wyborczej”. Od jutra do Gazety dokładają pierwszy z kolekcji noży kuchennych. Co za idiota wpadł na tak kretyński pomysł!
Może to element celowej polityki? Moja wyobraźnia od razu podpowiada mi co przeciętny czytelnik Gazety zrobi z tym „prezentem”:
Część uzna, że jest nóż do cięcia papieru i od razu wypróbuje na świeżo nabytej makulaturze. Inni – ci przezywający bóle egzystencjalne i interesujący się kulturą wschodu potraktują to jako wezwanie swojego guru i natychmiast pod kioskiem popełnią rytualne sepuku. Jeszcze inni podejdą do kiosku, powiedzą:
„Wyborczą poproszę razem z gadżetem.”
Gdy sprzedawca – poda szmatławca razem z nożem, usłyszy:
„To jest napad!”

Noży jest dużo i co tydzień nowy egzemplarz posiadający różne zastosowanie... Możliwy jest scenariusz, że naśladowcy Kuby Rozpruwacza będą co tydzień kupować nowe „instrumenty” i w rytualny sposób dokonywać morderstw. Jednak to mało prawdopodobne, bo bardzo szybko się połapią, że noże z Wyborczej to badziewie.
Ale jeśli gadżet odniesie skutek, i tego typu polityka będzie kontynuowana, zaroi się od nowych „upominków”. Pojawi się być może specjalistyczny zestaw wytrychów dla włamywaczy, składana z elementów atrapa bomby zegarowej dla lubiących się od czasu do czasu rozerwać amatorów silnych wrażeń. Potem rewelacja: zestaw „Moja mała plantacja gandzi”. W pierwszym numerze spodek, potem doniczka, nasionko, i nawozik. Do tego publikacja książkowa jak uprawiać i jarać marychę... To że prawo tego zabrania? W długotrwałej strategii korporacji przewidziano by już zmianę stosownej ustawy zakładającej możliwość uprawy miękkich dragów na własny użytek w doniczkach. Zawsze będzie można dopisać „lub konopie” tam gdzie trzeba.

Może przyjść też trend na relikwie. Fragment płotu przez który skakał Wałęsa, kawałek pałki zomowca z marca 68, i dużo innych. W sam raz do domowych ołtarzyków wyznawców Michnika.

To oczywiście fantazje. Ale puki co możemy się pochlastać przy lekturze Gazety.

poniedziałek, 6 października 2008

Cysorz

Cysorz to ma same zbytki:
pije wódkę bez popitki,
lubi dwór i kurtyzany,
i nalewki, i szampany.

Sprawiedliwie on panuje:
mało robi - mało psuje.
w jednym on jest ciągle stały:
strasznie łasy na pochwały.

Lubi on podróże życia,
obietnice bez pokrycia,
gdy coś mu się znów nie uda,
w swych wywodach - czyni cuda.

Ma wszak maga wioskowego,
co wytworzy coś z niczego.
Najmądrzejszy jest na świecie.
O kim wiersz ten? Może wiecie?


Proszę o zamieszczanie odpowiedzi w komentarzach.

Powrót do przeszłości czy projekcja przyszłości?


Powrót do przeszłości czy projekcja przyszłości? W każdym razie coś drgnęło. Nie widziałem takich napisów na murach z 15 lat, a kotwicę zauważyłem po raz pierwszy od tzw. „demokracji”.
Może to nic nie znaczy? A może...
Dla jasności: zdjęcie zrobiłem dzisiaj.

środa, 1 października 2008

Krowa

Poszła krowa do przychodni,
miała nóż w kieszeni spodni.
Wchodzi zaraz do doktora:
„Proszę Pana jestem chora”

„Co dolega Ci łaciata?
Czujesz ból wymion, czy gnata?”
Wtedy krowa nóż wyciąga,
prosto w oczy mu spogląda.

On ma już na włosku życie,
ona trzyma nóż w kopycie.
Gdy podeszła całkiem blisko,
wygłosiła stanowisko:

„Nie wymiona i nie nogi,
tnij mi rogi Ty mój drogi!
Już nie mogę z tą ozdobą,
wszak jam jest rasową krową.

Los mój trudny jest niestety,
jak na żywot mnie – kobiety.
W sklepie, w kinie czy w kościele,
miejsca na nie jest niewiele.

Śmieją ze mnie się dzieciaki,
wiem już czemu – z jakiej paki!
Muszę pozbyć się ich w mik,
bo nie zechce mnie mój byk!”

„Co za pacjent! Co za moda?”
Obciąć rogi - jest mu szkoda.
„Lepiej zerwać jej ten wieniec,
bo jak przyjdzie oblubieniec?”

Lekarz bierze nóż we dłonie,
ostrzy krowie na ogonie.
Gdy ogarnia go euforia,
ciacha z wrzaskiem akcesoria.

Krowa w lustro zerka z bliska,
„Jestem ładna teraz z pyska!
Ile płacę Ci mój Panie?”
„Kubek mleka na śniadanie!”




„Wierszyk” powstał z nudów przy udziale moich chłopaków uczestniczących w procesie twórczym jako scenarzyści. W każdym razie pragnę oświadczyć wszystkim ekoterrorystom, że pomysł z obcinaniem rogów nie jest mój i że w trakcie pisania „wierszyka” nie zginęło ani nie zostało okaleczone żadne zwierzę... Zbieżność z charakterystycznymi w tej chwili dla kobiecej próżności zabiegami chirurgicznymi jest także oczywiście przypadkowa.
Następne nasze głupawe wierszyki już wkrótce... Mam nadzieję, że już bez sadystycznych podtekstów. Ale niestety treść wiersza nie należy do moich kompetencji.

Kanon architektury Lubelszczyzny

Może moje stanowisko będzie odrobinę kontrowersyjne, lecz sądzę, że cos takiego jak Lubelszczyzna poza tworem administracyjnym nie istnieje. Nasz region składa się większych lub mniejszych społeczności lokalnych nie połączonych żadnymi więziami – poza tymi administracyjnymi oczywiście.

Droga to tego aby coś takiego jak Lubelszczyzna stało się naprawdę regionem jest długa i skomplikowana. Najważniejsza rzecz to zbudzenie świadomości regionalnej. Jednym ze sposobów jest poszukiwanie pewnych inspiracji w historii. Stworzenie czegoś takiego jak kanon architektury regionu jest dobrym pomysłem, tym bardziej ważnym że długofalowo może przełożyć się na poprawę wskaźników ekonomicznych.

Lubelszczyzna jest wielokulturowa i ma skomplikowana historię, należy wywołać dyskusje w środowisku architektów zmierzająca do powstania tego rodzaju kanonu. Wzorem i inspiracją do tego może być praca Witkiewicza zakończona stworzeniem stylu zakopiańskiego, który był przez pewien czas traktowany jako styl polski. Kanon architektury Lubelszczyzny musi mieć charakter eklektyczny i odzwierciedlać przeszłość i wielokulturowość w wyniku prac może powstać coś w rodzaju zaleceń dla inwestorów. Po pewnym czasie pojawia się w krajobrazie Lubelszczyzny coś co jest dla niej charakterystyczne wyrasta z jej korzeni i stanowi kolejny powód dla odwiedzenia tego zakątka świata. Oczywiście najważniejszy jest aspekt integrujący. Bo to coś to będzie nasze, będziemy się mogli z tym czymś utożsamić.

