piątek, 30 października 2009

To się nazywa "baba z jajami"



Największy nasz problem polega na tym, z nasze gangi zwane dumnie partiami politycznymi dzielą się na:
  • prawdziwą komunę - chętnie zrobiliby teleport do czasów Gierka
  • post komunę - jeszcze się nie połapali, że system runął i ciągle słuchają tych samych oficerów prowadzących. Poza tym nauczyli się być przybudówką wiodącej siły - jaka by ona nie była.
  • komunę mentalną - bo wierzą w równość społeczną i swego wodza
  • komunę funkcjonalną - kradną na potęgę, bo na uwłaszczenie nomenklatury 20 lat temu się nie załapali - za młodzi byli.
Więc niestety nie mamy skąd czerpać wzorców...

No i jeszcze o innych sprawach... 1987 rok, a ona już wiedziała...

środa, 28 października 2009

Dwa ważne teksty z dzisiejszego dnia

Analogia

Fragment wywiadu z lekarką zajmującą się leczeniem alkoholizmu wśród tubylczej ludności Syberii:

„[...] Mają predyspozycje, to już wiemy, ale to wcale nie znaczy, że muszą się zapijać.

Ale się zapijają, bo żyją w chronicznym, długotrwałym stresie. Tak jest nie tylko w Rosji, ale także w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych z Eskimosami i Indianami. Narody, które przyszły i zamieszkały wśród aborygenów, dominują nad nimi liczebnie i pod każdym innym względem. To straszna sytuacja. Chcielibyśmy się wyzwolić, zaprotestować, zbuntować, podnieść pięści, ale nie wiemy, o co konkretnie walczyć.

A więc póki co, dawaj, walniemy kielicha.

Tak jest! I od razu robi się fajnie. Tak więc problem zapijania się na śmierć całych narodów, to nie jest zagadnienie medyczne, genetyczne, biologiczne, ale społeczne. To choroba socjalna. Winna jest sytuacja, w której aborygeni znaleźli się nie ze swojej winy.[...]”

Jacek Hugo - Bader „Biała Gorączka”, s. 182, Wołowiec 2009

Tak jest bezpieczniej

Wiele, wiele lat temu jeden z moich oddanych przyjaciół robiąc w piwnicy porządki znalazł staromodny czy jak kto woli klasyczny, oldschool'owy kask motocyklowy swojego ojca. Dekadę wcześniej był on przedmiotem jego zabaw, po którym pozostały poprzylepiane na charakterystycznym „nocniku” naklejki z bohaterami kreskówek. Oczyścił go jak najświętszą relikwię, po czy przywdział go na głowę. Międzyczasie ktoś zadzwonił i musiał pilnie udać się w podróż samochodem. Zapomniał o idiotycznym nakryciu głowy. Jadąc tak został zatrzymany przez patrol policji. Policjanci popatrzyli na niego jak na kretyna, bo gdyby chociaż się uśmiechnął, dał znać, że to wygłup – a on nic. Poproszono go o dokumenty, kazano dmuchać w alkomat, po czym sprawdzili nawet wyposażenie samochodu w przepisową gaśnicę i trójkąt ostrzegawczy. Wszystko w najlepszym porządku i zgodnie z przepisami. A co najciekawsze zatrzymany kierowca nie zdradzał objawów pierwotnie zakładanego zidiocenia. Normalnie się zachowywał, odpowiadał na pytania. W końcu jeden z funkcjonariuszy nie wytrzymał i zapytał:
- Panie, kur...a po co panu ten kask na głowie?
Wtedy mój przyjaciel przypomniał sobie o nakryciu głowy, lecz nie wybity z pantałyku odpowiedział:
- Bo tak jest bezpieczniej.
Policjanci zgłupieli do reszty.
- Jedz Pan! - rzucił jeden z nich niezadowolony z odpowiedzi.

Afer już nie będzie. Bo układ sygnalizacji o awariach został wyłączony poprzez odcięcie kabli. Nie będzie też żadnych niezbędnych radykalnych ruchów w zakresie reformy prawa, naprawy kraju czy podjęcia jakiś „kontrowersyjnych” decyzji. Dotychczasowa sondażowa polityka pod publiczkę przybierze tylko na sile. Premier założył kask na głowę i prowadzi kraj z prędkością 40 km/h, aby przepadkiem nie wpaść w poślizg. Inna sprawa, że w tym pojeździe jedynym sprawnie działającym mechanizmem jest biurokratyczny hamulec. Ostatnio Kierowca powiedział, że najważniejszą rzeczą dla Polski jest walka z ociepleniem klimatu. Co za politycznie poprawne lizusostwo względem władców globalnego świata! Co za oderwanie od rzeczywistości! Może jak farsa kierowania państwem w jego wydaniu dobiegnie do końca, zaproponują mu jakąś posadkę w jednej ze złodziejskich międzynarodowych organizacji? Żyj dalej w świecie snów! Tak jest bezpieczniej.

wtorek, 27 października 2009

Pigułka gwałtu

Okazało się, że słynne pigułki gwałtu nie istnieją. Były wymyślone po to aby głupie gówniary mogły usprawiedliwić, że jak ktoś je zgwałcił to nic nie pamiętały, bo były nachlane na umór. A to wszystko w świecie, który nazwał się światłym i naukowym, a jest tak naprawdę prawdziwym średniowieczem.
Co z tymi nieszczęśnikami których skazano za rzekome stosowane tego "czegoś"? Ale inna kwestia jest bardziej zastanawiająca: jak dalece media potrafią wmówić ludziom istnienie alternatywny rzeczywistości? Ile jeszcze jest w obiegu takich półprawd i kretynizmów powszechnie uznanych za oczywistości?
Takim lada chwila obalonym mitem będzie: "Ile to Unia nam daje pieniędzy i jak dobrze na tym wychodzimy? Jak świetnie za unijną kasę rozwinie się nasz kraj!" Tego rodzaju kampania propagandowa to swojego rodzaju pigułka gwałtu. Już czujemy, że mamy to coś – to znaczy te pieniądze w … portfelu. A to się okazuje, że to...
Inna kwestia, która przychodzi mi do głowy jest natury estetyczno - obyczajowej. Wadziłem pijane Angielki. Rzeczywiście samemu należałoby zażyć wcześniej jakąś pigułkę, aby lepiej potem nie pamiętać.

niedziela, 25 października 2009

Karma czy przypadek?

Czy miejsca mają swoją karmę, pierwotne przeznaczenie? Czy gdzieś jest to zapisane? Na miejscu starych pogańskich świątyń powstawały nowe - chrześcijańskie.
W Lublinie u zbiegu ulic Droga Męczenników Majdanka i Wrońskiej w czasie wojny istniała rampa kolejowa, na którą przywożono ofiary do Obozu na Majdanku. Była tam także sortownia rzeczy pozostawionych przez nieszczęśników. Sortowano tam także rzeczy przywiezione z innych obozów.
Co jest dzisiaj? Nie ma co ukrywać, że miejsce po latach zaniedbania ożyło. W wyremontowanych dawnych fabrycznych zabudowaniach powstaje coraz więcej firm, hurtowni, jest pizzerina. Jest też jeden z najbardziej popularnych i największych w mieście secendhend'ów (szmateksów, lumpeksów – jak kto woli). Łachy przywiezione z olbrzymich kontenerach z Anglii są tam sortowane i sprzedawane nieświadomym niczego, żądnym atrakcyjnych, oryginalnych rzeczy tubylcom.
Trudno oczekiwać, aby całe miasto było muzeum martyrologii. Ale jak sobie z tego zdałem sprawę, to jakoś mnie ciarki przeszły po plecach. To tak jakby ta "instytucja" działała nieprzerwanie, jakby skazańcy ciągle sortowali, jakby nic się nie zmieniło.
Jakby przy ścianie zbiorowej egzekucji ciągle spływała świeża krew.

