sobota, 12 lutego 2011

Ze wspólnego gara – rzecz o "unijnych funduszach"

Jest ponoć w Afryce takie plemię, które większość swej dziennej aktywności przeznacza na poszukiwanie czegoś do zjedzenia. Wyruszają więc tubylcy w całodzienną wędrówkę. A to jeden szczęściarz znajdzie kreta, a inny wykopie kilka dżdżownic, jeszcze inny znajdzie przysmak w postaci lokalnych bulw. Prawdziwym rarytasem jest upolowanie jakiegoś grubego zwierza, który wyróżnia się z reguły tym, że jest większy od wiewiórki. Wracają tedy myśliwi i zbieracze do swej rodzinnej wioski i wrzucają łup do wspólnego gara. Gar zawiera ciągle gotujące się resztki wczorajszych łupów, ale nie ma to znaczenia. Z gara biorą wszyscy – i duzi i mali. Wszyscy dostają według potrzeb. Tylko od czasu do czasu komuś trafi się jakiś bardziej kaloryczny fragment wyłowionego ścierwa. Nie ma zatem nic bardziej sprawiedliwego prawda?

Problemy są dwa:
  • Po pierwsze, strawa ta smakuje obrzydliwie i gdyby nie konieczność zapchania pustego żołądka, nikt przy zdrowych zmysłach nie skosztowałby tego lokalnego specjału.
  • Po drugie, społeczność taka nigdy nie dorobi się umiejętności hodowli czy uprawy roli, o umiejętności jedzenia z talerzy nożem i widelcem nie wspominając.
Podobnie też działa system dystrybucji środków publicznych, zwanych niekiedy unijnymi, o zaletach którego zapewniają nas od wielu lat propagandziści od lewa i prawa. Pierwszy problem polega na tym, że nie mamy tak naprawdę do czynienia ze środkami unijnymi, lecz z obietnicą spłaty zaciągniętego kredytu na określonych warunkach. Realizując inwestycję z projektu, nie ma ona i długo jeszcze nie będzie miała nic wspólnego z Unią, poza ustawioną tablicą informującą o tym, że inwestycja jest właśnie z tych środków finansowana. Ustawienie tablicy to warunek późniejszego zwrotu środków. 

A działa to tak:
Unia zatwierdza opracowane przez dany kraj programy operacyjne, w których tenże kraj zobowiązuje się do realizacji takich, a nie innych typów inwestycji, zgodnych rzecz jasna z unijną polityką. Unia zatwierdza programy operacyjne, które mieszczą się w ramach siedmioletnich okresów programowania. Polski rząd uradowany tym faktem zastanawia się jak sfinansować to dobrodziejstwo, gdyż pieniądze przyjdą (o ile przyjdą w ogóle) dopiero po rozliczeniu części programu. Pieniądze na realizację projektów, (a dokładnie ściśle określona część poniesionych wydatków) są zwracane po realizacji inwestycji. Czyli skądeś Rząd musi te pieniądze uzyskać. Podobno spora część dzieci zapytana, skąd biorą się jajka odpowiada, że z lodówki. Rząd zastanawiając się nad tym problemem, znajduje dostawcę środków w postaci Banku Gospodarstwa Krajowego. A skąd tenże bank czerpie te środki? Oczywiście z puli Ministra Finansów, a ten niechybnie z komercyjnego kredytu.

Z wielkim hukiem uruchamia się programy operacyjne, które „mają zbawić kraj i uczynić z niego krainę mlekiem i miodem płynącą”, informując oczywiście wszystkich, że dzięki „dobrodziejstwom Unii Europejskiej” jest to możliwe. Programów operacyjnych jest mnogość. Część z nich realizowanych jest na poziomie centralnym, część regionalnym, a jeszcze inne w systemie mieszanym. Wszystkie poparte stosownymi analizami, prognozami i wskaźnikami.