Praca ciężka i trudna, ale czy nie warto jej podjąć?

Duduś ma dziewczynę

Ostatnio Chłopaki doły do wniosku iż nasz kanarek jest strasznie samotny i potrzebuje damskiego towarzystwa. Wyprawa na targowisko skutkowała kolejna klatką z żółtym ptaszkiem. Duduś z początku był w szoku, załamał się i nie reagował na zaloty, choć zawsze myślałem że inicjatywa jest po męskiej stronie. Towarzystwo jednak pomogło i chłopak zaczął dbać o siebie. Nie przypomniana już miniaturowego broilera. A ona? No cóż jak to kobieta nieustannie go kokietuje i podjada mu ziarenka.
- Tato, teraz będą jajeczka i małe kanarki?
- Nie synu to nie takie proste, najpierw muszą się polubić i wziąć ślub. To nie dzieje się tak automatycznie.
- A jak?
Na dyskusję o kwiatkach i pszczółkach jest jeszcze za wcześnie. Tym bardziej, że samice są po to aby było miękko. Lepiej ich nie wtajemniczać za wcześnie, bo jeszcze za parę lat zostanę dziadkiem…

poniedziałek, 29 września 2008

Męski szowinizm

Chłopaki siedzą we dwóch i oglądają „Wędrówki z Potworami” serial BBC o życiu przed dinozaurami. Jeden drugiemu tłumaczy co widać na ekranie. Nagle widać wyraźnie jak dwa olbrzymich rozmiarów płazy, których nazwy nie ośmielam się nawet powtórzyć postanawiają zrobić sobie małe płaziątka. Młody Młody (4 lata) pyta Młodego Starego (7 lat):
- Co on robi?
- Wlazł na samicę - odpowiada o trzy lata starszy ekspert
- A dlaczego? - ciągnie tamten
- No jak to dlaczego? Na samicy jest bardziej miękko!
Faktem jest, że dookoła były same skały... Konflikt damsko męski jak widać ma setki milionów lat.

Kryzys czyli jak działają banki

W Ameryce gospodarka na pysk leci na skutek debilizmu w tamtejszych bankach a mi się nawet nie chce o tym pisać. W ogóle nic mi się ostatnio nie chce. Tylko bym spał i spał. Od czasu do czasu się tylko coś człowiekowi we łbie pokołacze ale co z tego jak i tak paluszki odmawiają posłuszeństwa. Z lenistwa oczywiście. A może nie mam nic do powiedzenia?
Ale co tam Ameryka i ich kryzys finansowy. Plan interwencji rządu nie wypalił. Izba reprezentantów go odrzuciła. Swoją drogą to nie do pomyślenia aby w ojczyźnie liberalizmu banki nacjonalizować. Za chwilę ktoś wpadnie na pomysł aby nazwę USA zmienić na ZSRAP: Związek Socjalistycznych Ameryki Północnej. Kryzys i tak jak ta lala, ludziom się we łbach poprzewracało od tego dobrobytu. Oj będzie bolało, bo musi boleć. A mówiła mama, że lepiej coś sobie odmówić niż kredyt brać?
Ale ja się nie dziwię. Po moich ostatnich niesamowitych perypetiach z bankiem to aż dziw, że walnęło dopiero teraz i to w Stanach. Globalna gospodarka jest jak kostki domina i może to ja jak Franek Dolas rozpętałem tę wojnę?
Ale po kolei. Dwa miesiące temu moje kierownictwo uznało, że muszę pilnie jechać do Krakowa w delegację. Sprawa była prestiżowa, decyzja w ostatniej chwili a transportu nie uświadczysz. Więc podjęto decyzję: Jedz prywatnym samochodem. No dobra, musiałem przełamać jakoś swą wrodzoną niechęć do podróżowania, która w połączeniu z mym totalnym brakiem ostentacji w przestrzeni mogła przyczynić się do jakiegoś nieszczęścia. A nic służba nie drużba. Po powrocie z rozliczyłem delegację co nie jest proste ani szybkie o nie. W każdym razie parę groszy na przysłowiowy kieliszek chleba miało przyjść na konto i nie przychodziło. Zacząłem badać sprawę. Koleżanki od delegacji bijąc się w piersi twierdziły, że przelały. No jak tu niewiastom nie wierzyć, ale na koncie jak nic nie było tak ni ma. W końcu okazało się, że pieniądze z mojej delegacji zostały przelane na nieistniejące od czterech lat konto w istniejącym jeszcze banku. Obłęd! Umowa została rozwiązania 4 lata wcześniej, a bank mimo to pieniądze przyjmował nie informując mnie o tym.
Poleje się krew! Idę do banku.
Podejście pierwsze
Podchodzę do okienka tłumaczę jak a sprawa. Z drugiej strony konsternacja i głębokie oddechy i wcale nie dlatego, że jestem przystojny. Pokazuję przelewy. Gdzie moje pieniądze? - pytam. Porozumiewawcza wymiana spojrzeń między kobietami za ladą. Nagle ulga: Pan otwierał rachunek nie w naszym oddziale. No fakt. Odetchnęły w ulgą. Ale i tak było warto. Dowiedziałem się, że kasa nie zginęła.
Podejście drugie Idę za ciosem.
Trafiam do właściwego oddziału. Pani po zapoznaniu się ze sprawą informuje mnie, że to nie ich wina (a wcale nie pytałem kto jest winien), że jak się likwiduje konto to trzeba przestać podawać stary numer. Odpowiedziałem, że ludzie czasami się przeprowadzają i zdarza się, że korespondencja trafia na stary adres i że nie jest raczej używana jako papier toaletowy lecz trafia do adresata. Kobieta była inteligentna argument trafił. Jednak próbowała dalej się bronić, a jak wiadomo najlepszą obroną jest atak, więc atakowała.
- A to co był Pan za granicą, że nie wiedział pan, że brakuje panu pieniędzy? Chciałem zapytać ja o jej ewentualne SBckie korzenie bo tego typu podejście charakteryzowało kiedyś tylko wybitnych przodowników pracy operacyjnej i być może to rodzinna tradycja, ale dałem spokój. Z wymuszonym uśmiechem zapytałem tylko grzecznie: A co to Panią obchodzi? Była naprawdę inteligentna, bo argument też trafił. Jednak nie spoczęła. Stwierdziła, że konto winno być zamknięte. Ale były na nim pieniądze, więc nie mogli go zlikwidować, dlatego nie trafiały z powrotem do adresata. Czyli, że można być trochę w ciąży - odparłem. Nastąpiły potem filozoficzne dywagacje z których zrozumiałem, że Między likwidacją a nie likwidacją konta jest tajemny stan przejściowy, w którym znalazło się moje konto. Nie kupiłem tego i przystąpiłem do kontr ataku.
- Czyje są pieniądze na istniejącym - nie istniejącym koncie? - zapytałem
- Oczywiście Pana - odparła spryciula. Więc po pierwsze żądam wypłaty, po drugie może wszystko byłoby o.k. ale jeśli kasa jest moja to mam prawo wiedzieć, że w ogóle jest. Jest coś takiego jak poczta i telefony... Po czym nadmieniłem, coś o podejrzeniu popełnienia przestępstwa wyłudzenia i że jest w Komedzie Wojewódzkiej Policji taki wydział do walki z przestępczością gospodarczą. Po tych słowach sprawy nabrały gwałtownego przyspieszania a stosunek Pań (już Pań, jakoś międzyczasie się rozmnożyły i nawet szepcząc do ucha „prowajderce” pośrednio uczestniczyły w dyskusji) za pulpitem w stosunku do mojej osoby zmienił się radykalnie. Szybkie telefony, faksik nie wiadomo gdzie, dowcipy w rodzaju: że uzbierała się okrągła sumka i że jak bym składał do skarpety to nigdy bym tyle nie uciułał...... Po czym w mgnieniu oka dostałem kwit do kasy i czym prędzej opuściłem placówkę z przyrzeczeniem, że nigdy tam jż nie wrócę.
Okazało się, że dostałem od byłego, byłego szefa jakąś nagrodę – nawet nie wiem za co. Jednak nie był takim draniem za jakiego go miałem. Dowiedziałem się też, że ego rodzaju działania banków to normalka. Na takich klientów jak ja mówi się podobno "martwe dusze". No i jak to miało nie walnąć. Oczywiście, że kryzys finansowy to przeminie to przesada, ale jeśli takich jak jak przemnożyć razy milion? Jedno jest pewne: macie tam niezły burdel siostry. Jak tak jest na całym świcie to potwór globalizmu nie jest taki straszny jak go malują.
Kryzys będzie i będzie boleć, ale co tam. Biedni i tak będą biedni, a bogaci może trochę zbiednieją. Prawie dwadzieścia lat temu jeden mądrala opowiadał brednie o końcu historii. Jak historia ma się skończyć to ludzie przestali by blogować. Życie stawia przed nami wile niespodzianek.