piątek, 23 października 2009

Miary i brak umiaru

Nie ma chyba takiej miary, która obiektywnie oddałaby procesy zachodzące w społeczeństwie i gospodarce. Może to i dobrze, bo gdyby była, to stanowiłaby kolejne narzędzie ograniczające naszą wolność.
Są jednak zaskakująco proste wskaźniki odbijające jak w zwierciadle różne interesujące zjawiska. Są tak proste, że ocierają się wręcz o przysłowiową „ludową mądrość”.
Na szczególną uwagę zasługuje Indeks Big Maca. Okazuje się, że dzięki pomiarowi wartości kanapki w Macdonald'zie (która wygląda przecież wszędzie tak samo) można ocenić poziom przeszacowania lub niedoszacowania waluty. To stosunkowo proste. Cena surowców do jej produkcji jest zróżnicowana. Koszty pracy, możliwości finansowe konsumentów - także. A więc dzięki temu z pozoru banalnemu zjawisku możemy również pośrednio ocenić zmiany kursów walut.
Innym zaskakującym zjawiskiem jest podobno ilość pracowników w ambasadach poszczególnych krajów przy ONZ'cie. Wielkość ta „jak ulał” oddaje podobno odwrotnie proporcjonalnie poziom rozwoju gospodarczego poszczególnych krajów. Bo jak wytłumaczyć fakt, że ambasada Norwegii przy ONZ liczy podobno zaledwie kilkunastu, a Czadu około stu pracowników? Po prostu, najprawdopodobniej tego typu praca to jedna z niewielu możliwości w tym kraju wyjazdu do NY. Ciekawe do jakich wyników doszlibyśmy w podobny sposób analizując administrację w poszczególnych regionach i miastach naszego kraju. Oczywiście nie chodzi o pracowników konkretnych urzędów lecz liczbę pracowników administracji w ogóle.

A jak zmierzyć szczęście? Jak sprawić, aby wyzwolić tkwiąca w ludziach energię. Jak zmierzyć poziom satysfakcji z życia, jego sensu? Okazuje się, że to co jest czynnikiem wzrostu i świadczy o rozwoju nie ma żadnego znaczenia dla jakości życia i potrzeb ludzi. Determinując świat wyłącznie do kategorii materialnych zatracamy to co w życiu naprawdę istotne. Przyjmując niewłaściwy punkt wiedzenia i niewłaściwą interpretację rzeczywistości zafałszowujemy ją. A to już manipulacja. Dawno zauważono, że zbyt częsty widok głodujących ludzi w Afryce na ekranach telewizora hamuje konsumpcję. Więc co? Nie pokazuje się głodujących w telewizji.

czwartek, 22 października 2009

Sprawa Kubusia P.

Po lekturze "Przygód Kubusia Puchatka" mój młodszy syn stwierdził: "Kubuś Puchatek to jednak menda". Niestety nie chciał rozwinąć tego wątku. Jakby się temu przyjrzeć bliżej, to coś w tym jest. Może jest to opinia ogólna lub jest w niej jakieś drugie dno? Ciekawe co pomyśli o innych bohaterach książek. Jak podrośnie, dam mu do przeczytania książkę Pawła Zyzaka.

środa, 21 października 2009

Coś tam, coś tam

Wybadałoby się, że rząd Premieru Tusku po kilku „strzałach znikąd” (Papcio Chmiel) już się nie podniesie, a tu niespodzianka. Według sondaży Polacy ciągle ufają ich królowi. Inna sprawa, że sondażom wierzyć nie można… Ale trudno się dziwić, kiedy podpisanie przez Prezydenta traktatu lizbońskiego – czyli ostateczne formalne zrzeczenie się niepodległości Polski – nieznane dotąd w historii nie wywołało praktycznie żadnych społecznych zawirowań, więc co tam jakieś ustawianie ustawy?
Przypomina mi się stary skecz Janusza Drozdy z czasów, gdy nie pokazywał jeszcze w telewizji głupich filmików. Opowiedział w nim histerię o mistrzu Zen, który siedział i medytował pod drzewem. Miał niewielką rankę na ręku, więc natychmiast pojawiły się głodne muchy i zajęły się spijaniem krwi mistrza. Widząc to jeden z jego uczniów odpędził muchy. Ocknięty z medytacyjnego letargu mistrz powiedział: „I coś ty zrobił! Te były najedzone”.
Widać Polacy postępują tak jak mistrz Zen, tylko zapominają, że apetyt wzrasta w miarę jedzenia. Opierają się na założeniu, że jednak są jakieś granice, a politycy są dobrzy bo się nie awanturują. Czyli czy zatem cichy złodziej jest lepszy od głośnego? Pewnie tak. Poza tym należy wpuszczać tylko klientów w krawacie, bo taki klient jest mnie awanturujący się. Więc rośnie nam armia much, ale w krawatach na państwowym wikcie.
Mój przyjaciel zwierzył mi się, że będąc w jednej z firm widział jak jakaś kobieta odbierała wynagrodzenie. Otrzymała 640 zł „na rękę”. Pewne formalne była zatrudniona na pół etatu a tyrała całe osiem godzin. Trudno jest się zatem dziwić, że znaczna część rodaków ma po prostu gdzieś i jakiś traktat i jakiegoś premiera i nie ma wiedzy na temat meandrów afery hazardowej. Nie mówiąc już o czytanie gazet na które ich po prostu nie stać. Nie zdajemy sobie nawet sprawy jak w odseparowanym nie mającym nic wspólnego z rzeczywistością świecie, żyje inna – ta lepsza – część społeczeństwa. Dla pozostałych wystarczy że premier jest elegancko urany i od czasu do czasu jak Kaszpirowski zahipnotyzuje publikę mówiąc coś tam, coś tam. Jaka niepodległość? Jaka wizja polityczna? O czym my mówimy?
Wydaje mi się, że problem jest znacznie szerszy. Nauczeni patriotyzmu i miłości do Polski za którą przelano tyle krwi kochamy ją. Z drugie zaś strony państwo utożsamia nam się z chorymi instytucjami, których nie nawiedzimy. Jesteśmy więc rozdarci jak ten Dr Jekyll i Mr Hyde, mając dwie osobowości. Polskę kochamy i nienawidzimy jej zarazem. W takiej sytuacji następuje naturalne wyparcie tej toksycznej miłości. A im władza jest bardzie marionetkowa, tym coraz większe rzecze społeczeństwa będą uciekały od polityki, która bardziej jeszcze bardziej okupowana przez wszelkiej maści hieny. Jednak gdy pozwoliliśmy na oddanie niepodległości proces ten sięgnął dna. Może być już tylko lepiej. Bułgaria była okupowana przez 600 lat i się odrodziła.