Dla łatwiejszego zilustrowania procesu posłużmy się przykładem dziarskiego wójta pewniej gminy, który uzyskuje wsparcie na budowę drogi. Po okresie wielkiej radości zdaje sobie sprawę, że na wykonanie drogi, a więc rozpisanie na nią przetargu potrzebuje pieniędzy. Pieniędzy w budżecie nie ma, bo budżet gminy podobnie jak budżet państwa to twór wirtualny, a zwrot środków z obiecanej na razie dotacji (podobnie jak w przypadku relacji państwo – Unia Europejska) uzyska dopiero wtedy, gdy rozliczy inwestycję. Co więc czyni ów wójt? Czyni to samo co państwo: bierze kredyt na obsługę, tym razem projektu. Oczywiście nie wie on często, że owe wsparcie nie pochodzi z Unii lecz z komercyjnego kredytu, który wzięło już państwo. Ale kto by się tam interesował takimi szczegółami? Trzeba przecież „budować nowe”, „modernizować kraj” i „wykorzystywać unijne środki, bo szansa się już może nie powtórzyć”. Przetarg na budowę drogi wygrywa uradowana firma, która często musi…. wziąć kredyt na realizację inwestycji, gdyż dopiero odebrana i rozliczona inwestycja podlega sfinansowaniu.

Łatwo jest więc zauważyć, że w przypadku grantów inwestycyjnych możemy mieć do czynienia z sytuacją, w której w grę wchodzą trzy kredyty, brane mniej więcej w tym samym czasie na tych samych pieniądzach. Oczywiście nikt nie bierze pod uwagę kosztów obsługi tych kredytów w bilansie zysków i strat naszego członkostwa. W takiej sytuacji nie ma zatem lepszego biznesu niż być… lichwiarzem. I to oni właśnie zyskują na całej zabawie najbardziej. Mamy do czynienia z pustoszeniem gospodarczym kraju, choć z pozoru jest odwrotnie, gdyż efekt w postaci zamówień publicznych oddziaływuje pozytywnie na kondycję firm, więc nikt specjalnie nie narzeka. O tym, że to efekt chwilowy nie trzeba nikogo przekonywać.

Wszystko to tworzy kolejne kręgi biurokratycznych piekieł, w których potrafią się poruszać wyłącznie osoby z tymże piekłem obeznane. Nic więc dziwnego, że na lep „unijnej kasy za darmo” łapie się wielu. Schwytani muszą korzystać z usług profesjonalnych firm założonych przez byłych urzędników. Mamy więc do czynienia z pseudorynkiem pseudousług. Jednak gdy zdamy sobie sprawę, że napisanie wniosku, który uzyska dofinansowanie kosztuje ok. 5% wartości samego projektu, mamy do czynienia już nie z pseudo pieniędzmi.

Paradoks: im więcej wykorzystujemy tzw. unijnych funduszy, tym bardziej jesteśmy zadłużeni i tym większej armii urzędników potrzebna do realizacji projektów i do zarządzania systemem. Nawet jeśli ktoś zdaje sobie sprawę z destrukcyjnej dla gospodarki i publicznych funduszy roli, jaką odgrywa owa „pomoc”, to siedzi cicho zahukany dogmatycznością propagandy.

Nie można oprzeć się wrażeniu, że całość przypomina zatem także bieg sztafetowy przez płotki. Po drodze istnieje tyle możliwości przewrotu, zgubienia pałeczki, czy kontuzji, że tylko prawdziwi zawodowcy są w stanie przebrnąć przez to wszystko bez szwanku. Oto kilka mniej lub bardziej istotnych problemów dotyczących funkcjonowania tej piramidy finansowej.