czwartek, 11 września 2008

Głupawka

Kilka miesięcy temu spotkałem znajomego sfrustrowanego, byłego speca od kultury. Zaczął narzekać na politykę kadrową w tej dziedzinie:
- Popatrz Pan co za draństwo! Szefem biblioteki publicznej zrobili etymologa! Co facet od motyli może wiedzieć o zarządzaniu biblioteką?

Złapała mnie głupawka. Facet nie poznaje mnie już na ulicy... Należy pracować nad swoimi odruchami.

piątek, 29 sierpnia 2008

Korupcja

Dziś odbyło się przedstawienie pod nazwą "poranne wstawanie". Uparł się i już. O kapitulacji czy warunkach pokoju nawet nie było mowy! Powiedział, że nie pojedzie do żadnej babci, chce spać i rzucił jeszcze kilka słów najprawdopodobniej w jakimś zapomnianym, starosłowiańskim dialekcie, które zabrzmiały jak zaklęcia. Aż dreszcze przeszły. Nie poddałem się i negocjuję dalej. Skończyło się na groźbie "wygilania". Odpowiedzią był wrzask i łzy - oczywiście aktorskie...
Przyszła mama. Powiedziała co bym się odsunął i nie przeszkadzał, bo ona musi mu coś na ucho powiedzieć. Ten natychmiast przestał wyć. Mama szepnęła coś do ucha.
- Prawdziwy!? - zapytał.
I już wiadomo było, że korupcyjna propozycja poskutkowała. Przestał płakać, wstał natychmiast i nawet prawie sam się ubrał... Ciekawe tylko co to ma być i ile będzie kosztować.
Milczą solidarnie oboje...

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Demokracja w Kościele?

Dzisiaj dotarła do mnie medialna wieść, że ktoś rozważa możliwość wprowadzenia w Kościele Katolickim kadencyjności proboszczów w parafiach. Co za kretynizm. W dobrze zorganizowanej hierarchicznej i monarchistycznej strukturze Kościoła, ktoś wpadł na pomysł, aby ją oddolnie zdemokratyzować. Demokracja i monarchia to dwa światy i nie ma większego powodu aby te porządki mieszać. Coś co nazywamy monarchią konstytucyjną to nic innego jak system demokratyczny zachowujący pozory i autorytet monarchistycznej przeszłości. W Polsce też nie wyszło, choć przez wiele lat działano nieźle – wolna elekcja. Choć może ten pomysł jest najbliższy ideałowi?

A wracając do kadencyjności proboszczów. Pomysł chory z założenia. Proboszcz w parafii jest liderem wspólnoty parafialnej, lepszym, gorszym, ale jest przede wszystkim członkiem tej wspólnoty. Wprowadzenie kadencyjności powoduje, że jest on urzędnikiem przywieziony w teczce. Wtedy troska o wiernych i parafię sprowadza się do administrowania, stosowania procedur. Innymi słowy ograniczona jest aktywność. A to niebezpieczne.

Przyszedł mi w tej chwili na myśl genialny Franciszek Pieczka w "Konopielce" Leszczyńskiego, gdy opowiadał o Bogu i diable. „A diabeł to by tylko poprawiał, udoskonalał”… http://filmpolski.pl/fp/index.php/1673_6

niedziela, 24 sierpnia 2008

Wreszcie o pomnikach i nie tylko


Będzie to post z pomnikami w tle. W końcu tytuł bloga do czegoś zobowiązuje. Ale na poważnie

Jechałem samochodem i w radiowych wiadomościach usłyszałem, że jacyś faszyści czy neofaszyści zdewastowali pomnik ofiar Holocaustu w Berlinie, malując na nim swastyki. Pomijam kwestie, że w Niemczech nie było faszystów lecz narodowi socjaliści, ruch pokrewny do włoskiego faszyzmu i że autorowi newsa chodziło może bardziej o nazistów. Dowiedziałem się także, że w Berlinie działa ok. 2 tys. aktywistów skrajnie prawicowych ugrupowań. Kolejny szok. Zawsze myślałem, że narodowy socjalizm to ruch lewicowy, socjalistyczny jak sama nazwa wskazuje. No dobra jak mówią menele: "Postawisz wino będzie twoja racja". Ale gdy usłyszałem dalszy ciąg wiadomości to odruchowo sprawdziłem czy dzisiaj nie prima aprilis, bo powiało surrealizmem. Otóż spiker w radiu stwierdził, że to kolejny wybryk, bo tydzień wcześniej w podobny sposób zdewastowano pobliski pomnik homoseksualnych ofiar nazizmu... O kurde! Myślę sobie. A jak to nie żart? Siadam do komputera i co widzę? To prawda!