poniedziałek, 19 października 2009

Popiełuszko

25 lat temu zginął ks. Jerzy. Pamiętam te wydarzenia. Pamiętam też telewizje wystąpienie Kiszczaka. Miałem wtedy 10 lat. Za dużo aby wiedzieć wszystko, ale wystarczająco dużo by zrozumieć co się stało i zapamiętać. Popiełuszko po swojej męczeńskiej śmierci stał się symbolem opozycji i Solidarności. Ale dlaczego zginął? Tak jak Przemyk, przez przypadek podczas straszenia przez SBka pistoletem? Dla kogo stanowił zarżenie? Najprościej powiedzieć, że był kapelanem Solidarności, a wtedy Solidarność walczyła z komuną, więc poniósł śmierć w walce z nią. Ale wiemy już teraz doskonale, że lada chwila władza komunistyczna rozpoczęła proces dogadywania się ze stworzoną przez siebie częścią opozycji i był to proces planowy. Wiemy też, że wyrok na ks. Jerzego był wydany na samej górze, więc nie wchodzi w grę kwestia przypadkowej śmieci lub nadgorliwości SBków. Więc dlaczego zginął, skoro z założenia nie mógł być wtedy dla nikogo zagorzeniem, a jego działania wspomagały jedynie proces planowego rozmontowywania systemu?
Odpowiedz jest prosta. Nie był zagrożeniem dla tamtej komuny, lecz dla tego co miało za chwilę nastąpić. Jego nieprzejednana postawa byłaby z pewnością problemem przy rozmowach w Magdalence, w czasie trwania Okrągłego Stołu być może kierowałby zbiorowymi manifestacja, a teraz - 2o lat po tzw. "odzyskaniu wolności" grzmiałby na niewolący nas system równie mocno jak wtedy. Tak Popiełuszko zginął podobnie jak kilku innych księży, bo był zagrożeniem dla zrębów III RP i mógł ujawnić jej fikcję i fasadowość. Jego charyzma nie dałaby się skanalizować.
Dlaczego zginął wtedy? A co miał być zabity w III RP, albo gdy trwały rozmowy? Przypomnę, że uczczenie minutą ciszy śmierci dwóch innych zabitych przez SB księży w czasie inauguracyjnego posiedzenia Okrągłego Stołu zostało ocenzurowane i niepokazane w TV. Kościół był i jest zagrożeniem dla starej jak i nowej komuny. Co ciekawe, jak donosi reżymowa Wyborcza, wypowiada się także abp Wielgus dostrzegając podobne aspekty tej śmierci.

niedziela, 18 października 2009

Po co tatułować numery na ręku?

Znalazłem na wykopie reklamówkę Chipów wszczepianych pod skórę. Mój pies wzięty ze schroniska ma taki, tak więc technologia jest i to wcale nie taka nowoczesna.
Pojechałem dziś wieczorem na zakupy do marketu (co zrobić jeść trzeba) i przypomniałem sobie o tym wszystkim. Jakby były chipy u ludzi pod skórą i oznakowane towary, to nie byłyby potrzebne kasy. Przychodzisz, bierzesz co chcesz i wychodzisz. Resztę załatwia system informatyczny sklepu i połączony z nim system bankowy. Toć to przecie KOMUNIZM! Każdemu wedle potrzeb. Połączenie czerwonej utopii, technologii i wielkiego globalnego kapitału (który podobno komunę wymyślił) w imię internacjonalistycznych idei. Bądź wolny, arbeit macht frei.
I sprawia, że wszyscy: mali i wielcy, bogaci i biedni, wolni i niewolnicy otrzymują znamię na prawą rękę lub na czoło i że nikt nie może kupić ni sprzedać, kto nie ma znamienia - imienia Bestii lub liczby jej imienia. (Ap 13,11;16-18)

Turystyka - zasypka a nie proch

Od pewnego czasu zauważyłem, że wmawia się ludziom – zwłaszcza w regionach słabej rozwiniętych, ale przez to mniej skolonizowanych, że turystyka jest nadzieją na poprawę sytuacji gospodarczej tych regionów. To oczywista ściema dla frajerów. Nawet na zabitych przywłosowymi dechami wsiach, mówi się ludziom, że będą mieli kokosy na tzw. agroturystyce, co także jest blagą. Będą mieli co najwyżej na chleb ale żadnego rozwoju czy przemysłu turystycznego z tego nie będzie. Generalnie Polska jest krajem mało atrakcyjnym turystycznie i gdyby nie niskie ceny piwa dla brytyjskich turystów w połączaniu z niepojętym pędem rodaków do wypoczynku we własnym kraju, żadnej turystyki by nie było. Oczywiście uogólniam. Do oceny rzeczywistości potrzebny jest punkt odniesienia w tym przypadku chodzi o udział dochodu z turystyki w PKB który jest niski. Oczywiście należy pamiętać, że prawdziwa turystyka jest wtedy, gdy ktoś przyjedzie z zewnątrz i skorzysta z naszej infrastrukturalny i atrakcji. W znacznej mierze jest więc tak, że turysta wewnętrzny to tak jak bony PKO versus prawdziwe dolary. Co mi po tym, gdy ja zapłacę mojej żonie za wyprasowanie mi koszuli, a ona mi za naprawę eklektycznego gniazdka w kuchni. Roboty co niemiara, ale żeby z tego wyżyć? Dalej obracamy się w jednym budżecie. Ale to oczywistości.
A teraz dalej o ściemie. Dobiegają mnie sygnały, że w różnych miejscach w kraju powstają różnego rodzaju atrakcje turystyczne. Ostatnio nawet słyszałem o wiosce Gotów w okolicach Tomaszowa Lubelskiego. Miejscowi chłopi mają być poprzebierani za Gotów, bo kiedyś jeden archeolog znalazł tam przedsłowiańskie grodzisko. Ostatnio lokalne władze pokłóciły się zresztą z archeologiem, ale to u nas normalne. I wszyscy będą szczęśliwi: turyści, lokalne władze, no i chłopy. Honor można schować do kieszeni, a zawsze parę złotych jest. I mniejsza to, że trzeba się poprzeinaczać i udawać kowala czy gockiego woja.
Doskonale ten mechanizm przedstawił Janusz Zaorski w filmie „Awans”, opartym na powieści Edwarda Redlińskiego. Jak widać stare tematy wracają i stają się rzeczywistością.
W 1986 powstał serial „Zulus Czaka” opowiadający historie legendarnego wodza i króla tego afrykańskiego narodu. Na potrzeby filmu za jakieś 2 miliony baksów wybudowano wioskę Zulusów – stolice Czaki. Filmowcy po realizacji filmu zobowiązali się ją pozostawić dla Zulusów w zamian za pomoc w realizacji filmu. Tak też się stało. Film powstał, biali pojechali, a tubylcy pozostali z pieczołowicie odrestaurowaną wioską. Gotowa atrakcja! Tak powstał Shakaland. Turyści walą drzwiami i oknami. Witają ich strażnicy w tradycyjnych strojach z włóczniami i tarczami jak na zuluskich wojowników przystało. Kobieta z piersiami do pasa trze mąkę na kamienieniu. Potem wszyscy, gdy skończy się ich zmiana biorą prysznic, wsiadają do swoich klimatyzowanych samochodów i jada do domu. W domu narzekają na upały. Kobita od żaren tłumaczy pewnie sąsiadce ile to się dzisiaj natarła, bo co chwilę przychodzili turyści i ciągle trzeba w było „grać” bez chwili wytchnienia. Fajnie, wszyscy są zadowoleni. Ale nie wmawiajmy nikomu, że dzięki temu odniesiemy jakiś sukces gospodarczy i zbudujemy naszą potęgę ekonomiczną, bo to nieprawda. To tylko szukanie zajęcia dla ludności tubylczej aby nie głodowała i nie podskakiwała zanim do reszty nie sczeźnie.

piątek, 16 października 2009

Parada oszustów

Dawno temu w TV widziałem program przyrodniczy. Jego bohaterem był jakiś wąż żyjący na drzewach w dżungli amazońskiej. Nieszkodliwy, nie trujący, nie duszący, ot takie byle co. Jedyne co potrafi, to łazić po drzewach i robić dobre wrażenie. Gdy zobaczył jakąś małą małpkę siedzącą na jakiejś gałęzi, z której nie było ucieczki, nadymał się, tak ją straszył swym powolnym zbliżaniem się do ofiary, której nie mógł zrobić nic złego, że biedulka umierała z przerażenia lub mdlała. Po czym spadając na ziemię ginęła. A wąż kuglarz schodził spokojnie z drzewa i pożerał ofiarę.
Iluż to nas otacza blagierów! Za fasadą dostojeństwa, potęgi i intelektu, kryje się leśny wężyk. Czym byłaby nasza scena polityczna bez korowodu blagierów, mniejszych lub większych oszustów? Czekają tylko aby nas pożreć...