Problemy formalno prawne
Podstawową zasadą zwrotu wydatków w ramach tzw. funduszy unijnych jest zgodność z prawem realizowanych przedsięwzięć lub inwestycji. Wydaje się to proste i oczywiste, ale tylko z pozoru. Co w sytuacji, gdy prawo krajowe jest niespójne z unijnym? Oczywiście poniesione wydatki nie mogą zostać uznane za te podlegające zwrotowi przez Unię, a więc nie są „zcertyfikowane”. Beneficjent realizujący projekt na podstawie prawa polskiego nie poniesie z tego tytułu żadnego uszczerbku, lecz państwo zapłaci Komisji Europejskiej „frycowe”. Jakie są wielkości „niescertyfikowanych” dotychczas wydatków? Dokładnie nie wiadomo. Lecz dwie pozostają znane i obrazują dość dokładnie istotę tego problemu.
  1. Do niedawna obowiązujące w Polsce przepisy budowlane nakazywały w czasie procedury uzyskania pozwolenia na budowę przeprowadzenie analizy oddziaływania danej inwestycji na środowisko naturalne. Komisja Europejska stwierdziła, że taka sytuacja jest niedopuszczalna. Ich zdaniem tego rodzaju studium powinno być przeprowadzone przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji o realizacji inwestycji. W międzyczasie zaczęto już wiele prac na podstawie uzyskanych legalnie pozwoleń na budowę. Ile ten problem kosztował dodatkowo podatnika? Nie wiadomo, lecz kwoty na pewno szły w miliardy.
  2. Obowiązujące w Polsce Prawo Zamówień Publicznych okazało się niespójne z unijnym prawem o ochronie konkurencyjności. Chodzi o kwestę, czy wykonawca musi dysponować sprzętem i doświadczeniem niezbędnym dla wykonywania przewidzianych w zamówieniu prac i usług. Według przepisów UE, nie musi. Tak więc wszelkie przetargi, w których zamawiający wpisał ten warunek można uznać za niekwalifikowane z punktu widzenia europejskiego prawa. Według wstępnej oceny audytorów, tylko w okresie 2004- 2006 można zakwestionować z tego powodu minimum 2% wszystkich wydatków.
Oddzielny problem stanowi tzw. luka finansowa. Opiera się ona na prostej zasadzie mówiącej, że projekty przynoszące przychód powinny mieć ograniczony poziom dotacji. W praktyce, gdy przykładowy wójt chce wybudować kino, musi uwzględnić we wniosku ilość sprzedanych na organizowane tam seanse biletów w określonym czasie. W praktyce zamiast grantu mamy do czynienia z bardzo drogim kredytem, więc nikt przy zdrowych zmysłach nie składałby takiego projektu. Zasada ta dotyczy szerszej gamy realizowanych projektów. Między innymi za przychód projektu kanalizacyjnego traktuje się zakup określonej ilości ścieków. Dlatego często gminy podejmują się realizacji tego typu inwestycji ze własnych środków.

Zaburzenie rynku
W przypadku tak szerokiego zakresu interwencji publicznej mamy do czynienia z zaburzeniem rynku. Jednym przykładem tego zjawiska jest windowanie cen, a to z powodu planowanej realizacji w tym samym czasie dużej ilości podobnych inwestycji. Gdyby nie interwencjonizm, zamawiający odczekaliby okres zwyżek cen i zrealizowali zamówienie po okresie owej „górki”. Niestety, pieniądze muszą być wydane zgodnie z harmonogramem.
Drugi przykład zaburzeń rynku dotyczy dotacji dla przedsiębiorstw. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy w danej miejscowości działają cztery drukarnie. Przedsiębiorstwa te uzupełniają swoją ofertę, wykonując nieco inne rodzaje usług. Nagle jedno z nich otrzymuje publiczną dotację. Oczywiście tworzy nowe miejsca pracy, kupuje maszyny i … wykasza z rynku trzy pozostałe firmy. Żywot tej firmy także nie jest prosty, gdyż warunkiem otrzymania dotacji jest często zwiększenie zatrudniania i utrzymanie go przez określony okres tzw. trwałości projektu. A co w sytuacji, gdy przychodzi dekoniunktura? Zwolnienie kogokolwiek jest niemożliwe, gdyż wtedy należy zwrócić uzyskaną dotację. Jedynym wyjściem pozostaje często znalezienie inwestora lub sprzedaż firmy. Dlatego ogłoszenie pt. „sprzedam firmę z dotacją” nie jest niczym niezwykłym.

Europejski Fundusz Społeczny
Waldemar Łysiak w powieści „Kielich” opisał scenę, w której samotny hinduski duchowny broni świątyni przed atakiem tłumu biedaków żądnych grabieży. Stał on na schodach do świątyni. Gdy tłum biedaków zbliżał się do schodów, kapłan wyciągał z sakiewki garść drobnych monet i sypał nimi w tłum. Biedacy zaczynali się wtedy kłębić, bić między sobą wydzierając rzucone miedziaki. Gdy sytuacja się uspokoiła, a tłum znowu zbliżał się niebezpiecznie do świątyni, kapłan czynił to samo. W ten sposób potrafił utrzymać się na swojej samotnej placówce wystarczająco długo, aż do czasu przybycia wojska, które w tradycyjny sposób rozpędziło ciżbę.
Podobnie działa najbardziej niebezpieczny z funduszy: EFS. Nie jest on niebezpieczny skalą środków, którą dysponuje, lecz jego z założenia ideologicznym charakterem. Powstał on bowiem już w 1960 roku dla zmiany struktury społecznej w Europie. Religą tego programu są bowiem tzw. „zasady równości”, które wyrastają w prostej linii z zasad kulturowego marksizmu. Wiele instytucji, organizacji i stowarzyszeń niczym ów kłębiący się tłum przed świątynią realizuje cały szereg projektów. Nagle okazuje się, że owe instytucje i organizacje nie realizują swoich celów statutowych, lecz cele przewidziane w programie, z którego czerpią środki. Społecznym efektem tego stanu rzeczy jest zauważalna fasadowość instytucji i pogłębiająca się przepaść instytucjonalna. Co więcej. Na miejsce zmutowanych instytucji nie powstają nowe, w wyniku czego przestrzeń instytucjonalna staje się pustynią.