Jakoś umknął mi fakt postawienia tego monumentu, jak też i kwestia jego niedawnej dewastacji. Pomijam fakt terroru hitlerowców i ofiar, które wymagają oczywistego upamiętnienia. Ale ludzie ci byli, artystami, lekarzami, żołnierzami, których system ścigał równie mocno i okrutnie, bo był systemem zbrodniczym. Oczywiście ktoś powie, że oni ginęli tylko i wyłącznie za swoje skłonności. A ilu Polaków zginęło tylko za to, że byli Polakami? A Żydzi upamiętnieni tuż obok ginęli na ogół tylko dla tego, że byli Żydami. I tu dochodzimy do sedna sprawy... Dla mnie sposób w jaki ktoś rozładowuje swój popęd seksualny to jego prywatna sprawa, o ile robi to w zaciszu domowego ogniska, ale zastanawia mnie co innego. Zawsze miałem homoseksualistów za kategorie społeczną, czyli zbiorowość posiadającą jakąś określoną cechę, nie jest to na pewno grupa społeczna. http://pl.wikipedia.org/wiki/Kategoria_spo%C5%82eczna

Kategoria społeczna to np. grupy zawodowe, osoby noszące okulary, albo osoby leworęczne. . A tu nagle okazuje się że ta kategoria społeczna stawia pomnik upamiętniający ofiary. Wyobraźmy sobie inne monumenty;
- prostytutek nie dających zomowcom w stanie wojennym,
- rudych zmuszanych do noszenia czapek w zimie przez autorytarne babcie,
- leworęcznych zmuszanych do pisania prawą ręką.
To przecież ABSURD!

Cel „upamiętnienia” jest gdzie indziej. Homoseksualiści weszli na długą i skomplikowaną drogę przestania być kategorią społeczną. Proces ten można porównać do procesów narodowotwórczych, czy klasotwórczych. Musi być wspólna historia, mity, etos, oraz silne poczucie więzi - wtedy możemy mówić już o strukturze, która może być alternatywą dla tradycyjnie istniejących klas i narodów. Partia polityczna robotnicza, czy chłopska nikogo nie dziwi (jeszcze), ale opisywany proces doprowadzi do tego, że za kilkadziesiąt lat obudowane mitami i wspólnym integrującym dziedzictwem historycznym grupy homoseksualistów założą własne partie polityczne, które będą mogły walczyć o prawa dla „prześladowanych”. Homoseksualiści uzyskają pełne prawa i całkowitą akceptację społeczną, choć nie zakładają rodzin, których głównym celem jest prokreacja. Choć przez tego typu postawy doprowadza się do powolnego wymierania społeczeństw zachodnich, ale kogo to obchodzi. Po nas choćby potop! Nie chodzi o samych Homo, chodzi o radykalną zmianę dotychczasowego porządku publicznego i jego atomizację. Wtedy powstanie społeczeństwo jeszcze bardziej „idealnych konsumentów”, którym można bez problemu odebrać np. plastikowe torebki w sklepach wmawiając, że to ekologia, a oni będą jeszcze bardziej szczęśliwi. W zatomizowanym społeczeństwie bez silnych np. społeczności lokalnych i rodzin jedynym „ośrodkiem” opiniotwórczym są media, a one i tak robią ludziom wodę z mózgów jak chcą.

Jakiś czas temu środowiska tzw. „gejowskie” postanowiły zorganizować tzw. Paradę Miłości, a LPR - Paradę Normalności. Pewnie, trzeba się kochać i trzeba być normalnym. Czekałem jak ktoś wpadnie na pomysł zorganizowania Parady Dzieci Wiejskich, które są chyba najbardziej skrzywdzoną kategorią społeczną w naszym kraju (bieda, brak perspektyw, patologie, itp). Nie doczekałem się.

piątek, 22 sierpnia 2008

Teoria czyli o cyklicznym końcu świata

Ludzie od zawsze mieli skłonności do mnożenia swoich wpływów władzy i majątku. Dowodem na to jest pojawiająca się co jakiś czas próba nawet lokalnego watażki stania się panem świata. Bonaparte, Hitler, Stalin, wcześniej Lenin, Polpot. Cała banda królów, cesarzy i zwykłych łotrów. Wszyscy chcieli władzy nad światem. Najlepszą obroną jest atak, więc ktoś kto obawia się o swoją pozycje jako lokalny władca, musi ciągle rozbudowywać swe królestwo. Zastanawiający jest fakt, że zwykle te wszystkie te misternie budowane układy i koterie władzy pękają jak bańki mydlane. Dwory nawet bardzo lokalnych i nic nieznaczących włodarzy wybieranych demokratyczne, sądzą być może dla poprawy swego psychicznego samopoczucia, że sytuacja panowania władcy nigdy się nie skończy. A tu pach i skończyła się kadencja, albo odwołali Pana... Część dworu zawsze będzie gorliwie służyć następnemu władcy, część wpadnie w niełaskę. Nieliczni są tylko, ci którzy mają jakąś ideę, jakieś cele, a udział w w zabawie traktują jako służbę.
Podobnie jest w globalizacyjnym się biznesie. Firmy są przejmowane przez inne. Różni inwestorzy posiadają akcje przedsiębiorstw często ze sobą konkurujących, co powoduje, że tak zwana gospodarka wolnorynkowa staje się tylko szyldem. Coraz więcej kapitału na świecie należy do coraz mniejszej liczby osób lub rodzin. Analogia do polityki i chęci władzy jest oczywista.
O ile potęgi polityczne pękają jak bańki mydlane z przyczyn zupełnie niezależnych, o tyle podobna sytuacja może spotkać potęgi finansowe. Nie dokona się to poprzez rewolucję lub przewrót. Przyczyną może być na przykład urealnienie gospodarki wywołane kryzysem. Urealnienie? Tak! Współczesna gospodarka to gospodarka wirtualna. Pieniądze, które mamy na kontach bankowych to tylko impulsy elektroniczne nie mające realnego pokrycia w czymkolwiek. Przez długi czas gospodarka światowa oparta była na złocie, potem wymyślono, że ta realność nie jest potrzebna, więc zaczęto produkować sztuczne pieniądze. Jeszcze chwila i wszytko runie jak olbrzymie potęgi polityczne minionych lat. Na ile ta przemiana będzie kontrolowana? Nie wiadomo.
Jedno jest pewne tak jak padały potęgi polityczne z często durnych powodów tak samo musi znikać (urealnić się i skorygować) współczesny świat, który jest zbyt skomplikowany i przesterowany.

Człowiek ryba

Młody starszy po trzydniowym ciągłym plażowaniu stwierdził, że na nogach wyrastają mu łuski. No bo pływał, a ryby też pływają, więc zmienia się w rybę jak nic. Wytłumaczyłem mu, że to tylko pomarszczona skóra od wody, i że to normalne. Ale chyba nie kupił, on wie swoje.
- Tak, tak - powiedział - może jak wyrosną mi łuski to zostanę prehistorycznym gadem?