Nie wszystek umrę

To że jesteśmy społeczeństwem manipulowanym nie tylko przez media i że celem wszelkich „figurantów” zwanymi politykami jest zrobienie z nas co najwyżej bandy zniewolonych, przygłupich konsumentów, jest dla mnie oczywistością. Niewola przyjmuje wiele form: jest kredytem bankowym, ślepym podporządkowaniem się medialnemu praniu mózgów, ograniczeniem roli rodziny, która wychowuje niezależnie od systemu, więc ten ma trudniej urabiać młode umysły. Mógłbym wymienić tu jeszcze kilka różnych aspektów neoniewolnictwa; tego indywidualnego i tego w skali makro - na przykład kolonializmu gospodarczego, gdzie ubezwłasnowolniane są całe społeczeństwa, ale pisałem o tym już wiele.
Zdałem sobie sprawę, że jest jeszcze jedna płaszczyzna, dzięki której tworzony jest otaczający nas „matrix” nowego światowego porządku. Jest to podtrzymywane przez media, popkulturę i lansowany styl życia wyparcie na margines śmierci i umierania jako elementu kultury.
Naturalny kres czeka nas wszystkich. Oczywiście wszyscy o tym wiedzą, lecz starość, cierpienie i umieranie są systematycznie „chowane”. Ludzie umierają w hospicjach, a nie w domu. Dawnej były pożegnania, przychodzili sąsiedzi, ludzie wybaczali sobie na łożu śmierci nawet największe grzechy, jednali się. Nawet na współczesnej wsi tradycyjne rytuały i obyczaje pogrzebowe odchodzą w niepamięć. Kwestia jednego, dwóch pokoleń i będą pamiętać o nich tylko antropologowie. Ktoś powie: śmierć współcześnie nie jest tak powszechna. Niewiele umiera niemowląt i dzieci, a długość życia się wydłuża. Owszem, ale nieuchronność śmierci pozostaje. A kto nauczył nas mierzyć jakość i znaczenie konkretnego życia jego długością? To wynalazek może ostatnich 150 - 200 lat. Dawniej przed wprowadzeniem dokumentów nikt nie mierzył życia w latach. Żyło się tu i teraz. Odliczanie ile nam na padole teoretycznie zostało lat i co przez ten czas zrobimy, było po prostu nie możliwe.
W dzisiejszym świecie nawet bohaterzy gier komputerowych mają po kilka żyć, więc nie ma powodu, dla którego bardzo młody człowiek miałby traktować śmierć jako coś oczywistego. Pomimo, że w filmach i grach krew leje się strumieniami, a tup pada gęsto, to tylko okrutna namiastka prawdziwej śmierci, bagatelizująca ją. Jeśli śmierć się pojawia, to jest daleka, nie dotycząca nas, obca. To inni umierają nie my. Celebryci w wyniku zgonu stają się jeszcze większymi celebrytami. Gdzie podłożą bombę, jakiś nekrolog w gazecie, jakaś informacja na klatce schodowej. Ostatnio zauważyłem, że nie jest „trendi” zabieranie dzieci na pogrzeby. Z drugiej zaś strony nazywa się nasze czasy „cywilizacją śmierci”, bo masowo zabija się nienarodzonych.
To właśnie rozważania nad śmiercią osobistą, są wymazane z naszego życia. Mamy być młodzi, silni, sprawni, produktywni. Wtedy nie myślimy, konsumujemy, bierzemy kredyty, więcej tyramy na pokrycie zachcianek.

A dlaczego kulturowa świadomość o obecności i nieuchronności śmierć mnie jako osoby jest tak ważna? Zmusza do refleksji, jest podstawą duchowości, szukania drogi życiowej, odporności na propagandę, stanowi fundament naszych wartości. Zmusza do refleksji, która stanowi być może pierwsze rozmyślanie człowieka: co będzie potem? Czy jest Bóg, czy go nie ma? Zepchnięcie w popkulturze problematyki śmierci na margines to w takim razie początek końca naszej cywilizacji. Jeśli nie ma świeci to nie ma też wartości, za które wato umierać. Jeśli to potrwa jeszcze 100 – 200 lat staniemy się stadem świń. Ale nie potrwa.

środa, 14 października 2009

Aura

Gdy wstałem rano i zobaczyłem, że w tym roku nawet zima nie tylko zaskoczyła drogowców ale i mnie, przypomniał mi się pewien epizod, który miał miejsce kilka lat temu, gdy aura także nas nie rozpieszczała. Walił wtedy śnieg z deszczem, a do tego wiało. Jednym słowem pogoda, że nawet mój sąsiad nie wygoniłby swojego psa z domu. Mnie los rzucił w okolice starówki w mieście obok mojej wioski, które ma ciągle ambicje bycia metropolią. Przechodząc ujrzałem dwóch tubylców zwanych niekiedy menelami, dla których wino z rana jest jak kromka chleba. Stali w bramie wtuleni w swoje menelskie stroje. Jeden ubrany był w awangardową kurtkę ortalionową podszytą watą, drugi zaś był odziany w sztuczne futerko koloru czarnego. Czerwone uszy, rozkudłane włosy i ręce w kieszeniach. Oczywiście obaj bez czapek jak przystało na niegrzecznych chłopców. Obaj kopcili papierosy. Gdy obok nich przechodziłem, ten we futrze z poliestru zanucił fragment refrenu przeboju Maryli Rodowicz: „A my tak łatwopalni”. Doprawdy byli łatwopalni, biorąc pod uwagę stój i to co wypili na śniadanie.
Nowe czasy wymagają nowych bohaterów: już nie dziewczynka z zapałkami ale dwaj menele z fajurkami. Jeszcze ktoś uznałby, że podpalili się na znak protestu, przeciwko czemuś tam i niechcący przeszliby do historii. Historia zna takie przypadki.
A może menele to najbardziej wartościowa tkanka społeczna? Ileż tam honoru, bohaterstwa, heroizmu. Szacun! Gdyby z tego sortu ludzi o często gołębich duszach skompletować parlament, niewiele różniłby się on od tego kabaretu, który mamy w tej chwili. Jedne jest pewne; Traktat Lizboński nie miałby najmniejszych szans.

wtorek, 13 października 2009

Jałmużna

Pies
Mój sąsiad ma psa. Nie tam jakiego „buldożera”. Małego kundelka wielkości stopy. Czasami jak go widzę, a on na mnie szczeka i próbuje chwycić za nogawkę, nachodzi mnie nieodparta myśl, aby porównać z nim rozmiar mojego buta. Ale generalnie żyjemy w przyjaźni. Moi sąsiedzi to ludzie światli, bywali w świecie. Więc gdzie jest sens tej opowieści? Ano w tym, że piesek chodzi ciągle głodny. Pląta się bidula po okolicznych zabudowaniach i żebra. To dostanie gdzie kawałek starej kiełbasy, to ktoś strąci resztki ze śniadania. Tak posilony idzie w dalszą tułaczkę. Widziano go podobno ostatnio jak wyciągnął dżdżownice z ziemi. Problem polega na tym, że sąsiedzi nie są potworami. Żyją tylko w błogim przekonaniu, że małe pieski po prostu bardzo mało jedzą, więc nie widzą potrzeby serwowania mu większych porcji. Tym bardziej, że jak wrócą z pracy, to pies z reguły jest już nieco posilony, a nikt z okolicznych sąsiadów nie ma jakoś odwagi zwrócić im uwagę. To że piesek nie chce więcej jeść jest dla nich wystarczającym dowodem na to, że jest syty i że jest wszystko w porządku. Więc koło się zamyka.

Ileż to interesujących procesów i faktów ilustruje ta historia!
Pamiętam z dzieciństwa historię o królu, który przebierał się w żebracze łachmany aby połazić po swym królestwie i dowiedzieć się jak żyje nieludziom, co mówią i jacy są. Król nie ufał swym doradcom, i wolałam sam przeprowadzić ‘badania opinii publicznej”.
Czy nie jest tak z pomysłami na administracyjne uzdrowienie gospodarki, komplikowaniu systemu prawnego? Czy nie jest tak z wiara, że administracja, państwo (a nie my), rozwiąże w wszystkie nasze problemy?