W powyżej przedstawionych przykładach, obserwacjach, jak i w sposobie działania systemu interwencji publicznej mamy do czynienia z czymś, co nazywam efektem końskich klapek. Chodzi o to, że poza samym obserwowanym procesem, nikt nie widzi lub nie chce zauważyć zjawisk występujących obok, lub pośrednio mu towarzyszących.

Co zatem pcha naszych decydentów, tych dużych i tych małych w ową otchłań? Odpowiedź jest stara i banalna: propaganda, chciwość, ignorancja i chęć sukcesu. Poza tym jak mawiał niezapomniany prezes Ryszard Ochódzki: „Prawdziwe pieniądze robi się na wielkich, słomianych inwestycjach”.
Porzućmy zatem wszelką nadzieję na uzdrowienie czegokolwiek przez chore instytucje i chory z założenia socjalistyczny system. I nie chodzi nawet o to, że jesteśmy okradani w sposób perfidny. Chodzi także o to, że jesteśmy oszukiwani w sposób systemowy i to przez kolejne elity naszego kraju, których jedyną powinnością wobec nas winno być mówienie nam prawdy, a nie wciskanie propagandowego kitu. Największym problemem jest jednak to, że w ową „mannę z nieba” i „deszcz Euro” uwierzyli nieomal wszyscy.

P.S. Ponoć Indianie sprzedali Manhattan Holendrom w 1629 roku za szklane paciorki o równowartość ok. 24$. W tej transakcji obie strony były przekonane, że robią świetny interes. Holendrzy kupowali potężną połać ziemi za nie warte nic świecidełka, Indianie zaś sądzili, że także robią deal życia. Przecież nieba, ziemi i gwiazd nie można sprzedać ani kupić, należą do wszystkich. Ale jeśli ktoś chce zapłacić za coś takiego ładnymi koralikami, czemu nie. Tak więc cała transakcja przypominała bardziej sprzedaż Kolumny Zygmunta, a więc była bardziej wyrazem cwaniactwa Indian, a nie ich głupoty. Godząc się na uczestnictwo w tym systemie z jego dobrodziejstwami i wynikającymi problemami postępujemy podobnie jak Indianie. Jaką cenę zapłacił tubylczy lud za pazerność, krótkowzroczność i głupotę swoich wodzów? Przestali istnieć.

2 komentarze:

  1. "w przypadku grantów inwestycyjnych mamy do czynienia z sytuacją, w której w grę wchodzą trzy kredyty, brane mniej więcej w tym samym czasie na tych samych pieniądzach"

    nie do końca rozumiem, do tej pory wydawało mi się, że jeśli np inwestycja np droga kosztuje 10 mln (2 mln wkład własny, 8 mln dotacji), to kredytów jest nabrane za 8mln zł,
    czy zgadza się Pan z tym,
    czy może twierdzi Pan, że w sumie nabrane będzie kredytów za 24mln?

    OdpowiedzUsuń
  2. @kaziu
    Nie ma to związku z podziałem wkład własny i dotację. Może dojść do sytuacji, w której:
    - Państwo zadłużyło się na realizację programu,
    - beneficjent zadłużył się na wykonanie projektu i
    - wykonawca zadłużył się na wykonanie kontraktu.
    Mamy więc sytuację, w której są trzy kredyty na tej samej kasie. Oczywiście beneficjent może mieć swoje środki na realizację projektu, a wykonawca dysponuje stosownym finansowym potencjałem aby wykonać zamówienie.
    Dodajmy do kwoty kosztów tych (w niektórych przypadkach trzech) kredytów, wkład własny, składkę do Brukseli, pomoc techniczną na propagandę i urzędników. Pamiętajmy też o tym, że inwestycje realizowane przez samorządy nie mogą być dochodowe.... Ciekawe ile będziemy do przodu?

    OdpowiedzUsuń

Jak masz ochotę to skomentuj