Gry

Roman Giertych
zna wiele
gier tych

Jarosław Kaczyński
za wiele
karci swych

Drużyna Tuska
myśli
że coś wyłuska

Grupa z Pawlakiem
wyjdzie okrakiem

Widać nowe zjawisko:
zwycięscy nie weszli na boisko

czwartek, 21 sierpnia 2008

Refleksje przy myciu samochodu

Trzeba było umyć grata. Po powrocie z wakacji trochę się przybrudził. Nie to co bym narzekał. W końcu spisał się dobrze; do pełnoletności jeszcze ho ho, aż dziw mnie brał jak zobaczyłem ile można w niego wpakować. Od dawna odgrażałem się, że zrobię "przepyrkę" w zabieranych rzeczach osobistych niektórych członków rodziny. I nie zdziwiłbym się gdyby w czasie przeszukania znalazł encyklopedię, albo hantle... (bo może przyjdzie coś sprawdzić albo z nudów poćwiczyć...)
W każdym razie się trochę przybrudził i trzeba go było umyć. Był jeszcze jeden powód: ślub w rodzinę. To, że ktoś zgłupiał to jego sprawa ale co mam ja do tego. Niby nie wypada jechać na ślub brudnym samochodem, ale to chyba ja bylem zaproszony a nie on. Wiadomo; stanie kilku cwaniaków i będzie porównywać... Okropnie tego nie lubię!
Nic to. Myję, go i myję i tak sobie myślę: po jaka cholerę jak kupiłem samochód musiałem zmieniać tablice rejestracyjne. Podobno nie trzeba, ale jakoś nie czułem się poinformowany. Od pewnego czasu obowiązują ponoć przepisy likwidujące obowiązek meldunku. To wielka sprawa! Dwieście lat po nadaniu wolności osobistej chłopom wreszcie ktoś oderwał obywatela od miejsca! Aby tak dalej to podpis elektroniczny razem z dokumentem tożsamości pojawi się za następne 100! Inna sprawa, że są kraje, gdzie dokumenty tożsamości w rodzaju dowód osobisty nie są nikomu do niczego potrzebne. Ale za nim nasi urzędnicy zrozumieją, że gdzieś jest inaczej i może u nas by coś ułatwić miną następne lata świetlne. Ułatwianie procedur administracyjnych stało się kolejną procedurą administracyjną, tak jak nie wiadomo jaka metoda wybrać metodę głosowania...
Co do klucza publicznego w dokumencie tożsamości to:
albo stanie się to szybko, bo ktoś zda sobie sprawę, że jest kolejny pretekst do wymiany dokumentów czyli geszeftu,
albo nie stanie się nigdy, bo światowym standardem identyfikacji stanie się analiza DNA albo oka.
I tak zarobi ten kto ma zarobić... Co do tablic rejestracyjnych. Zerwanie z przypisaniem auta do ziemi - co ma w tej chwili miejsce (nie umieszczanie liter na tablicach z kodem miejscowości) spowodowałaby, że znacznie ograniczenie ich produkcji, bo nikt nie byłby zainteresowany ich wymianą... Policja czy inne służby mogłyby bez trudu i tak zlokalizować właściciela, a innych użytkowników ruchu nie powinno interesować skąd pochodzi właściciel, bo to jego prywatna sprawa.
Obywatel to przecież z założenia oszust i krętacz! Inna sprawa, że znaczną część zaświadczeń wymaganych przy rożnego rodzaju formalnościach można by było zastąpić oświadczeniami. Zamiast zaświadczenia o niezaleganiu ze składkami ZUS nie wystarczyłoby moje oświadczenie że nie zalegam?
Stosując takie drobne kroki po woli, bardzo po woli przestaniemy być państwem policyjnym, którym jesteśmy prawie od zawsze. No chyba, że w przypadku tablic rejestracyjnych obowiązują kolejne kretyńskie przepisy unijne. A wtedy to przepraszam!!! :-)


Edukacyjny charakter piractwa

Szalejące piractwo fonograficzne i filmów spędza nie od dzisiaj sen z powiek ludziom z wytwórni płytowych i koncernów medialnych. Pojawiają się co chwila nowe pomysły na walkę z procederem, ale wiadomo, że to walka z wiatrakami. Teraz już nikt nie wymyśla zabezpieczeń antypirackich bo i tak każde dziecko potrafi je obejść, a wystarczy, że pojawi się jedna kopia w Internecie... Nikt tez naiwnie nie przekonuje, że mp3 ma gorszą jakość od płyt CD. Ma i co z tego – tylko aby usłyszeć różnicę trzeba mieć głośniki po 1000 Euro sztuka i słuch absolutny.
Jest nowy trend, sprzedaż plików za niewielkie pieniądze na telefony komórkowe lub inne urządzenia mobilne.
Jestem – jak całe moje pokolenie i kilka wcześniejszych dzieckiem piractwa. Przy dochodach moich rodziców kupno jednej oryginalnej płyty byłoby skazaniem całej rodziny na trzy miesiące głodowania, więc nikt nawet nie śmiał ścigać za proceder. Jeszcze na początku lat 90 tych kopiowanie płyt na kasety było działalnością gospodarczą, a ludzie nawzajem przegrywali sobie muzykę. Śmiem zaryzykować tezę, że przeciętna wiedza przeciętnego 30 latka na temat muzyki rockowej jest odrobinę wyższa niż ich brytyjskiego lub amerykańskiego odpowiednika, ale właściwie jakie to ma znacznie?
Muzyka i film to towary ale i dobra kultury w całym zgiełku walki z piractwem zapomina się o tej oczywistości. Płyty Beatlesów, Hendrixa, Milasa Davisa czy Pink Floyd, filmy Formana czy Obywatel Kane Orsona Wellesa to prawdziwe klasyki i część światowego dziedzictwa kulturowego tak samo jak piramidy egipskie czy Bazylika Świętego Piotra. Są to części kodu kulturowego współczesnego człowieka i tak jak lektury szkolne powinny być dostępne powszechnie i bez żadnych ograniczeń.
Ktoś powinien wpaść na pomysł i stworzyć „Kanon światowego dziedzictwa audiowizualnego” lub coś w tym rodzaju. Po prostu należałoby za pieniądze jakiejś międzynarodowej organizacji wykupić prawa autorskie do wybranych i dobrze wyselekcjonowanych utworów i udostępniać je za darmo. Co więcej w każdym nowo zakupionym Ipod'ie powinny być od razu umieszczane tego rodzaju utwory. Z pewnością byłoby to tańsze i lepsze rozwiązanie niż walka z wtórnym analfabetyzmem.

środa, 13 sierpnia 2008

Komercyjny aspekt ekoterroryzmu

Jakiś czas temu rozpętano kampanię mówiącą o szkodliwości dla środowiska naturalnego plastikowych torebek rozdawanych w hipermarketach. Torebek już nie ma, i wszystko jest ok. Gdy idziesz do sklepu możesz oczywiście kupić torbę „ekologiczną” choć oczywiście też z plastyku, ale już rozkładalną. Zapakujesz w nią kupę produktów opakowanych w takie samej jak wcześniej opakowania.