Nauczono nas żebrać.
Żebrzą przedsiębiorcy, czekając na mannę z nieba w postaci mitycznych unijnych dotacji, które z statystyki są dla nielicznych. Żebrzą ludzie w pomocy społecznej. Zresztą kiedyś żebranie było wyrazem miłosierdzia dla tych, którzy naprawdę nie mogą sobie poradzić w życiu. W tej chwili to z konieczności, organizacji systemu i lenistwa – styl życia.

A co ma zrobić owa biedna psina? Zdechnąć z głodu czekając na zasiłek? Bierze sprawy w swoje łapki i wydeptuje sobie dodatkowe kalorie.

sobota, 10 października 2009

Hipoeza

Jakoś czuję przez skórę, że ten cały traktat i tak nie wiedzie w życie. Nie pozwolą na to Angole. Tu jest to wyjaśnione dlaczego http://www.autonom.edu.pl/publikacje/jk-tajemnice_mafii_politycznych.doc
Po prostu nie wierzę, że jest możliwe kupienie wszystkich w ramach wspólnej idei, a machinacja jaką jest wprowadzenie zapisów Traktatu jako umowy międzynarodowej jest do tego stopnia niedorzeczne, że nawet ja - osoba generalnie uznająca spiski - nie sądzę, aby taka machinacja ostatecznie mogłaby się udać. Ale to przecież tylko hipoteza.

Podpisał

Oczywiście trudno się było spodziewać, że nie podpisze. Było to nieomal pewne, więc trudno być zaskoczonym. Będzie tak jak miało być: staniemy się jeszcze bardziej marginalnym i skolonizowanym krajem (regionem) w państwie socjalistycznym, które z racji swojej utopijności nie może przetrwać. Obywatele zdadzą sobie sprawę z tego w co wepchnęły Polskę jej pseudoelity w chwili, gdy wezmą do ręki nowe paszporty i zobaczą, że nie są już obywatelami Polski tylko Unii Europejskiej. Banda klakierów oczywiście się cieszy, a ja wiem, że powstaje nowa zbiurokratyzowana marksistowska nadbudowa, która jak wiadomo sama z siebie nic nie da poza kolejnymi pomysłami na sięgnięcie do naszych kieszeni.
Już widać totalitaryzm: Traktat ma się wszystkim podobać. Spikerka TV: „Przed Belwederem demonstrują przeciwnicy Traktatu, ale widać że jest ich garstka. Jak widać są jeszcze ludzie, którym Traktat się nie podoba.”
Niech sczeźnie socjalizm! Jeszcze Polska nie zginęła!

piątek, 9 października 2009

Julia Kompromitiera

Gdzie się podziewa Julia Pitera?
Pewnie ją trafia jasna cholera.
Bo była przecież taka afera,
a jej nie widać obok Premiera!

Psy Pawłowa

Jedziemy z moimi chłopakami do szkoły. Samochód lekko oszroniony. Zaczynam wycierać szyby.
- Tato, czy to śnieg? – pada pytanie
- Prawie. To taka zamarznięta woda, czyli tak jak śnieg.
- Ojej, to już idzie zima?
- Jak najbardziej. W końcu przyjdzie, ale jeszcze nie teraz. – Po czym nastąpiła reakcja typowa dla elektoratu Platformy Obywatelskiej, który słyszy tylko to co chce usłyszeć:
- O, jak super niedługo będzie zima! – wykrzyknął Młody Młody. Po czym chóralnie odśpiewali: „dzyń, dzyń, dzyń dzwonią dzwonki sań”:
- Będą prezenty! - wykrzyknął Mody Starszy – Co chcesz na prezent? – pyta młodszego brata

czwartek, 8 października 2009

Cytaty

Koleżanka, od dłuższego czasu próbowała zajść w ciążę. Po upragnionym zajściu:
- "Jestem tak szczęśliwa, że sama sobie zazdroszczę."

Kolega po wypiciu czterech piw:
- "Już wiem dlaczego w sklepach pojawiły się sześciopaki."

Kazik Staszewski na nowej płycie Kultu, utwór nr 2 "Amnezja":
"To były takie super, super chwile
Nie złodzieje rządzili lecz debile
"

Urzędniczka w Urzędzie Skarbowym:
"Świadomość jest źródłem cierpień."

Strzępki i wnioski

1. Premier zdymisjonował ministrów. Fakt ten dotarł do opinii publicznej. „Znaczy się, że Premier jest dobry gospodarz i wie co robi” – pomyśleli wyborcy. To, że zdymisjonowani mają zająć się w partii czym innym, to już inna sprawa, która nie koniecznie dotarła do opinii publicznej. Czym mają się zająć? Oczywiście wojną z PiSem – czyli imperium wszelkiego zła. To już element strategii dzielącej znowu świat na dwa bloki, tak aby ci co się połapali, że to gra obu ugrupowań nastawiona na monopol polityczny zmienili ponownie zdanie.
W międzyczasie dzieją się interesujące rzeczy dookoła: sejm ma przyjąć skandaliczny budżet, Prezydent ma podpisać Traktat Lizboński, a ZUSowi brakuje kasy. Czy strategia Premiera to nie zasłona dymna i zwarcie szeregów, a przy okazji rozprawienie się z wewnątrzpartyjną opozycją? Oczywiście że tak!
Wniosek: Cała afera mogła zostać wywołana i przygotowana na zamówienie Premiera. Podręcznikowy wręcz przykład czystki niszczącej realnych i potencjalnych wrogów. Ktoś z doświadczeniem musi mu pewnie doradzać.

2. Paweł Śpiewak w dzisiejszej Rzepie twierdzi, że wyborcy wybaczą Platformie aferę hazardową. Niekoniecznie. Twierdzi także, że wysokie poparcie dla Platformy wynika z faktu słabości opozycji. Tu zgoda. Tylko, że znaczna część poglądów społeczeństwa nie jest reprezentowana w parlamencie i nie brana pod uwagę w sondażach. Społeczeństwo śpi lub grilluje. W zależności od tego, czy jest co wrzucić na grilla. Głodni raczej śpią.
Wniosek: Wszystko co widzimy to tylko gra pozorów, której celem jest jeszcze przez jakiś czas uśpienie czujności społecznej. Do momentu, aż będzie już za późno, bo obudzimy się w zrujnowanym państwie, będącym elementem unijnych struktur, do tego stopnia, że pozostanie nam tylko administrować „polskim obszarem etnicznym”.

3. Zapowiedz podpisania przez Prezydenta Traktatu Lizbońskiego, który został uchwalony w Sejmie głosami wszystkich sejmowych ugrupowań bez jakiejkolwiek społecznej dyskusji, czy wręcz - jak w przypadku Premiera – bez czytania, to kolejny dowód na to, że ośrodek realnej władzy znajduje się poza naszym krajem. O ile w Czechach doszło do społecznej dyskusji na ten temat, a Prezydent Klaus ma merytoryczne podstawy aby tego dokumentu nie podpisywać, o tyle u nas nawet nikt z sejmowych o takiej ewentualności nie pomyślał. Widać wyraźnie, że w Czechach trwa wewnętrzna batalia o wizję Unii: czy ma mieć ona charakter jednopaństwowego, socjalistycznego molocha czy być federacją? U nas nikt poważnie takiej dyskusji nie pojął.
A jaka jest różnica? Zasadnicza! Czasami ludzie, zwłaszcza młodzi, (studenci) dla zbicia kosztów wynajmują sobie wspólnie mieszkanie, aby razem mieszkać. I jest o.k. Ale gdy ktoś wymyśli, że przed wspólnym zamieszkaniem muszą zawrzeć związek małżeński - to już przegięcie. Oczywiście jeśli jest to „mająca się ku sobie” para, wszystko gra, ale kiedy w grę wchodzi związek małżeński pięciu chłopów, to koszmar!
Wniosek: Jesteśmy krajem prowincjonalnym, na marginesie Europy z niedorosłą do swej roli elitą polityczną.