I tak wszyscy są zadowoleni:
- Ekoterroryści bo okazali się komuś potrzebni, zarobili parę złotych i zrealizowali statutowe cele.
- Managerowie z sieci handlowych bo zbili koszty na nieracjonalne z biznesowego punktu widzenia torebki
- Konsumenci, bo mają czyste sumienie. Gdyby zniknęły jeszcze i tak rzadko pokazywane zdjęcia głodnych dzieci z afryki, to już całkiem sumienie konsumenta byłoby zaćmie i można byłoby w spokoju konsumować. Zadbaliśmy o środowisko bo nie stosujemy już plastikowych torebek...
Cała akcja to oczywiście brutalne oszustwo medialne mające na celu ograniczenie kosztów, a nie walkę z zanieczyszczeniem środowiska. Po prostu zanieczyszczać dalej się opłaca. Gdyby było inaczej obowiązkiem państwa byłoby wymuszenie na producentach stosowania innych opakowań. Jednak wtedy podniósłby się lament, że produkty będą nie konkrecyjne – i producenci będą mieli rację.
O tym, że mamy do czynienia z pozornym działaniem świadczy fakt ilości plastyku w torbach w stosunku do innych opakowań. Prawdziwa akcja proekologiczna nastawiona byłaby na ograniczenie stosowania plastykowych opakowań w produktach, gdzie jest najwięcej tych „nierozkładalnych i szkodliwych” substancji.
Dlaczego na plastikowych opakowaniach napoi, nie umieszczać informacji o tym, aby przed wyrzuceniem butelki do śmietnika odkręcić korek. Nie chodzi o samą butelkę ale o jej odporność na zgniatanie, która jest niesamowita! Taka informacja powinna być na każdym tego typu opakowaniu. Wiele tysięcy metrów sześciennych wolnej przestrzeni na wysypiskach to nie mały sukces? To dostateczny dowód, że działania organizacji ekologicznych mają charakter usługowy względem korporacji.
Poza tym wysegregowane tego typu odpady to już towar, który można sprzedać, przerobić itp. Systemy segregacji są bardzo istotne tylko w durnej UE nikomu nie przyjdzie to do głowy.
Są kraje zwłaszcza III świata, gdzie problem segregacji odpadów załatany jest przez rynek. Wywóz i segregacja odpadów do sposób na zarabianie pieniędzy dla najbiedniejszych z pewnością lepszy od chorego i drogiego systemu pomocy społecznej.
Czekamy na następne pomysły...

Dom kosmitów

Leżę sobie wczoraj w nocy na trawie z moimi chłopakami i oglądamy gwiazdy. Padają oczywiste pytania na które trudno odpowiedzieć parolatkom, ale próbuję... Tato, czemu gwiazdy są takie maleńkie? A czemu świecą? Itp.
W końcu Młody Młody:
- Tato, a czy kosmici mieszkają w niebie?
- Jeśli istnieją, to tak - odpowiadam
- Tato, a czy niebo to dom kosmitów? - dalej pyta
- Niewątpliwie tak.
- To gdzie niebo ma dach?

Trudno odmówić logiki. Jeszcze trudniej odpowiedzieć.

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Obrazek z Bieszczad

To nie prawda, że Rzeszów rozwija się szybciej od Lublina. Przez to miasto jadą ludzie w Bieszczady a potem wracają do domu. A z Bieszczadami jest tak jak z tą rzeźbą: są przedzielone na pół przez granicę Polsko - Ukraińską.
Posted by Picasa

wtorek, 5 sierpnia 2008

Od jutra Bieszczady

Wyjeżdżam jutro z rodziną na długi zasłużony urlop. Nie wiem dokładnie gdzie i nie wiem kiedy wrócę. Najprawdopodobniej wtedy kiedy skończy nam się kasa, albo pisklątka zaczną tak dawać do pieca, że jedynym sposobem poskromienia bandytów będzie usadzenie w narzędziach tortur - czyli fotelikach samochodowych i odtransportowanie ich do domu.
Chcę się trochę zresetować, daltego chwilowo zawieszam pisanie na blogu. Jak wrócę to nadrobię wsystko. A tematów kołacze mi się w głowie co niemiara.

Akcja na zakupach

Dzisiaj Młody Młodszy przeszedł sam siebie. Zanim moja ślubna zdążyła się zorientować. stał pośrodku sklepu otoczony wiankiem kobiet, których średni wiek nie schodził poniżej sześćdziesiątki. Pomimo panującego upału, organizacyjne okrycie głowy wskazywało wyraźnie na preferencje w kwestii doboru stacji radiowej. Jednym słowem - swoje babki. Młody stał po środku i coś opowiadał, a one rozanielone spychały z zainteresowaniem co czterolatek miał do powiedzenia. Ślubna zbliżyła się na odległość, w której nasłuch był możliwy:
- Mój dziadek umarł. Jest w niebie. Biedny dziadek... - smutna minka aniołka.
- Palił papierosy. Papierowy są nie dobre, nie wolno palić papierów bo potem się umiera jak Dziadek. - aniołek ciąg dalszy.
A teraz finał:
- A teraz dziadek jest wampirem Aaaaaaaa, Wrrrrrrr! - i zademonstrował swoje mleczne uzębienie i pokazał szpony...
Po kim on to ma? Pewnie po dziadku....

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

Rodzynki

Wojtek do dziadka:
- Dziadku, gdzie idziesz?
- Do kościoła.
- O, to baw się dobrze!

Wojtek do babci:
- Babciu, a mój tata to twoje dziecko?
- Tak
- Babciu, jak to możliwe, jak do tego doszło?!

Ekoterroryzm czyli nowe oblicze globalizacji

Prąd ma podrożeć. Trzeba będzie płacić więcej bo w grę wchodzi haracz za emisję dwutlenku węgla przez elektrownię .Tak se Unia wymyśliła. Atmosfera na świecie jest jedna, wszyscy te haracze olewają a Une w UE nie... Wszystko co będzie ze znakiem „made in Europe” nie znajdzie żadnego nabywcy poza europejskim rajem, bo będzie za drogie. Ale cały numer polega na tym, że nikt nie udowodnił czy zmiany klimatyczne mają jakiś związek ze zmianami klimatycznymi. Klimat zawsze się zmienia, a przyroda jest tak mądra, że się reguluje sama. Np. niezwiększona liczba CO w atmosferze, to lepsze warunki rozwoju roślin, a rozwój roślin, to jakby rozwój przyrody... Ale co tam, ważne że jest geszeft. Francuzi mają to gdzieś bo mają atomówki, Szwedzi mają elektrownie wodne, a my znowu zostaniemy jak te Głupki, bo będziemy musieli płacić większy haracz. Co więcej, Francuzi chętnie nam odstąpią swoje limity CO, ale oczywiście nie za darmo. Na pewno za kasę, no bo nie za żaby... Jak nie ma rynku to trzeba go wykreować. Ważne aby decydenci mieli czyste sumienie, bo przecież odprowadzili do centrali. Każdy z nas produkuje CO oddychając. Podatku od oddechu jeszcze chyba nigdzie nie wprowadzono. Jest tylko opłata klimatyczna w poszczególnych kurortach, ale to lipa i nic w porównaniu do tego co nas czeka. Chociaż moje i ma to sens... Zostanie powołana nowa instytucja skarbowa, która pod pretekstem powszechnych badan profilaktycznych będzie dokonywać pomiaru pojemności płuc. A potem płać... Jak znam życie w Polsce nagle wzrosłaby liczba osób z potwierdzą rozedmą albo innym cholerstwem. Polak potrafi i nie da się żadnemu systemowi. I w tym nasza nadzieja.

piątek, 1 sierpnia 2008

Trwa zaćmienie - nie tylko słońca, czyli skąd my to znamy?

Szkoda, że zaćmienie nie jest całkowite. Wtedy PR'owcy rządowi mogliby zainspirować demonstracje przeciwniku rządu przed kancelarią premiera. Ludzie na transparentach przedstawialiby swoje postulaty, jechałyby taczki dla ministrów, wyłyby syreny, i te sprawy. Na balkonie ukazałoby się Słońce Peru. Rozwścieczony tłum zaczołgałby rzucać płodami rolniczymi. Po pewnym czasie Słońce przemówiłoby i powiedziało, że jak się w kraju nie uspokoi to on pogada ze swym bratem na niebie aby odwróciłby się od niewiernego ludu. No i Pach zaćmienie. Tłum rzuca transparenty ludzie uciekają w popłochu. Wtedy Słońce Peru prosi swego brata co by nie był taki i łaskawie się nie obrażał... Wszystko wraca do normy.
No i następna kadencja murowana.

czwartek, 31 lipca 2008

Dlaczego nie uczyli nas tego w szkole?


NA MATEMATYKA

Ziemię pomierzył i głębokie morze,
Wie, jako wstają i zachodzą zorze;
Wiatrom rozumie, praktykuje komu,
A sam nie widzi, że ma kurwę w domu.

Jan Kochanowski


Tak! To ten sam Kochanowski od trenów i od lipy! Mądrość życiowa utworu pozostaje oczywistością, więc dlaczego nie uczyli tego w szkole? Bo u nas każdy artysta musi być pomnikiem (oczywiście po śmierci), no ostatecznie popiersiem. Ta fraszka dowodzi jeszcze jednego; kiedyś ludzie nawet ci WIELCY też byli normalni; świntuszyli, lubili walnąć pół litra i kurwami porzucać. Istniał czas prywatny i publiczny, sacrum i profanum.
Teraz kurew może wejść do parlamentu (zdarzyło się to parę lat temu u kochających demokrację Włochów), ale słowo na "K" wychodzące z ust jakiegoś polityka to już przegięcie. Byle polityczyna musi uważać, by go gdzieś nie nagrali jak powie coś od serca, nie wspominając o nakręceniu na kamerę w czasie na przykład robienia kopy w krzakach.
Jego stolec stałby się wtedy pierwszym newsem we wszystkich serwisach (zwłaszcza w sezonie ogórkowym) i wywołał publiczna dyskusję na temat konieczności stawiania publicznych toalet. Natychmiast pewne środowiska słysząc o toaletach publiczny przygotowałby społeczny projekt ustawy na temat domów publicznych, które ich zdaniem powinny być naprawdę publiczne. Bardziej trockistowska frakcja przygotowała by projekt nacjonalizacji nie tylko kibelków ale i burdeli, w wyniku czego powstałaby kolejna instytucja też publiczna: Zarząd Przybytków Publicznej Próżności, albo Urząd Ulgi Powszechnej. Oczywiście co obrotniejsi politycy natychmiast powsadzali by tam swoich kolesi. Ruchy ekoterrorystyczne zaprotestowałby przeciwko robieniu w krzakach na stojaka, bo zwiększa to dziurę ozonową a spożywane w pożywieniu konserwanty dostają się do naturalnego środowiska. Oczywiście prezes partii, do której należał jegomość i przewodniczący klubu parlamentarnego wyraziliby swoje ubolewanie z zaistniałej sytuacji i ukarali by upomnienie autora kloca. Potem to już tylko formalność i wykreślenie gościa z życia publicznego, przypięcie etykietki na całe życie o usunięciu z partii i towarzyskim ostracyzmie nie wspominając.
Ale może być też odwrotnie. Mógłby zacząć powtarzać, że rząd tak jak on robi gówno i dobrze wykorzystać czas medialny. Z pewnością w kwestii oceny rządu miałby we mnie swego sprzymierzeńca... Promocja miejscowości byłaby tak duża Powstały nowy segment rynku agroturystycznego organizowałby tam wczasy gastrologiczne. Kop dla gospodarki ograniczyłby, bezrobocie niskie, dzięki czemu Pan Polityk miałby dożywotnią gwarancję wygrania wszelkich organizowanych w okolicy wyborów. Inne miasta zapraszałyby go na odczyty i prezentacje. Było gombrowiczowskie upupienie, teraz przyszłaby epoka ogównienia w czym już teraz specjalizuje się brukowa prasa.
Znalazłby także grono naśladowców choć ma i prekursorów.
Pewien robotnik ze stoczni co przeskoczył przez płot albo przypłynął motorówka też nigdy by się nie spodziewał, że zostanie prezydentem. A jednak. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - albo odwrotnie zależy jak na to spojrzeć.

wtorek, 29 lipca 2008

Bańki mydlane

Znowu spóźniłem się do pracy. Znowu będę musiał pisać jakieś kretyńskie wyjaśnienia: że korki, że roboty drogowe. Prawda jest brutalna. Po rytualnej wojnie domowej w kwestii wstawania, trzeba było młodego odwieść do przedszkola. Wsadziłem go w samochód i pędem do przechowalni. A tu po przejechaniu dwóch kilometrów spodenki Wojtka całe mokre. Co za cholera? Na siedzeniu samochodu znalazł maszynkę do robienia baniek mydlanych. Nie oparł się pokusie i wylał na siebie zawartość zbiorniczka. Nawet pachniał, ale jego wygład wskazywał jednoznacznie na obsikanie. Już oczami wyobraźni widziałem zdewociałe (choć jeszcze nie takie stare) przedszkolanki i wyrok w ich oczach: „co za C..j! Przyprowadził zasikanie dziecko do przedszkola!”
Wrzask młodego, który ma fobie na punkcie wilgoci na swej garderobie. Decyzja – wracamy.
Błyskawiczna zmiana gatek, uspokojenie i podróż do instytucji nie wiadomo dla czego zwaną przedszkolem, a przecież to prawdziwa szkołą – przetrwania.
Jak wrócę do domu to będziemy puszczać bańki. Dawno tego nie robiłem pewnie ze 20 lat… Na szczęście nie musiałem się tłumaczyć. Ale jakbym powiedział prawdę to i tak by nikt mi nie uwierzył.

poniedziałek, 28 lipca 2008

Muzyka i muzyka

To, że nie sprzedają się płyty kompaktowe to nie tylko wina mp3. Wbrew pozorom ludzie coraz mniej słuchają muzyki. Słucha się brzękadeł z radia i lasowanych przebojów. Jak inżynierowi Mamoniowi, wielu ludziom podobają się wyłącznie melodie, które już słyszeli więc wiele kawałków jest do siebie tak podobnych. Co nieznaczny, że nie trzeba ich wylansować… Jednakże „brzęczenie” koło ucha nowego przeboju trudno nazwać słuchaniem muzyki. Do tego trzeba mieć nastrój i odpowiednie przygotowanie. Dźwięki z radia czy innych urządzeń pełnią teraz bardziej funkcję użytkową niż rozrywkową.