środa, 7 października 2009

Jesienne przesilenie

Czym będzie rząd bez Mira?
Kak w niom nie budziet mira?
Kto, gdy Miro już znika,
zbuduje nam Orlika?

Czym będzie rząd bez Grzesia?
Kto nam pozdrowi Czesia?
Kto na złamanie główki,
zbuduje schetynówki?

Czym będzie rząd bez Czumy,
co go kochały tłumy?
On nam w jesiennej porze,
założyć miał obroże!

Czym będzie rząd bez Tuska?
Kto nowy rząd wyłuska?
Wnet wszystko - to nie żart,
runie jak domek z kart.

wtorek, 6 października 2009

Lekcja religii

Młody Młody wrócił dziś ze szkoły (o ile oddział przedszkolny w szkole można nazwać szkołą).
- Jak było dzisiaj w "szkole"? - zapytała mama.
- Dobrze - odpowiedział na odczepnego.
- A co było na religii?
- Koszmar! Jakiś facet najpierw zabił baranka a potem pomazał drzwi od chałup jego krwią! Biedny baranek...
Z kontekstu się domyśliłem, że dziś ksiądz opowiadał im o plagach egipskich. Ale czym są plagi egipskie w epoce Stevena Kinga?

Pomyślałem o tym, że nam przydałby się jakiś taki "społeczny projekt" jaki w Egipcie. Roboczo można go nazwać właśnie "plaga". Polegałby on na powszechnym akcie obywatelskiego nieposłuszeństwa, w stosunku do chorej administracji, kretyńskich przepisów i jak nazywa to R. Ziemkiewicz "codziennego pływania w kisielu". Choć oczywiście dla celów osłabienia czujności wroga, można byłoby ciągnąć z Afryki czarownika, aby rzucił urok na choćby taki ZUS czy UKS. :-)
W kraju, gdzie nie można wyciąć bez zgody urzędnika własnego drzewa na własnej działce, a wybudowanie domu wymaga według relacji mojego kolegi zgromadzenia 7 kg dokumentów, ludzie muszą w końcu przejąć kontrolę nad systemem. System tak ich kocha i przytula, że od tych pieszczot niedługo się podusimy. System traktuje nas jak idiotów, niezdolnych do samodzielnego myślenia. Przypomina mi to "Wyjście z cienia" Janusza Zajdla. Tam okupowana przez kosmitów Ziemia wyzwala się dość łatwo. Okazuje się, że kosmici nie byli tacy potężni. U nas wbrew piosence Młynarskiego "na jednego mieszkańca nie przypada jeden szeryf", ale do czasu. Analogie jednak są: w piosence ginie kasa i u nas też...

Tam skarb twój, gdzie serce twoje

Paulo Coelho na końcu swej powieści „Alchemik” opowiada ustami tytułowego bohatera pewną historię. W starożytnym Rzymie żył pewien starzec, który miał dwóch synów: jeden był sławnym poeta a drugi żołnierzem oddelegowanym do dalekiej prowincji. Otóż owemu starcowi, przyśnił się kiedyś kiedy anioł, który powiedział o tym, iż słowa jego syna będą powtarzane przez pokolenia ustami milionów ludzi. Ucieszyło to starca. Po pewnym czasie zmarł i w niebie spotkał owego anioła. Anioł na dowód prawdziwości swej przepowiedni ze snu, przeniósł starca w czasie i pokazał mu olbrzymi plac, na którym tysiące ludzi powtarzało jakieś słowa dziwnym języku. Zapytał więc starzec:
- Któryż to poemat jego syna poety stanie się taki sławny?
- To nie twój syn poeta jest autorem tychże słów. To twój syn żołnierz. Gdy stacjonował w odległym kraju rozchorował się jeden z jego podwładnych. Dowiedział się o pewnym lokalnym duchownym, który umiał uzdrawiać. Udał się więc do niego prosząc o uzdrowienie i wyrzekł słowa, których nigdy nie zapomniano:
- Panie, nie jestem godzien abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiony sługa mój.

Po czym opowiadający cało historię Alchemik kończy ową przypowieść słowami: Każda ziemska istota, cokolwiek by czyniła - rzekł - odgrywa zawsze główną rolę w dziejach świata. Oczywiście, nic o tym nie wiedząc.”

Jesteśmy tylko pyłem, więc po co się lękać?

poniedziałek, 5 października 2009

O rzeczach oczywistych. O partiach politycznych

Co to partia? Każdy wie. Organizacja społeczna, której celem jest przejęcie władzy. Partia ma ideały, ideologie, program statut i struktury. Można byłoby powiedzieć, że partia polityczna jest niczym innym jak grupą społeczną. Ta z definicji ma cel i strukturę, a dla jej powstania wystarczą trzy osoby. Grupy mogą być formalne i nieformalne. Nieformalną grupą jest np. gang. Czym zatem różni się gang od partii politycznej? Poza tym, że jedna statura działa formalnie a druga nie – praktycznie niczym. Oddzielną kwestią jest oczywiście motywacja przystąpienia do gangu i partii. Były takie gangi – jak ten Janosika, czy Robin Hooda, które działały w imię wyższych celów. W przypadku partii jest tak samo. Jedni działacze wstępują do nich uwiedzeni statutem i chęcią społecznej działalności, inni z chęci napchania kabzy i dla władzy. Generalnie większość to towarzystwo mieszane z przewagą geszefciarzy oczywiście.
Cechą charakterystyczną polskich partii politycznych, zresztą jak większości organizacji społecznych jest ich fasadowość. Nawet ugrupowania sejmowe nie posiadają silnych struktur. De facto poziom społecznego odrzucenia tychże organizacji jest tak duży, że tak zwane koła czy podstawowych organizacji to czysty mit i statutowy wymysł. Odziedziczyliśmy to po PRL, w którym do partii ludzie zapisywali się tylko po to, aby łatwiej dostać mieszkanie, kupić samochód, czy pralkę Franię. Po mimo upływu 20 lat tzw. demokracji nic się nie zmieniło. Najlepszym przykładem tego zjawiska są oczywiście struktury PSL. Parta ta do tego stopnia zapomniała o swych ideowych korzeniach, że nawet jej liderzy w tej kwestii się gubią. W tej chwili ta partia to nic innego jak tylko niezależny kanał dystrybucji stanowisk w administracji publicznej. Nie jakiś wielkich stołów dla grubych ryb, ale małych stołeczków, dla sekretarek, referentów - zwłaszcza na wsi. Automatycznie daje to poparcie całej rodziny dla jedynie słusznej linii politycznej wójta ze strony całej familii osoby zatrudnionej. To już nie nepotyzm lecz po prostu ganksterka. Bo czym się różni tego typu podejście od porwania dla okupu? Chyba tylko nazwą i kierunkiem, w którym wędruje okup.
Warto nadmienić jeszcze, że wszystkie cztery „wiodące siły narodu” są tak naprawdę wyłącznie tworami fasadowymi, które mają problemy z obsadzeniem połowy miejsc na swych listach wyborczych. Paradoksem polskiego życia partyjnego jest także to, iż im z pozoru partia jest bardziej „kanapowa” tym więcej w niej proporcjonalnie osób działających dla idei.
Największym problemem jest to, że poszczególne parlamentarne partie polityczne ciężko pracowały nad zachowaniem swojego monopolu na władzę. Działają tu dwa instrumenty: Ordynacja wyborcza i konieczność przekroczenia progu 5% oraz dofinansowanie do działalności partii politycznych. Kwestie ideologiczne w tym wypadku schodzą na plan dalszy. Oddzielną kwestią jest iście bolszewicki zabieg zmiany znaczeń poszczególnych terminów, w klasyfikacji ideologicznej. Gdyby tak dobrze się zastanowić, to z pozoru tylko mamy partie lewicowe i te prawicowe. W parlamencie także. Jednak przy dokładnej analizie okazuje się, że wszystkie partie w naszym parlamencie są lewicowe. A gdzie jest prawica? Nie ma! Tak samo jak nie było jej przy okrągłym stole, do którego została zaproszona stworzona wcześniej opozycja, niegdyś wydalona z partii. Podobny proces zachodzi także w innych państwach Europy i w samym parlamencie europejskim, gdzie także to co prawicowe jest tak naprawdę po analizie programów tylko nazwą.