Przy zderzeniu z Internetem gruchnął także cały system dystrybucji muzyki. Koncerny płytowe zaczynają powoli dostosowywać się do wyzwań z którymi do tej pory próbowano walczyć. Sprzedaż przez sieć? Czemu nie? Już jakoś też nie podnosi się kwestii gorszej jakości, która jeszcze parę lat temu była głównym orężem korporacji. Inna sprawa, że dzięki Internetowi powstały zupełnie nowe zjawiska kulturowe. Lokalny zespół z Australii może stać się bardzo popularny w środowisku rybaków na Morzu Północnym.

Aby uniknąć „szumu” medialnego wielu ludzi wyrzuca telewizory. Co ciekawe, są to przeważnie miłośnicy kina.

Inna sprawa, że sam dźwięk już nie wystarcza. Musi być obrazek, stąd sukces MTV z przed kilku dekad. Odtwarzacze mp3 sprzedają się tak samo jak mp4. Ciągle nowe bodźce... Co będzie dalej? Mp5 czyli mp4 + elektrowstrząsy?

No business like show business czyli kryzys idei postępu

Z łezką w oku wspominam mój pierwszy PC – 386 DX 4x100 z dyskiem twardym 170 MB. Tak MGB a nie GB! To był rok 1994. Może to dziś brzmieć śmiesznie bo dzisiejsze pamięci przenośne są mają dziś wielokrotnie większą pojemność, ale na tym komputerze można było zrobić dokładnie wszytko; od edycji tekstów liczenia czy po rysowanie 3D. Jeszcze nie tak dawno można było usłyszeć twierdzenie, że nie ma wolnych komputerów jest tylko wolne oprogramowanie. Postęp w tej materii jest sztuczny i wymuszany przez producentów oprogramowania. Konsumenci to kupują zachłystując się wmawianymi im przez marketingowców hasłami o nowych możliwościach nowego oprogramowania, co w rezultacie jest mitem. W bardziej zaawansowanych aplikacjach hordy programistów poprawiają naturalne błędy pozostawione w poprzednich wersjach programów – co jest zresztą naturalne, i już jest pretekst do nowej wersji programu. Zaczną część aplikacji biurowych działających obecnie w naszych komputerach wymyślono i napisano jeszcze w latach 70tych minionego wieku, wtedy – kiedy sadzono że coś takiego jak komputer osobisty to mrzonka i nieporozumienie. Być może PC to ostatni wielki wynalazek jak się upowszechnił na świecie (dał drogę dla rozwoju Internetu, który podobnie jak telefony komórkowe by odkryty znacznie wcześniej przed PC)? Z tą tezą można się oczywiście polemizować. Ale jedno jest pewne: proces postępu technologicznego, cywilizacyjnego, czy kulturalnego nie jest linearny, o ile w ogóle występuje. Przełomowych odkryć naukowych naprawdę jest jak na lekarstwo. Cała masa nowych rozwiązań to pochodna innowacyjnych zastosowań odkrytych już wcześniej zjawisk. Rudno postępem w sensie etycznym czy technologicznym nazwać inżynierach genetyczną, która staje się niebezpieczną zabawką grona naukowców na siłę eksplorujących wtórnie „coś co się sprzeda."
Dlatego tak palącym, także w wymiarze etycznym - problemem jest tworzenie globalnych standaryzowanych systemów zarządzania wiedzą.
Postęp to narzucona nam przez kulturę wiara, że coś nowego zastępuje stare. Ułudzie postępu towarzyszy wiara, że stare jest oczyszczacie gorsze a nowe lepsze. Kiedyś gdy na świat zaczęły przychodzić pierwsze tzw. dzieci z próbówki zapytano Stanisława Lema, czy kiedyś ten sposób rozmarzania stanie się standardem? On odpowiedział, że nigdy chociażby dlatego, że tradycyjny sposób jest o wiele przyjemniejszy...
Co najciekawsze, wiara w postęp nie jest to wiara wcale tak stara. XVII wiek to dopiero moment w którym zdano sobie strawę, że coś takiego jak postęp – zwłaszcza ten technologiczny – w ogóle istnieje. W ostatnich latach nasze oczekiwania co do nowych produktów są przeogromne, zwłaszcza jeśli chodzi o gadżety elektroniczne.
W przypadku technologii pojawia się jeszcze jeden bardzo istotny czynnik hamujący rozwój technologii - ułudę postępu. Badania naukowe zwłaszcza te zaawansowane technologicznie prowadzone są przez instytucje powiązane z korporacjami, które obok armii USA mają środki na realizacji kosztownych i ambitnych poszukiwań naukowych. Wiele nowatorskich i naprawdę potencjalnie zmieniających życie rozwiązań nie jest wdrażanych do produkcji z jednego powodu; wcześniejsze inwestycje w ten obszar badań jeszcze się nie zwróciły.

Przykład: Do dziś w komputerach stosowane są twarde dyski. Mogły by być już dawno zastąpione pamięciami masowymi, ale środki zainwestowane w te technologie jeszcze muszą się zwrócić i dać koncernom zakładany zysk. Oczywiście z pewnością istnieją już biznesplany określające moment zastąpienia tych urządzeń przez pamięci masowe, ale na to musimy jeszcze kilka lat poczekać…
Oczywiście tego typu praktyki nic nie mają wspólnego z wolnym rynkiem, ale kto powiedział, że w dobie korporacjonizmu czyli epoki post kapitalistycznej mamy do czynienia z wolnym rynkiem. Nic podobnego. Akcie przedsiębiorstw należą do różnych inwestorów, którzy dysponują akcjami konkurencji, która w tym wszystkim okazuje się pozorna. Stąd fuzje, dla obniżenia kosztów...
Nie ma lepszego biznesu niż wmówienie komuś, że na czymś zrobi świetny interes. Jakieś 10 lat temu ulice zdobiły białe budki z rożnami, gdzie można było kupić świeżo upieczonego kurczaka. Jednoczesne i masowe [pojawienie się tego rodzaju urządzeń sugeruje, że ktoś mówił ludziom, że zrobią na tym interes. Wszystko oczywiście skończyło się błyskawiczną klapą większości „interesów” bo nie było Az tak masowego popytu na pieczony drób. Wniosek biznes na białych przyczepkach zrobił ktoś kto wmówił ludziom jak będą świetnie na tym wychodzić, oczywiście nie informując ich ile tego typu urządzeń sprzedano w ich mieście. Podobnie we współczesnym świecie jest z technologiami. Ale gdzie tu postęp?