Wnioski:
Stan i kondycja naszych partii politycznych to jedne z głównych problemów naszego życia publicznego. Ostracyzm i obrzydzenie z jakim znaczna część społeczeństwa podchodzi do tych struktur wbrew pozorom jest czynnikiem umacniającym mafijny ich charakter. Paradoksalnie, należy więc jak najbardziej masowo przystępować do tychże struktur zmieniając je od środka, oraz zakładać nowe partie pozbawione starej agentury. Tylko dzięki temu, a nie poprzez wykluczenie się z życia publicznego, społeczeństwo będzie mogło odzyskać pełną kontrolę nad decyzyjnością. Oczywiście niezbędnym elementem jest także konieczność wprowadzenia okręgów jednomandatowych. Ale to już zupełnie inna historia.
Wyobraźmy sobie taką sytuację, że cała masa ludzi idzie i składa masowo deklaracje członkowskie we wszystkich „wiodących siłach narodu”, a potem uczestniczy w ich działalności patrząc aparatczykom na ręce. Potem następuje przejęcie ich oficjalnych struktur. Zrobili to lewacy w latach 60-tych w na zachodzie Europy. Nazywało się to „długi marsz przez instytucje”. Jak widać, doskonale im się udało.

Czar prysł

Wydaje mi się, że w wyniku tzw. "afery hazardowej" Platformie skończył się już okres powszechnego społecznego zaufania. To tak jak początkiem końca SLD były firanki w Mercedesie Posła Pęczka. Potem to już z górki. Żaden PR i działania pod publiczne nie zmyją tej rysy na szkle, która tylko czeka na pęknięcie. Sama rysa? Może nic specjalnego, ale niech tylko powieje wietrzyk.

Cała sytuacja przypomina mi historię mojego kolegi, który na początku lat 90-tych prowadził skup złomu metali kolorowych. Pewnego jesiennego poranka, przyszło do niego dwóch dobrze mu znanych jegomości. W porannej mgle w odległości kilkudziesięciu metrów mój kolega zobaczył w wykonaniu tychże dżentelmenów taniec chasydzki. Oniemiał. Powiało mistycyzmem. Skąd w dwóch przecież zwykłych ludziach, w porannym jesiennym chłodzie, nagle takie uniesienie? Jednak z jegomości kręcił się w koło z podniesionymi rękami, drugi zaś nieco pochylony klaskał nabijając mu rytm. Trwało to przez jakąś chwilę. Kolega porażony metafizyką sytuacji i nie mogąc znaleźć nie racjonalnego wyjaśnienia trwał jak skamieniały. W pewnym momencie postanowił podejść bliżej. Czar prysł. Okazało się, że panowie wcale nie tańczyli, tylko wynieśli z zakładu uzwojenie od silnika. Jeden z nich został tymże uzwojeniem okręcony, założył nań kufajkę, a cały układ choreograficzny był tylko pracowitym rozwijaniem miedzianego drutu z delikwenta. "Tańczący" obracał się w koło z podniesionymi rękami, a stojący obok "klaszczący" pochylony jegomość zwijał drut, który trafił następnie na wagę.

niedziela, 4 października 2009

Kamień polityczny

O kamieniu filozoficznym słyszeli chyba wszyscy. Legendarna substancja zmieniająca np. ołów w złoto. Kto ją posiadał dysponował możliwością pomnożenia swego bogactwa i zdobycia władzy. Teraz pewnie nazywałby się FED, ale to inna historia.
Ale kamień polityczny? Wydaje mi się, że musi to być coś w rodzaju tajemnej wiedzy, którą umownie można tak nazwać. Poprzez odpowiedzialnie połączenie propagandy, zmiany znaczenia terminów i pojęć, lansowanie określonego stylu życia oraz przez edukację nie uczącą samodzielnego, krytycznego myślenia można ze społeczeństwem zrobić co się podoba. Taka wiedza tajemna w rękach rządzących to istny skarb! Gdzie uczą tych sztuczek?
Myślę, że ów kamień polityczny to nic innego jak nadal rozwijana i doskonalona cybernetyka społeczna. Dziedzina u nas zapomina i celowo spychana na margines. Poza polskimi jej przedstawicielami: Marianem Mazurem, Józefem Koseckim i kilku innymi, nie doczekaliśmy się jej cywilnych wybitnych przedstawicieli. Jest pewnie nadal rozwiana na licznych akademiach wojskowych całego świata. Przez chwilę w „bałaganie” 1980 pozwolono nawet prowadzić J.K. seminarium doktoracie z tej dziedziny. Szybko jednak się z tego pomysłu wycofano. (Polecam lekturę autonom.edu.pl, gdzie pracowicie zgromadzono sporą część odrobku polskich cybernetyków społecznych – tę jawną oczywiście. Polecam także film o Marianie Mazurze autorstwa Grzegorza Królikiewicza, jest do pobrania na tejże stronie. 1988 rok. Teraz taki film pewnie by nie powstał.)
Tak więc kamień polityczny to nic innego jak czysta naukowa metoda wpływania na masy, sterowania nimi i osiągania swych celów. A że szeroko nie znana? Czym by była, gdyby byle chłystek potrafił rozszyfrować prawdziwe cele polityczne rządzących? A tak jest kilku „oszołomów”. Nawet warto ich czasami pokazać, aby wydrwić całkowicie.

Bawmy się dalej. Udawajmy, że jest demokracja, że każdy głos się liczy, że nie ma tajnych służb i że liczą się tylko wypisane na sztandarach ideały. Tak jak wczoraj poddane praniu mózgu społeczeństwo irlandzkie nie mogło zagłosować inaczej. Kwestia zaangażowanych fachowców. Pewnie tych samych, którzy pięć lat temu zrobili to samo z Polakami przed unijnym referendum. Demokracja? Proszę bardzo, ale tylko w sytuacji, gdy zakaże się jakiejkolwiek agitacji wyborczej, gdy na 2 miesiące przed wyborami prasa przestanie publikować artykuły propagandowe, gdy ludzie na miesiąc wyłączą telewizory i zaczną patrzeć przez okno, zaczną myśleć i się organizować. Tylko kto będzie rządził? Decyzję w tak ważnej sprawie oddać w ręce jakiejś tłuszczy? Przecież to już nie demokracja!


sobota, 3 października 2009

Co słychać?

Przypadek pierwszy:
Dziś rano na zakupach w sklepie spotkałem dawno nie widzianego znajomego.
- Co słychać? - zapytałem wręcz rytualnie.
- A no nic. Jak umierał mój dziadek, pokazał mi gdzie zakopał Mausera i schował amunicję. Jak przyjdą po mnie jestem przygotowany. Nie wezmą mnie łatwo.

Niby nic, niby żart. Ale widać jakie są nastroje. Dziś mają ogłosić wyniki referendum w Irlandii. Zacytowana wyżej rozmowa, może być symbolem tego co może nastąpić już za chwilę. Ale może jak są jeszcze Mausery pod strzechami to nie wszystko stracone?

Przypadek drugi:
Znajoma zamierza wraz z mężem od co najmniej 5 lat otworzyć firmę. W końcu mówi:
- W tym roku zaczynamy rozkręcać nasz interes. Jeszcze nie wiem z jakiej dotacji skorzystam.

Bo oczywiście pieniądze leża na ulicy, a wszystkie instytucje dystrybuujące środki na rozwój firm czekają tylko na potencjalnych przedsiębiorców i myślą jakim sposobem wcisnąć im za pazuchę garść Euro. Ta wypowiedź przekonała mnie, w jak odrealnianym świecie żyje spora część naszych rodaków i jak łatwo media poprzez systematyczne powtarzanie banałów potrafią ogłupić wielu - z pozory wydawałoby się - rozsądnych ludzi.

piątek, 2 października 2009

Przepraszam

Zrobił to R. Ziemkiewicz zrobię i ja. Po wczorajszym wystąpieniu Ministra Sprawiedliwości Andrzeja Czumy jest mi niezmiernie przykro. Zwłaszcza po tym tekście http://kolatka.blogspot.com/2009/02/na-goraco.html
Zawiodłem się. Jak się okazuje, w tej bandzie nie ma nawet jednego "krzyżowca", a sądziłem, że szlachectwo zobowiązuje. Jak widać to nie prawda.

Geszefty małe, średnie i te wielkie

Dość dużo ciekawego się dzieje. Zadyma wokół ustawy hazardowej utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że mamy odczyniania w przypadku naszych elit politycznych z grupą geszefciarzy co najwyżej średnich. Twierdzę, że w omawianej sprawie mamy do czynienia wyłącznie z konkrecyjnymi zwalczającymi się gangami. Ale tak zwalczającymi aby do końca nie dobić przeciwnika, bo on definiuje nasze istnienie. To jak z policją i złodziejami nie zwalczającymi się absolutnie. Jedni są drugim potrzebni. Jing – Jang. Ale po kolei.

Małe geszefty
To pospolita przestępczość, normalna korupcja i to, że od czasu do czasu ktoś wyrwie staruszce torebkę. To jak ktoś weźmie i ustawi przetarg i jeszcze będzie na tyle głupi, że da się złapać.

Średnie geszefty
Karnowski, Sawicka, Chlebowski, Starachowice, Pęczak, czy taki Rywin. Co łączy te wszystkie „aferki”? Ano to, że zostały medialnie nagłośnione w odpowiednim momencie, celem realizacji polityki harców politycznych. Gawiedź, która poprzez media jest informowana o wszystkim, może jest tylko elementem gry i straszakiem dla zwalczających się mafii. I nie wiadomo, kto to grupa trzymająca władzę, a Sawicka się zakochała, więc należy jest współczuć. Oczywiście wszyscy są niewinni, dowodów nie ma, albo poginęły. A jak już kogoś skarzą, to dla świętego spokoju co by dalej jakiś nadgorliwiec już nie grzebał. I co po ideałach wypisanych na sztandarach? Co po deklaracjach programowych? Liczy się geszeft. Dlatego między innymi twierdzę, że mamy w Polsce tylko jedną partię, Bo wszyscy działają tak samo.
To jest tak jak z policją i złodziejami: Wbrew pozorom ci pierwsi bez tych drugich nie mogą istnieć. Pełna symbioza. Więc chodzi o to, aby przestępczość utrzymać na przyzwoitym poziomie. I jak w przyrodzie wszytko dąży do naturalnego stanu równowagi. Lew potrzebuje antylopy, ale antylopy bez lwów stałby się ospałe i leniwe i nie byłby już antylopami. To, że ktoś wpadnie to tylko element naturalnej selekcji.
Jak mówi stare ludowe przysłowie: „Nie jest sztuką ukraść, żeby się nie złapali. Sztuką jest tak ukraś aby nikt nie wiedział, że zginęło.” I tu zaczynają się duże geszefty!

Duże geszefty
A prawdziwe geszefty? Prawdzie geszefty to takie, że z założenia nikt o nich nawet nie piśnie. To FED, to ściema z globalnym ociepleniem, za którą już za chwilę będziemy bulić ciężką kasę. To kurek z gazem, to światłowód biegnący obok gazociągu. I pewnie dziesiątki i setki podobnych, o których istnieniu nigdy się nie dowiemy, albo szybko zapomnimy. Na tym polega ich wielkość!
A swoją drogą, jakoś wszyscy zapomnieli o światłowodzie obok gazociągu...


Gdy pewnemu Żydowi 100 lat temu spaliła chałupa ze sklepem w małym miasteczku, na drugi dzień okoliczna diaspora zrzuciła się na wybudowanie mu nowego. Wszyscy zaoferowali pomoc. - - Dlaczego? - Zapytał zaskoczony pogorzelec ocierając jeszcze łzy.
- Bo my mamy interes w tym, abyś to ty miał tu swój interes. A jak przyjdzie jakiś obcy, i nie daj Boże nie nasz i sklep sobie pobuduje?

czwartek, 1 października 2009

Palenie głupa

„Podwładny powinien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i durnowaty tak, by swoim pojmowaniem istoty sprawy nie peszył przełożonego” – głosi rzekomy Carski ukaz. W każdym razie w wielu biurach i urzędach, w miejscach ukrytych przed petentami widnieją tego typu instrukcje. Niby dla żartu, podniesienia samooceny. Ale tak naprawdę w tym lapidarnym stwierdzeniu kryje się olbrzymia mądrość ludowa: Lepiej przypalić głupa.
Kapuściński w „Cesarzu” opisuje ceremonię nominacji: Do pałacu cesarskiego wchodzą urzędnicy. Nie wiedzą czy po awans czy degradację. Natychmiast po otrzymaniu decyzji ludzie ci zmieniają się fizycznie. Jedni „rosną”, inni „maleją”
Będąc kiedyś w jednym z gminnych urzędów, widziałem tubylca, który skręcał w rekach czapkę stojąc przed wójtem. Mało ważne , że Wójt pochodzi z wyboru. On tu jest panem, a zachowanie miejscowego to naturalny kod kulturowy. Płaszczy się, ale i tak wie swoje.
Geniuszem w tej kwestii był Szwejk. Niby, że idiota, głupek ale nie dał się zabić w jatce jaką była I Wojna Światowa. Więc osiągnął to, co nie udało się wielu milionom mądrzejszych.
Kiedy mamy do czynienia z biurokracją? Kiedy dla funkcjonowania danej struktury petent, obywatel czy społeczeństwo nie jest jej już do niczego potrzebne. Taki oddzielny ekosystem. Co robi biurokracja? No nic, poza udowadnianiem wkoło potrzeby swego istnienia.
Jednostka ma przewagę intelektualną nad instytucją. Instytucja z kolei ma cały szereg atutów w rękawach: nie je, nie śpi, nie ma emocji, nie musi stosować się więc do zasad uznanych wśród ludzi za oczywiste. Na przykład nie stosuje zasad moralnych.
Tenże Kapuściński w „Lapidariach” podaje przykład emeryta jeżdżącego zdezelowanym samochodem bez przeglądu. Gdy zatrzymuje go policja, która chce zabrać mu dowód rejestracyjny on mówi, że nie stać go na dokonanie opłat i remont samochodu, a bez pojazdu nie może się poruszać, bo ma chore nogi. Tak więc zabranie samochodu oznacza dla niego śmierć. Policjanci nie mając wyjścia puszczają staruszka. Człowiek ten z premedytacją życie poza systemem, na jego krawędzi, świadomie wykorzystując jego wadę.
Być może udawanie głupa, to właściwa strategia pozostawienia sobie odrobiny wolności. Być może to naturalna i jedyna ochrona przed mackami hydry?
Doskonale ten mechanizm od tysięcy lat wykorzystują Cyganie. Niby tkwiąc na społecznym marginesie, przez tysiące lat zachowali swoją kulturową odrębność. Istnieją. Czy zatem my jako naród roboczych nomadów tułających się po wielu miejscach świata, jedynie w ten sposób mamy szansę na przetrwanie?